sobota, 31 lipiec 2010 15:32

Czerwone chmury nad niebieskim królestwem

Napisane przez

Potężne stromizny oglądane przez polskich turystów z okien dwóch starych jeepów były głównym zmartwieniem podróżującej po Nepalu w sierpniu 2005 roku grupy. Mimo trwającej w kraju wojny domowej to właśnie niebezpieczeństwo osunięcia się pojazdu w przepaść przyprawiało podróżników o ból głowy. Przed Polakami tą samą trasą jechał wcześśniej miejscowy autobus z Nepalczykami. Przez dwa poprzednie dni padało. To wystarczyło, by zbocza gór pokryło obsuwające się grząskie błoto. Na autobus zeszła błotna lawina. Zsunął się w otchłań. Podobno oprócz Nepalczyków zginęli amerykańscy turyści - usłyszałem od jednej z uczestniczek wyprawy.

 

W tych warunkach, wobec takiej dzikości natury niemal przyjemnie było zobaczyć zbrojne oddziały strzegące drogi.

Regularnie zatrzymywały nas uzbrojone grupy tubylców i możliwość dalszego przejazdu opłacaliśmy nieprzekraczającym zwykle paru dolarów amerykańskich mytem. Jego wysokość negocjował czy to z wojskiem, czy z maoistami nasz młody nepalski przewodnik, każdorazowo wysiadając z pojazdu.
Moja rozmówczyni nie czuła jednak strachu przed żołnierzami. Niezależnie, bowiem czy służyli oni w królewskiej armii, czy należeli do komunistycznych bojówek nie chcieli turystów skrzywdzić. O ile myto uważali za naturalny rodzaj daniny, którą mają prawo pobierać od turystów, o tyle dbając, by tych turystów raczej przybywało, nie tylko powściągali agresję, ale i miarkowali żądania. Jakże to cywilizowany obyczaj, szczególnie chyba dla Polaków zaskakujący.

Od szczegółu...
Obecność wojska i komunistycznych bojówek na drogach nie jest w Nepalu niczym nowym. Od 10 lat w kraju trwa zbrojne powstanie, które komuniści nazywają wojną ludu nepalskiego. Zaczęło się od ataków na posterunek policji i kilka fabryk. W sumie w wyniku tych walk do dziś zginęło około 12 tysięcy osób. Początkowo ich główny ciężar spoczywał na nepalskiej policji. Armia zaangażowała się w konflikt dopiero niedawno, bo w 2001 roku.
Sytuacja polityczna w Nepalu, jak i przyczyny wojny, są dość skomplikowane. Nepal to jedna z niewielu monarchii na świecie, w której król zachował dużą władzę. Jeszcze na początku lat 90. wydawało się, że w kraju całkowicie zwycięży demokracja. Pod naciskiem ruchów społecznych ówczesny król Birendra zrezygnował z władzy absolutnej, ustanawiając dwuizbowy, wybierany na pięcioletnią kadencję parlament. Każdy z mieszkańców Nepalu niezależnie od płci, a powyżej 18. roku życia otrzymał prawo głosu, z którego mógł skorzystać, wybierając reprezentantów do izby niższej (Izba Reprezentantów). W izbie wyższej (Rada Narodowa) zasiadło 60 członków, z czego 10 mianowanych przez króla, a 35 wskazanych przez izbę niższą. Pozostałych wybrało zgromadzenie elektorów, rekrutowanych z sołtysów i burmistrzów. W gestii króla pozostało mianowanie szefa rządu i sędziów sądu najwyższego, a także możliwość wcześniejszego rozwiązania parlamentu.
W wyniku przemian w kraju bardzo szybko ukonstytuowały się partie polityczne. Oprócz Nepalskiej Partii Kongresowej, która powstała jeszcze w 1947 roku, wkrótce działalność rozpoczęła konserwatywna, i mimo nazwy rojalistyczna Narodowa Partia Demokratyczna oraz Komunistyczna Partia Nepalu (Zjednoczeni Marksiści-Leniniści). Bardzo szybko we wszystkich ugrupowaniach doszło do podziałów, ostatecznie też każda z partii miała okazję w minionym piętnastoleciu współrządzić. Wyborcy jednak nigdy nie dali żadnemu ugrupowaniu mandatu do samodzielnego rządzenia, przez co powstawały często dość egzotyczne i krótkotrwałe zresztą sojusze, jak ten z 1997 r. między komunistami a rojalistami. Międzypartyjne targi z rodzaju tych, które Niemcy pogardliwie i trafnie nazywają Kuhhandel, nie przyczyniły się do stworzenia pozytywnego obrazu demokracji, tym bardziej gdy pałac królewski zaczął zarzucać poszczególnym politykom łapownictwo.
Wobec demokratycznej rzeczywistości pierwsi zbuntowali się komuniści spod znaku maoistów. Ich Komunistyczna Partia Nepalu (niezależna od Marksistów-Leninistów) założona została w 1994 roku, a jej organizacja od razu stworzyła bojówki paramilitarne. Przywódcą partii został i jest do dziś Pushpa Kamal Dahal, zwany Prachandą, co można by przetłumaczyć jako Gniewny Człowiek.
W styczniu 1996 roku maoiści wypowiedzieli wojnę królowi i nepalskiej demokracji, a za cel postawili sobie wprowadzenie nowej demokracji ? idei, która zaczerpnięta z bogatego dorobku myśli Towarzysza Mao Tse Tunga, w skrócie sprowadza się do mieszaniny ideologii państwa komunistycznego z elementami gospodarki kapitalistycznej i stanowi pierwszy z dwóch wielkich kroków ku powszechnemu szczęściu.

Do ogółu
Problem partyzantki maoistów, choć Europejczykowi wydawać się może dość egzotyczny, z pewnością nie jest niepoważny, a to z kilku względów. Trzeba pamiętać, że w Nepalu zupełnie legalnie działają liczne partie komunistyczne, które, mimo że do przemocy się nie uciekają, to jednak przez swoją aktywność naturalnie tworzą ideologiczny klimat dla tego typu poglądów. Oczywiście, nie należy tej kwestii zbytnio wyolbrzymiać ? do wieśniaczej ludności Nepalu z pewnością bardziej od intelektualnych niuansów przemawiają radykalne hasła, a jeśli ktoś na radykalizm może sobie pozwolić to właśnie nieskrępowani parlamentaryzmem i wyjęci spod prawa partyzanci. Tak więc ich postulaty prawdopodobnie z taką samą siłą przemawiałby do serc Nepalczyków, nawet gdyby inne partie komunistyczne w Nepalu nie funkcjonowały.
Sprawą pierwszorzędnej wagi jest tutaj otoczenie międzynarodowe. Jak wiemy, Nepal graniczy z dwoma potężnymi sąsiadami ? Chinami i Indiami. Oba te kraje od początku wspomagały władze Nepalu w walce z maoistami. Chińczycy stanowczo potępili maoistów (nawiasem mówiąc, Chińczycy nie używają tego określenia w znaczeniu innym niż pejoratywne!), uznając ich za czynnik destabilizujący sytuację polityczną w regionie. Maoiści chyba zresztą wcale na pomoc Chińczyków nie liczyli, już wcześniej zarzucając im zdradę rewolucji. Dziwne? Wcale nie.
Tak samo jak Hitler nienawidził niemieckich komunistów i zwalczał ich na wszelkie sposoby w obawie, że członkowie NSDAP masowo zapiszą się w ich szeregi (i notabene ostatecznie wielu z nich zrobiło to po przegranej wojnie), tak samo Stalin nienawidził komunistów chińskich. Zresztą czytelnikom wolnorynkowej "Opcji na Prawo" rzeczy takich tłumaczyć nie trzeba.
Poza tym, mam nieodparte wrażenie, że o ile maoiści traktują głoszone poglądy całkiem serio, o tyle Komunistyczna Partia Chin szybko nauczyła się oddzielać ziarno od plew, traktując komunizm instrumentalnie, jako system pozwalający określonej grupie utrzymać władzę, bez blokowania jednak wolnorynkowych inicjatyw.
Jeśli chodzi o Indie, to rzecz ma się trochę inaczej. Po pięciu latach w opozycji indyjscy komuniści od 2005 roku znów współrządzą. Wprawdzie rząd Indii potępił działania maoistów, jednak sam mając problemy ze zbrojną komunistyczną partyzantką na wschodzie, nie potrafi zahamować szmuglerki broni na granicy z Nepalem.
Granica z królestwem jest szczególnie dla Indii kłopotliwa w jednym jeszcze miejscu, zwanym Kurzym Gardłem. Jest to pas o szerokości 28 kilometrów, okalający Nepal od południa i nieustannie patrolowany przez wojska indyjskie. Tamtędy wiedzie główny szlak narkotyków przerzucanych z Nepalu przez to wąskie indyjskie terytorium, najkrótszą drogą do Bangladeszu. Zresztą, co tam narkotyki ? żeby pozbyć się bólu głowy, Hindusi od pewnego czasu negocjują, by teren ten uznać za strefę wolnego handlu. Rzecz w tym, że przez Gardło uciekają maoiści, by szukać schronienia w Bangladeszu. Po czym, rzecz jasna, wracają.
(?)
Maciej Małasiński

Wyświetlony 5437 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.