sobota, 31 lipiec 2010 18:23

O co ta wojna?

Napisał

Jesteśmy aktualnie świadkami wojny o Narodowy Bank Polski. Jednocześnie przy okazji kłótni NBP z parlamentem na nowo rozgorzała dyskusja o postaci profesora Leszka Balcerowicza, problematyka prywatyzacji banków i kapitału zagranicznego. Po raz kolejny możemy obalić mnóstwo mitów na temat tego niezwykle istotnego sektora gospodarki.

 

...dedykujemy wszystkim tym, którzy

twierdzą, że w Polsce nie drukuje się pieniądza.
Jedna ważna nauka, która wynika wprost z niedawnego zamieszania, to fakt, że niejaka "niezależność banku centralnego" nie jest niczym innym, jak tylko zwykłym straszakiem i mrzonką stosowaną w sposób sprytny przez jedną ze stron sporu. Czy tego chcemy, czy nie bank centralny jest instytucją wybieraną przez polityków. Profesor Leszek Balcerowicz jest osobą, która była ściśle związana z pierwszym rządem III RP i rządem AWS-u. To prezydent Aleksander Kwaśniewski wyznaczył go na kandydata na prezesa NBP i to nikt inny jak układ rządzący AWS -UW wybrał Leszka Balcerowicza.
Proces wyboru prezesa NBP jest od początku do końca decyzją sterowaną politycznie. Najpierw kandydata wyznacza instytucja polityczna ? prezydent, a następnie zatwierdza go instytucja polityczna ? władza ustawodawcza. Między bajki należy wsadzić opowiastki o tym, że Narodowy Bank Polski jest niezależny od polityków. Jest zależny i zawsze zależny będzie.
Pojawiły się głosy o tym, że nowy prezydent, Lech Kaczyński, nie wyznaczy ponownie Leszka Balcerowicza na kandydata na prezesa NBP. Nie wiedzieć czemu niektórzy podnieśli w tym momencie krzyk, że bank centralny utraci swoją "niezależność". Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z typową moralnością Kalego. Kiedy prezydent Kwaśniewski wyznacza kandydata i zatwierdza go AWS-UW, wtedy instytucja jest "niezależna". Kiedy prezydent Kaczyński czyni to samo, a jego "drużyna A" to zatwierdza, wtedy instytucja ma przestać być "niezależna".
Niektórym ludziom tak bardzo przesłania oczy mit i legenda profesora Balcerowicza, że nie widzą prostego faktu: NBP jest zależny od polityków, ponieważ tak jest skonstruowany system prawny. Tym bardziej zaskakujące są tezy Donalda Tuska, który mówi o tym, że Jarosław Kaczyński i jego drużyna chcą takiego prezesa NBP, który im będzie odpowiadał, a to stanowić ma "zamach na niezależność NBP". A czyż prezydent Kwaśniewski i wcześniejszy układ rządzący nie powoływali prezesa, który im "odpowiadał"? Mamy rozumieć, że poprzedni prezydent wybrał kandydata wbrew swojej woli?
Ostatnimi czasy zostaliśmy zbombardowani przez media, europejskich ekspertów, polityków Platformy, UE i etatystycznych think tanków tezą o konieczności zachowania "niezależności NBP". "Niezależność" to, "niezależność" tamto, "fundamenty demokracji", "stabilność państwa prawa" i takie tam inne. Szkoda tylko, że nikt z nich nigdzie mi wyraźnie nie zdefiniował, czym jest owa "niezależność". I tutaj mamy dwie możliwości. Jeżeli jest ona definiowana w sposób instytucjonalny, wtedy o "niezależności" decyduje układ prawny między poszczególnymi władzami, regulowany przez konstytucję. Przyjmując taką definicję "niezależności", trudno dojść do wniosku, że rycerze z PiSu próbują rozpocząć jakikolwiek zamach na "niezależność". Z tego, co mi wiadomo, nie planują oni zmian w tej mierze, a "jedyne", z czego chcą skorzystać, to właśnie z aktualnych rozwiązań prawnych wyznaczenia innego prezesa. Z tych samych rozwiązań prawnych, które pozwoliły wybrać Leszka Balcerowicza.
Możemy jednak przyjąć inna definicję "niezależności" ? definicję personalną: niezależny jest Leszek Balcerowicz, powołany przez prezydenta Kwaśniewskiego i poprzedni układ rządzący, a ktoś powołany przez innych ludzi przestanie już być niezależny. Ta definicja jednak sprowadza się do zwyczajnej mentalności Kalego. Kiedy my powołujemy naszych, wtedy jesteśmy niezależni. Kiedy inni skorzystają z tych samych przywilejów, które nam przysługiwały, wtedy już nie ma "niezależności". A zatem "niezależni" to po prostu "nasi".
Nie wiadomo zatem do końca, na czym owa "niezależność" ma polegać, chociaż jesteśmy nią terroryzowani niemal codziennie. Wygląda na to raczej, że sprowadza się do odpowiedniej kwestii marketingowej. Miło zawsze rzucić w kogoś hasłem o "niezależności" od polityki, mimo że jest to instytucja stworzona przez polityków, regulowana przez polityków, jej prezes jest politykiem, wybranym przez prezydenta i przez partię rządzącą. No, ale oczywiście, tak poza tym to jest "niezależny" od polityki. A żaba ma sierść.
W swoim niedawnym tekście profesor Michael Kvasnicka pokazał, dlaczego mowa o rzekomej "niezależności" to zwykła nowomowa stworzona przez państwo welfare state. W dodatku oparł się przy tym na pracach ekonomistów głównego nurtu, którzy zajmowali się działalnością banku centralnego. Bank centralny jest agencją tworzoną przez układy polityczne. Owszem, ma ona inny charakter niż rząd powoływany po wyborach parlamentarnych, nie zmienia to jednak faktu, że jest to bank tworzony za pomocą układów politycznych. Jednych bądź drugich.
Drugi mit, z którym bezwzględnie i jak najszybciej należałoby się rozprawić, a z czego nie zdają sobie sprawy tak zwane polskie środowiska rynkowe, to teza o tym, że ktoś chce "położyć łapę na naszych pieniądzach". Tyle że na naszych pieniądzach już dawno trzymane są czyjeś "łapy". Twierdzenia Donalda Tuska o tym, że nasze pieniądze, póki co, są bezpieczne, należą do sprawnych zabiegów demagogicznych. Nasze pieniądze nie są bezpieczne, a już dawno leżą na nich ręce bankowców i rządów całego świata.
Cała masa polskich publicystów nie zdaje sobie w ogóle sprawy z tego, jak funkcjonuje dzisiejszy system finansowy i jakie jest jego powiązanie z państwem. Ta ignorancja jednak nie powstrzymuje ich przed zabieraniem głosu w sprawie. Zamiast zrozumieć, jak faktycznie wygląda relacja państwo -NBP-banki komercyjne, wolą słuchać Leszka Balcerowicza, który mówi, że NBP nie dopuści do druku pieniądza.
Niesamowitą ironią jest to, że większość ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że drukowanie papierków, czyli zwiększanie podaży pieniądza, będzie prowadziło do skoków cen. Wystarczy elementarne zaznajomienie z podstawami ekonomii lub też odpowiednia pamięć o wydarzeniach historycznych, aby skojarzyć, że większa liczba banknotów na rynku powoduje natychmiastową presję na wzrost cen wszystkich dóbr i usług. Dlaczego jest to ironiczne? Dlatego, że jednocześnie tej samej publice wydaje się, że bank centralny nie drukuje dzisiaj pieniędzy, a myślą tak tylko dlatego, bo dzisiejszy proces druku jest sprytnie zakamuflowany za pomocą twórczej księgowości bankierów.
Tymczasem również dzisiaj mamy do czynienia z permanentnym drukiem pieniądza. Od roku 1996 do dzisiaj tak zwana podaż pieniądza M0 wzrosła ponad dwukrotnie. Tak, właśnie, mamy dwukrotnie więcej pieniądza "bazowego" (papierki i rezerwy banków). Z kolei tak zwana szeroka podaż pieniądza również wzrosła ponad dwukrotnie. Oznacza to, że w ramach istniejącego systemu bankowego, regulowanego przez Narodowy Bank Polski, dodrukowano w ciągu ostatnich dziesięciu lat ponad 100% kolejnych pieniędzy. Jeśli ktoś powie, że na tym właśnie nie polega "inflacja", to na czym miałaby polegać?
(?)
Mateusz Machaj
Wyświetlony 5862 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.