Wydrukuj tę stronę
sobota, 31 lipiec 2010 19:21

A jednak powrócił do Czeladzi (II)

Napisał

W poprzednim numerze "Opcji na Prawo" opisałem wojenne losy mojego dziadka Jana. W niniejszym artykule przedstawię szlak bojowy mojego drugiego dziadka, Henryka, który był saperem w 1 Polskiej Dywizji Pancernej gen. Maczka. Opowiem również o jego wcześniejszych losach wojennych.

Przed wojną dziadek Henryk po skończeniu siedmiu klas szkoły podstawowej poszedł do szkoły zawodowej uczyć się stolarki. Należał do Orląt w Związku Strzeleckim w Czeladzi. Kiedy wybuchła II wojna światowa, miał niecałe 17 lat. Ze starszymi kolegami szukał Wojskowej Komendy Rejonowej. Tymczasem z Będzina najpierw przenieśli ją do Wolbromia, potem do Miechowa i w końcu do Kielc. Kiedy dziadek z kolegami dotarł do Kielc, miasto było bombardowane przez Luftwaffe (m.in. stacja kolejowa). Tam dziadek spotkał kolegę, który należał do Amatorskiego Towarzystwa Sportowego w Czeladzi.

? Poradził mi, abym zdjął mundur strzelecki, bo Niemcy mnie zaaresztują i pójdę siedzieć, więc zamieniłem go na cywilne ubranie ? wspominał dziadek.
Po kilku dniach ? 15 września 1939 roku ? chłopcy wrócili do Czeladzi. Tutaj został już odbudowany most, uprzednio wysadzony w powietrze przez Związek Strzelecki, kiedy Niemcy mieli wejść do miasta. Dziadek dowiedział się, że musi się zarejestrować w Będzinie jako bezrobotny. Co wtorek trzeba się było zgłaszać po zasiłek w wysokości 7,23 zł. Każdy, kto kilka razy pobierał tę zapomogę, był wysyłany do Niemiec na roboty.
? Kiedy po raz kolejny przyszedłem po pieniądze ? opowiadał dziadek ? to kazali mi ustawić się w drugiej kolejce, gdzie rejestrowano ludzi na roboty do Niemiec. Udało mi się uciec i jeszcze dwa razy wziąłem zasiłek.
Dziadek musiał zgłaszać się po zapomogę, bo w przeciwnym wypadku do domu przyszłaby kontrola i nastąpiło aresztowanie. Kiedy przyszedł ósmy raz, zauważył go niemiecki policjant, chwycił za kark i zaprowadził na sam początek długiej kolejki, która stała po skierowanie wyjazdu do Niemiec. Kazano mu się stawić w najbliższy piątek na dworcu kolejowym w Będzinie.

Ucieczka przez Bieszczady
Tymczasem dziadek z trzema kolegami z Amatorskiego Towarzystwa Sportowego z Czeladzi byli już umówieni, że gdy dostaną skierowanie, to uciekną za granicę, aby wstąpić do polskiego wojska. Dowiedzieli się, że granicę najłatwiej można nielegalnie przejść w Bieszczadach. Nie żegnając się nawet z rodzinami, koledzy pojechali pociągiem przez Sosnowiec, Dąbrowę Górniczą, Ząbkowice do Krakowa, a stamtąd do Zagórza w Bieszczadach. Ze stacji kolejowej ruszyli w kierunku lasu. Była tam zagroda, gdzie chcieli posilić się śniadaniem. Dostali tam chleb z masłem i mleko. Okazało się, że była to posiadłość-leśniczówka miejscowego dziedzica, który był majorem wojska polskiego. Nie ufając mu, goście skłamali, że handlują kamieniami do zapalniczek. Major jednak szybko się zorientował, o co chodzi, i powiedział im, gdzie powinni iść i co zrobić. Poganiał swoich gości, ponieważ o godzinie 10 spodziewał się niemieckich żołnierzy, którzy mieli przyjechać do niego na polowanie.
? Przeprowadzi was przez las mój leśniczy, ale uważajcie na niego, bo nie jestem pewien, czy nie przekupili go Niemcy. Nie mówcie mu, dokąd idziecie ? ostrzegał oficer. ? Pójdziecie przez las i dojdziecie do Baligrodu. Tam już jest granica polsko-węgierska (w 1939 roku Niemcy rozpoczęły okupację Czech i Moraw, a Węgry anektowały część Słowacji i w tym miejscu granica polsko-czechosłowacka zamieniła się na polsko-węgierską).
? W Baligrodzie ? kontynuował major ? pójdziecie do księdza proboszcza i on da wam dalsze wskazówki.
Leśniczy przez dwie godziny prowadził chłopców i okazał się człowiekiem honoru ? nie był niemieckim szpiegiem. Do księdza poszedł jeden z kolegów, który był ministrantem. Ksiądz kazał im pojedynczo, aby nie wzbudzać w Niemcach podejrzeń, iść do przewodnika, który miał ich przeprowadzić przez granicę. W domu przewodnika drzwi otworzyła jego żona. Żałowała, że nie przyszli dwie godziny wcześniej, bo mąż poszedł właśnie przeprowadzić przez granicę dwóch oficerów i mógł również ich zabrać ze sobą. Kiedy jedli kiełbasę, czekając na przewodnika, przyszedł Józek, zięć gospodyni, który już dwa lub trzy razy szedł z teściem, przeprowadzając ludzi przez zieloną granicę. Teściowa namówiła go, żeby tym razem sam poprowadził chłopaków. Poszli w góry. Był listopad i dużo śniegu, nawet jak na tę porę roku. Przez trzy godziny krążyli w kółko, ponieważ Józek zgubił drogę. Wtedy chłopak powiedział, żeby na niego poczekać, a tymczasem on miał dowiedzieć się, gdzie jest dalsza droga. Więcej go nie widzieli. Było bardzo zimno i nadszedł wieczór, więc rozpalili ognisko, aby się ogrzać. Dziadek miał mokre buty i suszył je przy ognisku. Niestety, potem podeszwy zaczęły się rozchodzić.
Płacząc, chłopcy doczekali do rana. Stracili jakąkolwiek nadzieję, ale doszli do drogi. Tam stało trzech niemieckich żołnierzy z owczarkiem niemieckim. Zatrzymali chłopaków, którzy skłamali, że uciekają z polskich terenów okupowanych przez ZSRR. Okazało się, że to byli volksdeutsche ? Ślązacy. Chłopcy zostali wzięci na posterunek. Tam dostali herbatę i chleb ze smalcem. Mieli czekać na przesłuchanie. Przesłuchujący nie uwierzył w bajeczkę i chłopcy przyznali się, że są z Czeladzi. Otrzymali darmowe bilety na pociąg z Cisnej do Będzina. Jednak po takiej przygodzie chłopcy ani myśleli wracać do domów i poszli z powrotem do Baligrodu do leśniczówki. Kiedy zobaczyła ich gospodyni i Józek, oboje zaczęli płakać. W leśniczówce posiedzieli do wieczora. W tym czasie przyszedł jeszcze jeden człowiek z Katowic.

Pobyt na Węgrzech i we Francji
Następnego dnia leśniczy przeprowadził chłopców do granicy. Szli około dwóch godzin. Dalej leśniczy kazał im iść samym i dał odpowiednie wskazówki, aby nie doszli do granicy ze Słowacją, która również była blisko, bo wtedy mogliby mieć kłopoty. Po dalszym marszu przez las chłopcy po lewej stronie zauważyli budynek ? chłopską, góralską chatę, krytą słomą. Nie wiedzieli, czyja jest ta chata, więc zastukali. Okazało się, że wewnątrz spała węgierska straż graniczna. Powiedzieli im, że chcą dostać się do polskiego wojska. Strażnicy odrzekli, że następnego dnia zabiorą chłopców do koszar ? 3-4 km dalej. Prosili tylko, aby nie ujawniać w koszarach, że strażnicy spali na służbie, a powiedzieć, że złapali uciekinierów. Tak też się stało. W koszarach chłopcy zostali dobrze przyjęci, dostali jedzenie. Przebywało tam około dwustu uciekinierów z Polski, chętnych do zaciągnięcia się do polskiego wojska na Zachodzie. Któregoś dnia Węgrzy załadowali ich w dwa wagony i przewieźli do Budapesztu. Tam podstawiono specjalne autobusy i zawieziono Polaków do koszar wojskowych. Byli pilnowani i mieli zakaz wychodzenia na miasto. Po pięciu dniach na dziedziniec podjechały autobusy i Polacy zostali zawiezieni z Pesztu do Budy, do cytadeli na wzgórzu Gellerta, gdzie zostali osadzeni za nielegalne przejście granicy (w związku z sojuszem z Hitlerem Węgrzy nie mogli oficjalnie pomagać Polakom). Zostali umieszczeni w podziemiach twierdzy, gdzie schodzili po drabinie. Po dwóch dniach przyszedł łącznik z polskiej ambasady i poprosił komendanta cytadeli o wypuszczenie Polaków na dziedziniec. Zebranym zalecił ucieczkę. Powiedział, którędy mają uciekać i gdzie znajduje się polski konsulat w Budapeszcie. W piątym dniu pobytu w cytadeli przyjechał Międzynarodowy Czerwony Krzyż z ubraniami. Dziadek dostał buty, bo stare całkowicie mu się rozsypały.
Kolejnego dnia, w czasie deszczu, kiedy węgierscy strażnicy chowali się pod zadaszeniem, dziadek z kolegami postanowili uciec. Musieli skakać z muru. Jeden z kolegów przestraszył się wysokości i zrezygnował. Dziadek skoczył szczęśliwie, natomiast jego kolega tak niefortunnie, że skręcił nogę, co spowodowało potężnego krwiaka. Chłopcy zeszli ze wzgórza Gellerta i skierowali się w stronę polskiego konsulatu, który znajdował się przy ulicy Vaci. Po drodze napotkali trzech węgierskich policjantów, którzy, na szczęście, ich nie zaczepili. W konsulacie zrobiono pechowcowi opatrunek nogi, wyrobiono im nowe dokumenty, dano bony na jedzenie, kazano iść do hotelu i wrócić po trzech dniach. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia 1939 roku kolegę dziadka skierowano nad Balaton, do miejscowości Balatonkiriti, a dziadka ? do małej wsi za Esztergom, gdzie przed wojną była czechosłowacka strażnica. Przebywało tam 90 Polaków, w tym 20 kobiet z Czerwonego Krzyża i Związku Strzeleckiego. Posilali się w dwóch restauracjach "U Czurgaja" i "U Betse", a za jedzenie (wyśmienite) płaciła polska ambasada. Dodatkowo Międzynarodowy Czerwony Krzyż dał Polakom nowe ubranie i zapomogę na drobne wydatki ? 50 pengö (węgierska waluta w latach 1925-45, np. litr wina kosztował 0,2 pengö). Dziadek Henryk przebywał tam do marca 1940 roku. Wtedy dostał skierowanie na wyjazd do polskiego wojska do Francji. Przyszedł konsul, który powiedział, że osoby starsze pojadą drogą legalną, a młodsze ? przez zieloną granicę. Dziadek ze swoją grupą, którą kierował wojskowy przewodnik w stopniu kapitana, miał jechać w ten ostatni sposób.
(?)
Tomasz Cukiernik

Wyświetlony 4559 razy
Tomasz Cukiernik

Najnowsze od Tomasz Cukiernik

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.