niedziela, 01 sierpień 2010 10:59

NAFTA: mit wolności?

Napisane przez

Amerykanie - a przynajmniej amerykański establishment - mogą być jednymi z najbardziej naiwnych ludzi na ziemi. Gdy Gorbaczow starał się sprzedać swoje nieśmiałe reformy pod szyldem "rynkowego socjalizmu", jedynie amerykańskie władze wiwatowały. Rosyjskie społeczeństwo szybko spostrzegło ich pustotę i nie chciało mieć z nimi nic wspólnego. Gdy Polski wielbiciel władz stalinowskich, Oskar Lange, przekonywał do polskiej wersji "socjalizmu rynkowego", jedynie amerykańscy ekonomiści nie mogli powstrzymać okrzyków zachwytu. Polskie społeczeństwo dobrze jednak wiedziało, jak będzie.

 By przekonać niektórych ludzi o dobrowolnej naturze danego przedsięwzięcia, wydaje się czasem, że jedyne, czego trzeba, to przylepić mu plakietkę z napisem "rynkowe". Stąd rozliczne groteskowe kreatury "rynkowych socjalizmów" lub "rynkowych socjaldemokratów". Słowo "wolność", rzecz jasna, także jest chwytliwe ? dlatego innym sposobem na zagarnięcie kolejnych rzesz wielbicieli w tej erze egzaltowanej retoryki panującej nad materią staje się po prostu nazwanie siebie i swych propozycji "wolnorynkowymi" i mającymi na celu "wolny handel". Etykietki często wystarczają, by nabrać naiwnych.

Tak oto wśród obrońców wolnego handlu etykieta "Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu" (NAFTA) ma wywołać niekwestionowany posłuch. "Jakże możesz być przeciw wolnemu rynkowi?" To bardzo proste. Dobrodzieje, którzy ustanowili NAFTA i założyli sobie nazywać ją "wolnorynkową", to ci sami ludzie, którzy określają wydatki rządowe jako "inwestycje", podatki nazywają "datkami", a wzrost podatków chrzczą mianem "redukcji deficytu". Nie zapomnijmy o komunistach, którzy swój system także nazywali "wolnym".
Po pierwsze, czysty wolny handel nie potrzebuje paktów (czy swej zdeformowanej kuzynki, "umowy handlowej"; NAFTA jest nazywana umową handlową, by tylko ominąć konstytucyjny wymóg zgody dwóch trzecich Senatu). Jeśli establishment faktycznie pragnie wolnego handlu, jedyne, co musi zrobić, to odrzucić liczne cła, kwoty importowe, prawa "antydumpingowe" i inne narzucone Ameryce ograniczenia handlowe. Żadna polityka zagraniczna ani manewry zagraniczne nie są potrzebne.
Gdy kiedykolwiek na politycznym horyzoncie pojawi się prawdziwy wolny handel, przekonamy się o tym nadzwyczaj szybko. Ujrzymy, jak moloch rządowo-medialno-korporacyjny broni się zębami i pazurami. Ujrzymy cały szereg stron redakcyjnych "ostrzegających" przed nadciągającym powrotem dziewiętnastego wieku. Medialne gadające głowy i akademicy rzucą się, by przytaczać wszelkie stare kalumnie o wolnym rynku, mówiące o tym, jak to on wyzyskuje biednych, jaki to on anarchiczny, wreszcie, pozbawiony wszelkiej "koordynacji" ze strony rządów. Na prawdziwy wolny handel establishment zareaguje z równym entuzjazmem, jak na zniesienie podatku dochodowego.
Po prawdzie, obie partie u władzy, trąbiące o "wolnym handlu" już od II wojny światowej, praktykują coś, co jest prawdziwym wypaczeniem realnej dobrowolności dokonywania wymian. Cele i taktyka establishmentu należą nieodłącznie do domeny tradycyjnego wroga wolnego handlu, czyli merkantylizmu ? systemu, którego szczególne nasilenie przeżywały europejskie państwa narodowe między XVI a XVIII wiekiem. Niesławna podróż prezydenta Busha (George'a Busha seniora ? tłum.) do Japonii była tylko jednym przykładem polityki handlowej stającej na straży regularnego systemu manipulacji, mającego zmusić inne kraje do przyjęcia kolejnych amerykańskich fal eksportowych.
Podczas gdy prawdziwi zwolennicy wolnego handlu patrzą na wolne rynki i handel ? wewnętrzne i zewnętrzne ? z punktu widzenia konsumenta (tj. nas wszystkich), merkantylista, również ten współczesny, każe nam spoglądać na nie poprzez pryzmat elity władzy, wielkiego interesu sprzymierzonego z rządem. Prawdziwy wolnorynkowiec uważa eksport za metodę płacenia za import, tak samo jak dobra generalnie są produkowane po to, by być sprzedane ich konsumentom. Lecz założeniem merkantylisty jest uprzywilejowanie salonu rządowo-biznesowego kosztem wszystkich klientów, czy to w kraju, czy poza jego granicami.
Spójrzmy na negocjacje z Japonią, które prowadzili Reagan, Bush, a także Clinton. Głównym ich zadaniem jest upchnięcie Japonii amerykańskiej produkcji, w zamian za co amerykański rząd ma się łaskawie, choć z ociąganiem, zgodzić na japońską sprzedaż dla konsumenta amerykańskiego. Import to cena, jaką rząd płaci, by inne narody mogły zaakceptować krajowy eksport.
Innym kluczowym elementem powojennej polityki handlowej w imię "wolnego rynku" prowadzonej przez establishment, są gigantyczne subsydia eksportowe. Ulubionym sposobem dotowania stała się tak pomoc zagraniczna, która, pod płaszczykiem "rekonstrukcji Europy, (…) powstrzymywania komunizmu" czy "rozpowszechniania demokracji", służy również współcześnie naciągnięciu podatników amerykańskich, by zmuszeni byli oni do finansowania amerykańskich eksportowych firm i przemysłu, o obcych rządach korzystających z systemu nie zapominając. NAFTA jest reprezentantem tego systemu o tyle, o ile wspomnianemu celowi podporządkowuje amerykański rząd oraz podatnika.
Jednakże NAFTA to coś więcej niż układ handlowy wielkiego biznesu. To część starej już kampanii, mającej na celu integrację i kartelizację rządu, która zakończyć się ma wprowadzeniem interwencjonistycznej gospodarki mieszanej. W Europie kulminacją tej kampanii było sygnowanie Traktatu z Maastricht, tj. próby narzucenia jednej waluty i banku centralnego znacznej części kontynentu i zmuszenia jego względnie wolnych gospodarek do wyrażenia zgody na regulacyjne państwo dobrobytu.
W Stanach Zjednoczonych przybrało to postać odebrania władzy legislacyjnej i sądowej stanom oraz samorządom i jej przeniesienia w ręce władzy wykonawczej rządu federalnego. Negocjacje NAFTA przesunęły naprzód granice centralizacji władzy rządowej na terenie całych Stanów, tym samym dalej jeszcze pomniejszając możliwości ucieczki podatników przed ich panami.
Syrenia pieśń NAFTY to ten sam uwodzicielski ton, za pomocą którego eurokraci starali się skłonić Europejczyków do poddania się superetatyzmowi Wspólnoty Europejskiej: bo czyż nie byłoby piękne, gdyby Ameryka Północna stała się jedną wielką i potężną "jednostką wolnohandlową" jak Europa? Rzeczywistość jest zgoła odmienna: nieprześcigniony socjalistyczny interwencjonizm oraz centralne planowanie ponadnarodowej Komisji NAFTY jak brukselskich biurokratów.
Zatem tak jak Bruksela w Europie zmusiła kraje o niskich podatkach do ich podniesienia do poziomu średniej europejskiej lub rozszerzenia działalności państwa dobrobytu w imię "sprawiedliwości" i "równych warunków startu" czy "harmonizacji w górę", tak i Komisje NAFTA mają zostać wyposażone w instrumenty "harmonizacji w górę", by zignorować prawa pracy i inne prawa rządów stanowych.
Przedstawiciel Ministerstwa Handlu w administracji prezydenta Clintona, Mickey Kantor, wprost piał z zachwytu, że w NAFTA żaden kraj będący sygnatariuszem umowy nie będzie mógł już nigdy obniżyć swoich standardów ochrony środowiska. W NAFTA nie będzie można obniżyć lub znieść jakichkolwiek regulacji ekologicznych lub ochrony pracy, znamionujących państwo dobrobytu, gdyż traktat zamknie przed nami tę możliwość ? na zawsze.
W dzisiejszym świecie, jako swoistą "regułę kciuka", powinniśmy przyjmować opozycję wobec wszelkich traktatów, poza wspaniałą Poprawką Brickera do Konstytucji, którą Kongres mógł przyjąć w latach 50. XX wieku, ale którą utrąciła administracja Eisenhowera. Niestety, według Konstytucji każdy traktat uważany jest za "najwyższe prawo ziemi"; wprowadzenie Poprawki Bricknera miało przeciwdziałać temu, by jakikolwiek traktat unieważniał istniejące wcześniej zapisy praw konstytucyjnych. Jeśli jednak musimy ostrożnie podchodzić do jakiegokolwiek traktatu, to szczególnie wrogo powinniśmy podchodzić do takiego, który buduje ponadnarodowe struktury, jak czyni NAFTA.
Najgorszym aspektem NAFTA są poboczne uzgodnienia z czasów Clintona, które niefortunny traktat Busha zmieniły w koszmar międzynarodowego etatyzmu. To właśnie tym uzgodnieniom musimy dziękować za ponadnarodowe Komisje i szykowaną przez nie "harmonizację do góry". Uzgodnienia poboczne to też kwestia "wolnohandlowego" oszustwa, czyli pomocy zagranicznej. Sprawiają one, że USA muszą oddawać około 20 miliardów dolarów na Meksyk i jego "sprzątanie środowiska" wzdłuż granicy z Ameryką. Dodatkowo Stany Zjednoczone nieformalnie zgodziły się na utopienie z pomocą Banku Światowego kolejnych miliardów w nieprzejrzystych kasach meksykańskich władz, gdy już umowa NAFTA zostanie podpisana.
Podobnie jak w przypadku każdej innej polityki, na której korzysta rząd i powiązane z nim grupy interesów, establishment poświęcił wszystko, co tylko mógł, na propagandę na rzecz NAFTA. Jego dworscy intelektualiści nawet łączyli się ze sobą w sieci specjalnie dla sprawy rządowej centralizacji. Choćby i NAFTA była traktatem cokolwiek wartym, ten szczególny wysiłek rządu i jego przyjaciół powinien obudzić naszą ostrożność.
Podejrzenie, że ma ten wysiłek jakiś związek ze znacznymi sumami, które przeznaczył rząd Meksyku wraz ze sprzymierzonymi grupami interesu na lobbowanie na rzecz NAFTA, jest zasadne. Pieniądze te są, można by rzec, przedpłatą konieczną dla uzyskania wspomnianych 20 miliardów dolarów, które Meksykanie mają nadzieję wyciągnąć od amerykańskich podatników po podpisaniu układu NAFTA.
Obrońcy NAFTA mówią, że amerykański podatnik powinien poświęcić się, by "uratować" prezydenta Meksyku Carlosa Salinasa i jego rzekomą cudownie "wolnorynkową" politykę. Jednak Amerykanie z pewnością słusznie znużeni są wiecznymi "poświęceniami" i wypruwaniem sobie żył na rzecz mglistych strategii polityki zagranicznej, które jakoś zdają się im nigdy nie przynosić korzyści. Jeśli NAFTA upadnie, Salinas i jego partia również może. Lecz oznacza to jedynie, że chora sytuacja monopartyjnej władzy PRI (Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej) może wreszcie, po wielu przeżartych korupcją dziesięcioleciach, ulec zagładzie. Cóż w tym złego? Dlaczego taki los miałby przyprawiać naszych obrońców "globalnej demokracji" o drżenie serc?
Powinniśmy przyjrzeć się rzekomej szlachetności Carlosa Salinasa w ten sam sposób, w jaki lustrujemy inne podobne ersatze, bohaterów podanych nam na tacy przez establishment. Ilu z nas na przykład wie, że zgodnie z Załącznikiem 602.3 traktatu NAFTA, "wolnorynkowy" rząd Salinasa "rezerwuje dla siebie" absolutne prawo do poszukiwań, wszelkich inwestycji i magazynowania, rafinacji i przetwórstwa, handlu, transportu oraz dystrybucji ropy i gazu naturalnego? Wszelkie prywatne inwestycje i przedsięwzięcia dotyczące ropy i gazu w Meksyku mają być, innymi słowy, zabronione. Temu winien poświęcenie amerykański rząd? To chce zachować?
Większość brytyjskich i niemieckich konserwatystów zdaje sobie w pełni sprawę z niebezpieczeństw związanych z eurokracją Brukseli i Maastricht. Rozumieją, że gdy ludzie i instytucje, których istnienie poświęcone jest w zupełności promocji etatyzmu, nagle zaczynają bronić wolności, jakiś podstęp musi się za tym kryć. Inni konserwatyści i stronnicy wolnego rynku powinni także zdawać sobie sprawę z zagrożeń, jakie niesie ze sobą NAFTA.
(Rozdział 83 książki Murraya N. Rothbarda, Making Economic Sense)
Tłumaczenie: Jan Lewiński
Wyświetlony 5381 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.