niedziela, 01 sierpień 2010 12:02

Internet otwarty i jego wrogowie

Napisane przez

Już do niego przywykliśmy, ale jeszcze 15 lat temu właściwie nikt o nim nie słyszał. Jest wielkim osiągnięciem cywilizacji zachodniej, tworem niespotykanym w historii ludzkości. Jest rzeką informacji i oazą wolności słowa. Właściwie wykorzystywany, służy przedsiębiorcom, żurnalistom i naukowcom. Cieszmy się nim, póki możemy. Grozi mu bowiem śmiertelne niebezpieczeństwo.

 

Z globalnej sieci (WWW, czyli world wide web) korzysta już ponad 930 milionów użytkowników na całym świecie. Pracownicy administracji, bankowcy, przedsiębiorcy i handlowcy oraz dziennikarze ? wszyscy oni nie wyobrażają już sobie życia bez Internetu. Nie wyobrażają tego sobie nawet uczniowie, którzy sięgają do przepastnej sieci w poszukiwaniu tzw. gotowców... Ba, zdarzają się nawet przypadki uzależnienia od "surfowania" po sieci, co jest z pewnością jednym ze szkodliwych aspektów istnienia tego niebywałego tworu.
Czy zastanawiałeś się jednak, kto go kontroluje? Niewielu bowiem ludzi zna historię "pajęczyny" i równie niewielu zdaje sobie sprawę, że mitem jest, jakoby sieć była poza jakimkolwiek nadzorem i była totalnie zdecentralizowana! Otóż Internet jest zarządzany przez prywatną firmę non-profit ICANN (Internet Corporation For Assigned Names and Numbers) z siedzibą w Los Angeles (Kalifornia, USA), utworzoną w 1998 roku. Niedawno rządy większości państw podjęły jednak próbę "wyzwolenia" Internetu spod jarzma wstrętnych "prywaciarzy", imperialnej Ameryki i złego Busha.

Kto kontroluje Internet ?
Paul Twomey i jego 20-osobowa grupa doradców, stanowiąca radę firmy ICANN. To oni zajmują się przydzielaniem domen, rozstrzyganiem sporów o adresy witryn, a także nadzorują pracę 13 strategicznych serwerów (tzw. root servers), na których zawieszona jest cała sieć. Własność serwerów jest zdywersyfikowana (kilka jest własnością prywatnych firm, jeden jest w rękach NASA, jeden amerykańskiego uniwersytetu, a inny posiada pozarządowa organizacja z Kopenhagi), ich położenie geograficzne już mniej (10 z nich znajduje się na terytorium USA, dwa są w Europie i jeden w Tokio), lecz ze względu na techniczne ograniczenia występujące w początkach powstawania sieci, ich liczby nie można zwiększyć. W tej sytuacji musi więc istnieć instytucja decydująca o przyznawaniu do nich prawa własności. ICANN gromadzi też adresy IP (Internet Protocol), potrzebne do identyfikacji komputerów w sieci, i czuwa nad przepustowością połączeń (sieć zaprojektowano na ok. 4 miliardy adresów IP, co już teraz jest niewystarczające!). Poza tym kalifornijska firma czuwa nad koordynacją standardów technicznych "pajęczyny", które muszą być zapewnione, by sieć dobrze działała (chodzi np. o poprawne działanie tzw. routerów). Wszystkie te zadania noszą nazwę internet governance i są zadaniami czysto technicznymi.
Od początku swojego istnienia sieć była wyrazem i wcieleniem ideałów myśli liberalnej: otwarta struktura sprzyjała wolności wypowiedzi, obniżaniu kosztów dostępu i innowacjom. Jego korzenie tkwią w prywatnym kapitale, co uczyniło go tworem odbiurokratyzowanym, a nawet ? w porównaniu do państwowych monopolistów telekomunikacyjnych ? ucieleśnieniem swego rodzaju ideału wolnościowego. A to, że przesyłał od samego początku dane, a nie głos, uratowało go od ingerencji państwa i telekomunikacyjnych molochów.
W ten oto sposób sieć WWW jest oazą wolności, tworem totalnie odbiurokratyzowanym, przypominającym trochę wymarzony kraj wolnościowców: pełnym szans, ale i niebezpieczeństw. Nie jest jednak takie oczywiste, że za kilka, kilkanaście lat stan ten nie ulegnie zmianie. Wrogowie wolności nie śpią, a przekonać się mogliśmy o tym w ostatnim czasie.

Zamachy na wolność Internetu
Do roku 1998 siecią zarządzał, w imieniu Advanced Research Projects Agency podległej Departamentowi Obrony, Jon Postel, informatyk z University of Southtern California, którego można nazwać bez przesady ojcem Internetu. Przez 30 lat o wszystkich aspektach technicznych decydował więc jeden człowiek, także o nadawaniu domen dla poszczególnych krajów. Ich rządy nie interesowały się "pajęczyną" aż do połowy lat 90. Wtedy po serii negocjacji pomiędzy przedstawicielami biznesu oraz organizacji rządowych i pozarządowych administracja Billa Clintona zgodziła się na kompromis i rząd Stanów Zjednoczonych przekazał nadzór nad siecią w prywatne ręce ICANN, spodziewając się dobrego zarządzania i oddalając tym samym zarzuty o sprawowanie nad nim politycznej kontroli (co ciekawe, ładunek emocjonalny tychże negocjacji był zbyt duży dla Postula: zmarł na zawał).
Przez kilka lat prywatny status ICANN-u gwarantował, że Internet nie podlega politycznym wpływom, zarówno z kraju, jak i z zagranicy. Dowód? W 2002 roku chińskie ministerstwo telekomunikacji wystosowało skargę do amerykańskiej Federal Communications Commission, nie kryjąc oburzenia z powodu przyznania Tajwanowi domeny ".tw". Komisja wzruszyła tylko ramionami, gdyż nie miała i nie ma żadnego wpływu na postępowanie prywatnego ICANN.
(?)
Piotr Rosik
Wyświetlony 5239 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.