piątek, 20 sierpień 2010 11:35

Służba nie drużba

Napisał

Na jednym z hucznych śląskich wesel spotkało się dwóch staruszków--weteranów. Zakąszając weselną wódkę golonką szybko znaleźli wspólny język, okazało się bowiem, że obaj w czasie wojny służyli w AK. Jednak w trakcie wspominania wojennych przygód zaczęły pojawiać się niepokojące rozbieżności. Podczas gdy pierwszy weteran skarżył się na wilgotne noce spędzone w lesie, drugi narzekał na gorące dni na pustyni. W końcu jeden z nich nie wytrzymał i pyta: "Gdzieś ty właściwie służył w czasie wojny?". "Jak to gdzie- odpowiada zapytany -w AK, w Armii Krajowej. A ty gdzie?". "Ja też w AK - mówi tamten - Afrika Korps".

 

I tak to już w życiu jest. Trzeba gdzieś służyć, a dokładniej mówiąc, trzeba komuś albo czemuś służyć. Jak śpiewał Dylan: Musisz komuś służyć. Może to być Bóg, może to być Diabeł, ale ty musisz komuś służyć. Wybór należy do ciebie, a służba nie drużba.

Różne sposoby realizacji tego wezwania można było zaobserwować podczas zakończonej nareszcie kampanii wyborczej. Mieliśmy do czynienia nie tylko ze służbą, ale również z usłużnością, służalczością, służbistami i służbami specjalnymi. Wszyscy solidnie wywiązywali się ze swoich zadań, jedni jawnie, inni bardziej po tajniacku, ale objawy sympatii bądź antypatii w stosunku do tych czy innych ugrupowań lub kandydatów pozwalały dość łatwo stwierdzić, kto kogo ma za pana. W trakcie tego wyścigu służb najzabawniejsi byli ? po raz kolejny zresztą ? nie politycy, lecz dziennikarze radiowi i telewizyjni. Pomijając stary i wysłużony element w rodzaju Janiny Paradowskiej, Andrzeja Jonasa czy Jacka Żakowskiego, którzy nie muszą otwierać ust, aby wiadomo było, co mogą powiedzieć, przeważającą cześć dziennikarzy obsługujących kampanię wyborczą stanowili ludzie młodzi, którzy w propagowaniu jedynie słusznej linii wykazywali gorliwość godną walterowców. Niby mamy pluralizm na rynku medialnym, są trzy poważne stacje telewizyjne i z tuzin radiowych, a tu wszędzie słychać było to samo i to podane z takim samym ideologicznym zaangażowaniem. Niewątpliwie swoje robiły ostre pogadanki szefów rozgłośni, którzy dawali pracownikom dokładne wskazówki, co i jak mówić, kogo pogłaskać, a kogo kopnąć, jednakże można było zaobserwować dziwną nadgorliwość, przypominającą zachowanie lokaja, który chcąc się przypodobać panu, pucuje mu lakierki językiem. Przez moment wydawało się, że znów jesteśmy w strasznym roku 1991, kiedy groziły nam stosy, gilotyny, państwo kościelne i ogólny zamordyzm, z tym że wtedy ostrzegano przed Wałęsą, powołując się na autorytet Michnika, dziś zaś ostrzega się przed Kaczyńskim, powołując na autorytet Wałęsy. Histeria na antenie radia Tok-FM czy tendencyjność telewizji TVN24 wielokrotnie przebijały to, z czym można się spotkać w owianym czarną legendą Radiem Maryja bądź w "Naszym Dzienniku". Tu przynajmniej można było zadzwonić i zbluzgać ojca prowadzącego, tam zaś ? po orwellowsku ? nawet w telefonach od słuchaczy brzmiał ustalony refren. Dziennikarze tak doskonale odgrywali swoje role pożytecznych idiotów, że można było odnieść wrażenie, iż wcale nie grają, lecz są po prostu sobą. A idiotyzm, jak wiadomo, w przeciwieństwie do ptasiej grypy, jest nieuleczalny.
W każdym razie dziennikarze, świadomie bądź nie, służyli swoim pryncypałom, ci zaś, jak można podejrzewać, posłuszni byli tym, którzy obiecali im, że nawet jeśli się coś zmieni, to i tak nic się nie zmieni ? z czego wszyscy będą zadowoleni. A jak nic nie zmienić, zmieniając coś pozornie? Zapędzić elektorat do głosowania na jedyną słuszną listę partii. Wiadomo, że pospólstwo święcie wierzy w to, co mówią w telewizorze, więc trzeba mu ? metodą warunkowania ? wbić do łba prawdy wiary i przekonać, że wynik meczu jest już właściwie rozstrzygnięty, więc najlepiej głosować na zwycięzców. Ten manewr zastosowano po raz pierwszy przy okazji Cimoszewicza ? "ostatniej nadziei czerwonych" ? którego, dzięki odpowiednim sondażom, pokazano jako lidera peletonu. Potem jeszcze wielokrotnie podrzucano takie sondażowe przynęty dziennikarzom, ci zaś, zgodnie z zasadą, że pod nieobecność zdrowego rozsądku pozostaje myślenie magiczne, wykonywali wokół nich swój chocholi taniec, mamrocząc wraz z zapraszanymi komentatorami dziwaczne zaklęcia w rodzaju "sondażu, spełnij się". Oczywiście, ta fetyszyzacja sondaży miała podobny wpływ na rzeczywistość, jak stukanie przez dzikusa pałką w pień w celu sprowadzenia deszczu, jednak przez niemal dwa miesiące wszyscy podnieceni niczym marcowe koty w nieskończoność analizowali słupki poparcia. Przed wyborami parlamentarnymi agorowe radio Tok-FM nie posiadało się ze szczęścia, kiedy okazało się, że gość programu Władysław Frasyniuk uzyskał wśród słuchaczy radiostacji 80-procentowe poparcie. Zapewne gdyby badanie przeprowadzić wśród samych dziennikarzy radia, miałby poparcie stuprocentowe ? podobnie, jak w sondażu preferencji kulinarnych na stronie internetowej kanibali wygraliby smakosze ludzkiego mięska ? jednak w niczym nie zmieniło to faktu, że i on, i jego dziwaczna partyjka przepadli z kretesem. Najzabawniejsze, że kiedy wybory, wbrew sondażom, wygrał PiS, zaufanie do badań opinii publicznej wcale nie zmalało i przed wyborami prezydenckimi znów wszyscy z rozbieganymi oczyma emocjonowali się tym, jak rosną wirtualne procenty.
Fakt, że niemal wszystkie wyniki sondaży odbiegały od rzeczywistości w stopniu dużo wyższym, niż pozwalają na to metodologiczne standardy, pozwala domniemywać, że badania te nie miały służyć opisowi, lecz kształtowaniu preferencji, na co zresztą już od lat zwracano uwagę. Tak czy owak pracownie badań starały się wiernie służyć swoim panom, podobnie jak komentujący wyniki badań dziennikarze. Być może, ta wierność i szczere oddanie sprawiły, że kiedy rzeczywistość zastąpiła sondaże, rozczarowanie było aż tak głębokie i trzeba było uderzyć w dramatyczne tony. Po zwycięstwie PiS i Kaczyńskiego nastroje w przeważającej części mediów znów przypominały te, jakie panowały po przegranej Mazowieckiego z Tymińskim, a potem po zwycięstwie Wałęsy. Koniec świata. Znów pogromy i stosy... Znów państwo religijne, szubienice na rogach ulic, 200-procentowa inflacja, 50-procentowe bezrobocie i w ogóle Białoruś. Media, które w 2001 roku uspokajały po zwycięstwie SLD, które przez lata lansowały Kwaśniewskiego jako prawdziwego demokratę spoza układów, nagle dostały histerii, oczekując nadejścia najgorszego. Znamiennym przykładem jest tu tygodnik "Wprost". Cztery lata temu wiwatował na część Millera, przyznając mu tytuł człowieka roku i nie pytając, skąd weźmie obiecywane ? dosłownie ? gruszki na wierzbie, dziś zaś zadaje dramatyczne pytania: jak premier Marcinkiewicz będzie realizował prosocjalną politykę PiS? Skąd weźmie pieniądze na zupki dla dzieci? Czy zbuduje obiecane mieszkania? Jak radykał Kaczyński dogada się z Niemcami i Rosją? Co o nas pomyśli Rada Europy i pederaści? ? i tak dalej
(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 4222 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.