niedziela, 29 sierpień 2010 06:12

Requiem dla hołoty

Napisał

W trakcie debaty poprzedzającej odwołanie rządu premiera Olszewskiego, Stefan Niesiołowski określił ów moment jako nie tylko symboliczny, ale faktyczny powrót do układu okrągłego stołu, w którego ramach działacze PZPR zgodzili się oddać opozycji część władzy w zamian za nietykalność polityczną i majątkową. Z perspektywy 13 lat słowa wypowiedziane przez Niesiołowskiego z trybuny sejmowej sprawiają wrażenie niezamierzonego smutnego proroctwa. Mimo pewnych sukcesów, jak wejście do NATO, czy - rzecz bardziej dyskusyjna - do UE, trudno oprzeć się przykremu wrażeniu, że czas, jaki minął od obalenia rządu Olszewskiego został w dużej mierze zmarnowany i dopiero dziś jesteśmy w stanie zrobić to, co należało zrobić wówczas: wyjść z systemu umownie zwanego postkomunizmem.

 

Od czerwca 1992 roku mieliśmy do czynienia ze stopniowym budowaniem czegoś w rodzaju quasi-państwa, funkcjonującego dzięki cichej współpracy uwłaszczonej nomenklatury, służb specjalnych oraz postkomunistycznych polityków wspieranych przez część byłych opozycjonistów, którzy z różnych, mniej lub bardziej tajemniczych powodów, uważali, że korzystniej i bezpieczniej dla nich będzie wspierać lewą nogę zamiast ją najzwyczajniej w świecie odrąbać. O ile porozumienie przy okrągłym stole można potraktować jako akt założycielski nowego ustroju, będącego pewną mutacją oligarchii, o tyle obalenie rządu Olszewskiego, dokonane przez połączone siły postkomunistów, prezydenta i dużą część postsolidarnościowych polityków (przy niechlubnym współudziale Jana Rokity i Donalda Tuska), było potwierdzeniem tego, że zawarte umowy obowiązują. Kto występuje przeciw rodzinie, temu rodzina prędko i dobitnie przypomni zasady aktualnego politycznego savoir-vivre'u, te zaś doskonale można streścić za pomocą dwóch stwierdzeń wypowiedzianych przez dwóch Adamów ? Michnika i Halbera: po pierwsze, odpieprzcie się od generała, a po drugie, Chwała nam i naszym kolegom ? ch...je precz!

Po upadku rządu Olszewskiego nowi koledzy generała porządzili sobie jeszcze przez rok pod wodzą premier Suchockiej, której rząd, wywiązując się ze zobowiązań, między innymi posłał służby specjalne do rozpracowywania prawicowej ekstremy. Ekstrema została skutecznie spacyfikowana ? zresztą przy niemałym udziale części dziennikarzy, którzy czy to celowo, czy też z uwagi na wrodzoną głupotę i instynkt stadny, węszyli wszędzie zarodki faszyzmu ? i po kolejnych wyborach właściwie przestała się liczyć. Władza wróciła do "naszych kolegów", którzy, co należy im przyznać, umiejętności potrzebne w demokratycznej loterii nabyli równie szybko jak majątki.
Ten powrót postkomunistycznej ekipy na stanowiska zarządców III RP został potraktowany przez tzw. środowiska opiniotwórcze z zadziwiającą dezynwolturą, co więcej, można było dostrzec swoisty wyścig w wystawianiu pozytywnych cenzurek. Dowodzono, że postkomuniści się zmienili i ucywilizowali, odrzucili beton na rzecz młodych reformatorów, chcą budować nową lepszą Polskę, są szczerymi demokratami, a ideały socjaldemokracji są im tak bliskie jak świni koryto. Zresztą, powtarzano, i tak są mniej groźni niż prawica, która ze swoimi hasłami lustracji i dekomunizacji rozpętałaby w Polsce prawdziwe piekło z zastosowaniem stosów i wymyślnych narzędzi tortur włącznie. No i ? w sumie ? postkomuniści rządzili sobie spokojnie przez cztery lata i wyglądało na to, że faktycznie odeszli od starych metod. Nikogo nie rozstrzeliwali, nie przeprowadzili powszechnej kolektywizacji, nie zakazali działalności opozycyjnych partii politycznych, a nawet nie wprowadzili stanu wojennego. Tym bardziej można było więc pokazywać ich jako porządnych i pełnoprawnych uczestników gry politycznej, a każdego, kto w to wątpił, jako "chorego z nienawiści zoologicznego antykomunistę", jak mawiali wtedy mistrzowie mowy polskiej. Podobnie zresztą traktowano każdego, kto zwracał uwagę na niejasne pochodzenie nomenklaturowych fortun, na związki lewicowych polityków z mafią, na ustawiane przetargi itd. W obliczu tego wszystkiego autorytety moralne twierdziły, że nie ma o co robić hałasu, że wszystko jest pod kontrolą, żadnej korupcji nie ma, mafia ? jak wszyscy wiedzą ? jest we Włoszech, postkomunistyczni biznesmeni są czyści jak łzy komsomołca i nie można ich się bez powodu czepiać. A kiedy nie dało się zaprzeczyć faktom, wówczas uspakajano, mówiąc, że takie są koszty przemian gospodarczych, że wolny rynek tak właśnie funkcjonuje i, jak wiadomo, w świecie prawdziwego biznesu pierwszy milion trzeba ukraść. Chcieliście kapitalizmu, no to go macie. Nie wzięto tylko pod uwagę tego, że ten, kto ukradnie pierwszy milion, będzie kradł i następne.
Krótko mówiąc, przeszłość odcięto grubą kreską, a teraźniejszość wzięto w nawias. Kiedy w 1995 roku odbywały się wybory prezydenckie, "Gazeta Wyborcza" poprzedziła je ckliwym manifestem Adama Michnika i Włodzimierza Cimoszewicza O prawdę i pojednanie, mającym przygotować grunt pod przyszłe zjednoczenie wszystkich kolegów wchodzących w skład sił postępu. Po zwycięstwie Kwaśniewskiego cała ferajna odetchnęła z ulgą, czemu zresztą trudno się dziwić, albowiem w przeciwieństwie do nieprzewidywalnego, irracjonalnego Wałęsy, "Olek-Ole" był osobą, która doskonale nadawała się na dozorcę folwarku ? czy raczej PGR-u ? zwanego III RP. I znów na wyścigi zaczęto zapewniać, że jest on prawdziwym Europejczykiem i nie ma szans na powrót starych układów, że już wybrał przyszłość, więc koledzy z przeszłości nie będą dopominać się o swoje i tak dalej. Takie opinie królowały przez obie kadencje, niezależnie od zachowania prezydenta: w każdym wypadku był on mniejszym złem niż prawicowa ekstrema. Zresztą do upowszechnienia się takiej opinii walnie przyczyniły się cztery lata rządów AWS, zbieraniny, która nad wyraz szybko przejęła maniery peerelowskiej nomenklatury, mając przy tym dużo mniej sprytu. W rezultacie ta ostatnia w 2001 roku po raz kolejny powróciła do władzy, tym razem bez żadnego zakłopotania obejmując rządy nad folwarkiem.
No i wtedy, w tak komfortowej sytuacji – ich prezydent, ich premier – uśpiono ideologiczną czujność. Zapracowani biznesmeni, prawdziwi Europejczycy, rewizjonistyczni reformatorzy i nowocześni socjaldemokraci przestali się pilnować. Pewność siebie demonstrowana przez SLD-owską wierchuszkę, radość ze zdobycia Pałacu Zimowego sprawiła, że poluzowano hamulce i przestano zwracać uwagę na światła. W efekcie, w ciągu niespełna roku nasz polski Matrix został zainfekowany taką ilością wirusów, że po prostu się zawiesił. A wtedy zobaczyliśmy to, czego od początku należało się spodziewać: kraj, którym rządzi hołota.
(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 3625 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.