niedziela, 29 sierpień 2010 08:09

Wysyp letnich potworów

Napisał

Gorące lato mieliśmy w tym roku. Dosłownie i w przenośni. Zazwyczaj okres wakacyjny oznaczał zastój w świecie polityki, co zmuszało dziennikarzy do wymyślania rozmaitych, mniej lub bardziej prawdopodobnych historii, mających uatrakcyjnić rozleniwionym urlopowiczom ów czas, zwany potocznie sezonem ogórkowym. Od lat pewniakiem była informacja, że potwór z Loch Ness znów wylazł ze swojego jeziora. W tym roku jednak było inaczej, co nie oznacza, że nie mieliśmy do czynienia z wyłażącymi z różnych zakamarków dobrze znanymi potworami. Przeciwnie, potworów było zatrzęsienie.

 

Najpierw wylazł z kniei marszałek Cimoszenko, pardon, Cimoszewicz, nawoływany przez opuszczony naród i wszystko, co jest w stanie wydać odgłos paszczą. Porzucił swoje żubry, świnie i inne bliskie mu stworzenia, ogłaszając, że wraz ze starą sprawdzoną grupą od trzymania władzy, przemianowaną na grupę trzymającą Włodzia, zaordynuje narodowi kolejne lata prosperity. Na wieść o tym z wolna zaczęły wyłazić różne inne potwory. Pani prezydentowa wylazła z pałacu i gorąco poparła niezależnego kandydata SLD, licząc być może na to, że jeszcze przez parę lat mogłaby funkcjonować jako pierwsza dama. Nie jest to zły pomysł i marszałek zapewne się zgodzi, chodzi przecież o to, aby porozumieć się bez barier dla dobra sitwy. Wylazł również Tomasz Nałęcz, z tym że on akurat wylazł nie z pałacu, lecz z komitetu wyborczego Marka Borowskiego, kandydata zwanego prawym lewym, oraz z SDPL, chcącej uchodzić za prawdziwą lewicę. Profesor Nałęcz, jako historyk z zawodu, ma doskonały zmysł wyczuwania, skąd wieją dziejowe wiatry, i dobrze wie, że do zwycięzców, choćby potencjalnych, trzeba się łasić, a przegranym sprzedać kopa na drogę. Dialektyczne akrobacje również nie są profesorowi obce, może więc odgrywać rolę jedynego sprawiedliwego, który w imię sprzeciwu wobec SLD, afer i cwaniaczków z Ordynackiej poprze kandydata, za którym stoi SLD, Ordynacka a ? kto wie ? może i afery. I przynosi to pozytywne efekty, bo profesor w mediach pojawia się równie często, jak niegdyś poseł Dziewulski, co prowadzi do wniosku, że środowisku dziennikarskiemu nie tylko lustracja jest potrzebna, ale i elementarne testy z logiki formalnej.
W czasie, kiedy rozmaite potwory lazły w stronę marszałka Cimoszewicza, na ulice Warszawy wyleźli dowiezieni ze Śląska górnicy, którzy najpierw uderzyli w gaz, a potem w policję, na co ta również odpowiedziała gazem. Było jak zwykle wesoło i po raz kolejny przekonaliśmy się, że robotnicza pięść jest skutecznym argumentem przetargowym w dyskusjach nad forsą, a dyktatura proletariatu ma się jak najlepiej. Posłowie, którzy już przebierali nóżkami, żeby czmychnąć na wakacje, zostawiając cały ten bajzel za sobą, trochę ponarzekali i szybko uchwalili, że tym, którzy pracują pod ziemią, przysługują wcześniejsze emerytury na koszt tych, którzy robią nad ziemią. Co ciekawe, do tych pierwszych zaliczono tylko górników, pomijając takie podziemne mniejszości jak krety, dżdżownice czy krasnoludy. Można podejrzewać, że jak tylko się dowiedzą, iż ominęły ich przywileje, wylezą na ulicę i zrobią manifę. W ich obronie zapewne polezie wicepremier Jaruga-Nowacka, która nie tak dawno dowiodła w jednym z wywiadów, że i jej nieobce są dialektyczne wygibasy. Najpierw utyskiwała, że w polityce jest zbyt mało kobiet, że nikt nie chce na nie głosować i tak dalej, a następnie, na pytanie, czy w takim razie w wyborach prezydenckich poprze panią Szyszkowską bądź panią Bochniarz, odparła, że ona akurat głosować będzie na Cimoszewicza. Ot i cała feministyczna logika. No, chyba że marszałek oprócz akcji Orlenu zataił przed nami jeszcze jakieś szczegóły dotyczące swojej płci. Takie rewelacje byłyby w sam raz na koniec lata i nie przebiłaby ich nawet kobieta z brodą reklamowana przez dziennik "Fakt", a przy tym w jakiś sposób tłumaczyłyby ową miętę, którą nie od dziś czuje do Cimoszewicza profesor Nałęcz.
Ale nie tylko potwory są w stanie zainteresować plażowiczów. Dziennikarze w sezonie ogórkowym często udowadniają, że rzeczy mają się inaczej, niż dotąd sądziliśmy. Prawda skryta jest pod warstwą pozorów. Nasz jowialny sąsiad okazuje się przebiegłym i krwiożerczym kosmitą, poczciwa staruszka ma w zwyczaju pić krew nastoletnich dziewic, sprzedawczyni z warzywniaka jest agentką KGB, a znany aktor swoim własnym sobowtórem. Aby wymyślić taką historię, trzeba się trochę nagłowić, ale tego lata było łatwiej, gdyż sama rzeczywistość roiła się nie tylko od potworów, ale i pozorantów. I żeby było weselej, wciąż chodziło o te same postacie. Włodzimierz Cimoszewicz przedstawia się jako kandydat ponadpartyjny, a w rzeczywistości jest jak najbardziej partyjny, i to właściwie od dziecka. Przy tym z pozoru wygląda na prymusika, takiego, co to już w podstawówce wyrywał rękę do góry, krzycząc "proszę pani, ja, ja!" i świadectwa z paskiem przynosił, a tu okazuje się, że nie wie, ile gazu ciągniemy z Rosji. Niby pan doktór od prawa, minister od zagranicy, okulary ma i tak dalej, a w trakcie przesłuchania przed komisją śledczą objawił się jako osoba niedouczona i na dodatek zupełnie niezorganizowana, która nawet oświadczenia majątkowego wypełnić nie potrafi. I na dodatek początkowo wydawał się człowiekiem miłym i dobrze wychowanym, co to zwierzęta kocha, staruszkę przez jezdnie przeprowadzi i w czasie obiadu nie czyści paznokci widelcem, a przy bliższym obcowaniu wyszedł z niego nadęty gburek, który napada na kobietę wypełniającą za niego PIT-y. W normalnym kraju przy takich kompetencjach i cechach osobowych nie miałby szansy zostać naczelnikiem poczty na zadupiu, a u nas ? patrzcie tylko ? i ministrem był, i premierem, a teraz nawet prezydentem chce zostać. Niezłe dziwo.
Zresztą dziwo to stoi na czele całej zgrai pozorantów, którzy wykorzystują rozmaite sposoby, aby frajerów przekonać, że są czymś innym, niż są w rzeczywistości. Ponieważ szanse SLD na wejście do parlamentu nie są zbyt wielkie i w rezultacie część z tych, którzy nie dostaną immunitetu, może trafić do pierdla, postanowiono odmienić oblicze partii. Zabieg ten stosowany jest przez tzw. lewicę od dawna i za każdym razem, kiedy towarzystwo towarzyszy stawało na krawędzi bankructwa, odmieniało swoje oblicze, przeprowadzając samokrytykę, a stada baranów dawały się na to nabrać, twierdząc, że ta kolejna odnowa to już z pewnością będzie ostatnia i odtąd zapanuje wolność, równość i socjalizm. Stary, wysłużony element partyjny szedł w cień, a w jego miejsce pojawiał się nowy ? jasne światełko w tunelu. Z tym że, jak w znanym powiedzeniu, światełko to za każdym razem okazywało się reflektorem nadjeżdżającej lokomotywy. Przykładów jest dosyć. U sowietów dobry Chruszczow w miejsce potwora Stalina, Breżniew zamiast Chruszczowa, a trochę później dobry Gorbaczow w miejsce złych Breżniewów, Andropowów i Czernienków. Niemal cały świat dał się nabrać na pierestrojkę, a przecież chodziło tylko o to, żeby ? w chwili gdy system rozpadał się od wewnątrz ? uchronić tych, którzy go tworzyli, ich majątki i interesy.
(?)
Damian Leszczyński



 
Wyświetlony 4291 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.