Wydrukuj tę stronę
niedziela, 29 sierpień 2010 11:13

Była "Solidarność"

Napisał

Relacjonowanie wielkich historycznych wydarzeń, próby bilansu z nieodległej perspektywy, jeszcze za życia uczestników, wymagają wielkiej ostrożności. Po pierwsze, zawodna pamięć podpowiada coraz to nowe wersje przeszłości, po drugie – na jej obraz wpływa zarówno znajomość następstw tych wydarzeń, jak i współczesne uwikłania uczestników. Po trzecie wreszcie, nie wszystkie jeszcze dokumenty ujrzały światło dzienne, a występuje już tendencja do wyjmowania wydarzeń z ich rzeczywistego kontekstu. W rezultacie dwie, trzy dekady to czas niewystarczający do stworzenia w pełni obiektywnego obrazu ważnego węzła historii. Z drugiej wszakże strony, gdy obserwujemy komiksową, prostacką wersję przebiegu II wojny światowej, pokutującą obecnie w mediach i w świadomości ludzi (na Wschodzie i na Zachodzie), trudno o ufność, że konsekwencją dystansu czasowego jest obiektywizm i dojrzałość analiz. W rezultacie od samego wydarzenia łatwiej jest opisać jego konsekwencje, nie zależą one bowiem tak ściśle od jego takiego czy innego jego przebiegu.

Chodziło o Polskę
Mija ćwierćwiecze od wielkich dni, czasu, kiedy po dekadach praktycznego nieistnienia, Polska wracała na światową scenę. I to w imponujący sposób. Swoją własną zbiorową decyzją, stawiając otwarte wyzwanie systemowi, choć nie decydując się na zgubne, prowadzące wprost do katastrofy szaleństwa. Odważnie, ale i realistycznie. Mowa oczywiście o dniach naszej, solidarnościowej "rewolucji". Wielu jest dziś krytyków wskazujących na pragmatyczny, ograniczony charakter żądań strajkujących. Tyle że jest to właśnie abstrahowanie od całego kontekstu zewnętrznego. Uzyskano wtedy maksimum tego, co było do zdobycia (niektórym nawet zdawało się, że było to zbyt wiele).
Upadek komunizmu i wyzwolenie kraju spod sowieckiego dyktatu w bliskiej przyszłości wydawało się w tym czasie absolutnie niemożliwe. Był rok 1980, czerwone imperium dysponowało olbrzymią siłą, zdolną całkowicie zniszczyć świat, obejmowało połowę globu i rozszerzało swoje władztwo na kolejne kraje ? od Afganistanu przez Bliski Wschód i Afrykę po Amerykę Południową. Zachód był w defensywie. Nikt, najbardziej przenikliwi analitycy i eksperci nie byli w stanie przewidzieć, że do końca pozostało tak niewiele czasu. Zewnętrzne uwarunkowania powodowały więc, że niemożliwe było postawienie wprost haseł niepodległości Polski i wolności obywateli. Zresztą bezpośrednim powodem protestów było stałe pogarszanie się warunków życia, rozumiano jednak powszechnie, że ich przyczyną były komunistyczne porządki w kraju. Bardziej lub mniej intuicyjnie wybrano wyjście najlepsze: ruch rewindykacyjny przyjął formę związkową, najtrudniejszą do propagandowego i politycznego zwalczania przez komunistyczne państwo. Kostium ten był od początku czytelny dla każdego, czego dowodem jest lawinowy wzrost liczebności legalnej już "Solidarności". W jej ramach znalazły się wszelkie grupy społeczne, w tym i te najdalsze od syndykalistycznych zainteresowań i lewicowych przekonań. Socjalistyczna mimikra przybierała i takie formy, jak zbiorowy śpiew Międzynarodówki podczas... antyreżimowych demonstracji (udane, choć może niezbyt dla mnie sympatyczne przejęcie i odwrócenie do własnych celów środków przeciwnika). Inny przykład to często wykpiwane dziś hasło "Socjalizm tak, wypaczenia nie" i akceptacja tzw. kierownicy ("kierowniczej roli PZPR w państwie"). To przecież były elementy toczącej się w PRL gry. Zwolnił nas z niej dopiero stan wojenny, choć nie wszyscy się w tym od razu zorientowali. Stanowczo grę tę przerwała w 1982 r. organizacja "Solidarność Walcząca", atakowana wówczas za to również przez ludzi, którzy dwa lata wcześniej zasilili grupę ekspertów przy komitecie strajkowym, przez tych samych, którzy także dziś pełnią wiele prominentnych
funkcji. Dla nich stawianie haseł niepodległości i antykomunizmu wciąż jeszcze uchodziło wówczas za przejaw naiwnego oszołomstwa, jeśli nie za prowokację. Osoby te nadal się jednak mają za ludzi przenikliwych i rozsądnych!
Warto przecież podkreślić, że głos tej grupy ekspertów miał niewielki wpływ na formułowane w 1980 r. żądania i przebieg negocjacji z komunistami. Gdy "eksperci" stanowczo nawoływali do umiaru i przedstawiali katastrofę, jaka czeka strajkujących z powodu żądania wolnych związków zawodowych, negocjatorzy ze stoczni z tego właśnie uczynili swój naczelny postulat. I to właśnie wokół tej organizacji, nominalnie związkowej, przez 16 miesięcy i później organizowało się wolne (na miarę warunków) życie Polaków. Ta właśnie organizacja stała się sposobem i narzędziem walki z komunizmem, a jednocześnie urosła do rangi narodowego mitu, bardzo nośnego zresztą i poza Polską. Prawdę powiedziawszy, hasło wolnej i niepodległej Polski poruszyłoby bardzo niewielu ludzi na świecie, natomiast "Solidarność" była czymś nowym, świeżym i trafiającym do wszystkich. Gdy wkrótce nadszedł stan wojenny, o "Solidarność", a więc o Polskę, upominali się w świecie ludzie z bardzo sprzecznych pozycji, często tacy, którzy dążenia narodowe mają zwykle w pogardzie. To oczywiście handicap, których zresztą nasza "Solidarność" miała więcej (by wspomnieć choćby dojście do władzy Ronalda Reagana w USA i rok wcześniej Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii).
Novum stanowił i ostentacyjnie chrześcijański charakter tego związku zawodowego, zwłaszcza w szybko laicyzującej się Europie. Polacy trafnie uznali Kościół za sojusznika w walce z komunizmem.

Legenda Wałęsy
Wracając do strajku, który ufundował "Solidarność", trzeba sprostować pewne nieporozumienie. Negocjacje z delegacją władz PRL w Stoczni Gdańskiej prowadził nie Lech Wałęsa (choć w nich uczestniczył), a Andrzej Gwiazda, człowiek uczciwy, o niezłomnych zasadach. To on doprowadził do zwycięstwa strajkujących i to jego powinien nosić na ramionach rozradowany tłum zebrany pod bramą stoczni. Uznano jednak, że robotnik, o którego przywrócenie do pracy rozpoczął się strajk, będzie lepszym symbolem niż wygadany inżynier. To również świadectwo formatu Andrzeja Gwiazdy: usunął się w cień, bo uznał, że tak będzie lepiej dla Sprawy. Fragment prowadzonych przezeń negocjacji z Mieczysławem Jagielskim pokazuje zresztą znany film dokumentalny Robotnicy 80. Sam Wałęsa doprowadził do zakończenia strajku już po trzech dniach, kiedy władze wojewódzkie zgodziły się na podwyżkę płac stoczniowców. Nie miał żadnych wielkich planów, to mu wystarczało. Z wielkim trudem część rozchodzących się ludzi zatrzymały i strajk uratowały Alina Pieńkowska i Anna Walentynowicz. Dopiero w tej drugiej fazie sformułowano słynne 21 postulatów i wymuszono na władzach PRL rozpoczęcie negocjacji.
Lech Wałęsa błyskawicznie został uznany za uosobienie sierpniowego protestu, a wkrótce i "Solidarności". Równie szybko dały o sobie znać negatywne cechy jego charakteru: buta, pyszałkowatość, dyktatorskie zapędy. Bardzo szybko odsunął od władzy tworzącego się związku ludzi samodzielnych: Andrzeja Gwiazdę, Annę Walentynowicz, Ewę Kubasiewicz i innych. Spotkał się z niewielkim oporem, bo usuwani działacze nie chcieli szkodzić "Solidarności". Dlatego też sprawa ta znana była jedynie wąskiemu gronu wtajemniczonych. W swojej właśnie wydanej książce dokładnie relacjonuje to Ewa Kubasiewicz (Bez prawa powrotu, "Wektory", Wrocław 2005). Dla dobra związku legenda Wałęsy była podtrzymywana również w stanie wojennym nawet przez jego przeciwników. Nagroda Nobla formalnie była przyznana Wałęsie, powszechnie jednak rozumiano to jako nagrodzenie i wsparcie "Solidarności". Od początku wszakże był on (i jest) przekonany, że przesądziły o tym jakieś wybitne cechy osobiste, które się w nim nieoczekiwanie ujawniły. Wciąż kreuje się na przenikliwego wizjonera, powtarza o swych "wariantach", będąc faktycznie osobą małego formatu, niezbyt mądrą, przypadkowo wyniesioną na fali wydarzeń. Tworzy wciąż nowe wersje historii Polski i własnej przeszłości. Był marnym przewodniczącym "Solidarności" (choć bardzo w swoim czasie popularnym, jako jej symbol) i fatalnym prezydentem, nic dziwnego, że wbrew uporczywej medialnej reklamie stracił ogromną większość poparcia, jakim kiedyś się cieszył. Jego umizgi do Wojciecha Jaruzelskiego i świeżej daty przyjaźń z Aleksandrem Kwaśniewskim budzą dziś jedynie politowanie.

Dlaczego tym razem się udało?
Szczęście protestu sierpniowego polegało na tym, że trafił w schyłkową fazę kolejnej ekipy sprawującej władzę w PRL. Charakterystyczne dla niej były: pewna inercja, ociężałość i niechęć do podejmowania decyzji ? rodzaj "zmęczenia materiału". Nie wchodząc tu w przyczyny zjawiska, trzeba przypomnieć cykliczność władzy PRL: wszystkie kolejne ekipy rządziły krajem 10-11 lat, po czym przekazywały (raczej nie dobrowolnie) władzę następcom ? tak było od Bieruta po Jaruzelskiego. Postęp polegał na tym, że w końcówkach dwóch pierwszych dekad polać się musiała krew, bo władza traciła panowanie nad sobą samą, w następnych zaś towarzysze obrośli w piórka, byli już rozprzężeni, "zdemoralizowani", utracili wiarę i niechętnie brali odpowiedzialność za cokolwiek. Uciekali od decyzji. Strajki lata 1980 r. wybuchły, gdy Edward Gierek wypoczywał na Krymie, a jego podwładni nie byli w stanie wypracować żadnej taktyki, poza nieudolną propagandą, wygaszaniem strajków w kolejnych regionach podwyżkami płac i ? nieco później ? próbami skłócania środowisk strajkujących (Szczecin kontra Gdańsk). Na Krym słano uspokajające wieści, aż... było za późno.
Praktycznie wszyscy wiedzieli, że zawarte porozumienia będą dotrzymywane przez komunistów jedynie przez pewien czas, że uderzenie nastąpi prędzej czy później. Ale najważniejsze w zwycięstwie Sierpnia 80 było właśnie zyskanie czasu, swoistej przerwy w komunizmie. Podnosiły się wówczas głowy, prostowały karki. W orbitę polskości, tradycji i historii narodowej wciągnięta została spora część grupy "wykorzenionych", o których pisał Kisiel w swoich Dziennikach, owego produktu socjalizmu od Łaby po Pacyfik. Polacy odzyskiwali poczucie własnej godności, zyskiwali samoświadomość. Towarzysze z PZPR tracili już na zawsze ? bo nawet stan wojenny im tego nie wrócił ? część swojej władzy. Do przeszłości odeszło też przekonanie (własne i innych), że to oni wytyczają jedyną możliwą drogę dla kraju.
Od początku, zaraz po podpisaniu porozumień w Szczecinie, Gdańsku i Jastrzębiu ruszyły, zarówno od strony politycznej, jak i praktycznej, przygotowania do przywrócenia status quo. Całe sztaby pracowały nad jak najskuteczniejszym uderzeniem w "Solidarność". Wolność była nie do pomyślenia w kraju komunistycznym, nawet w okrojonej formie. Do związku skierowano "służbowo" wielu agentów, mających rozpracować najbardziej aktywnych jego członków. Tyle że sama "Solidarność" tajemnic szczególnych nie miała (z neofickim wręcz zapałem kultywowano w niej jawność i związkową demokrację), ujawniano natomiast wiele z łajdactw towarzyszy, członkowie związku byli bowiem wszędzie i uważnie patrzyli na ręce władzy. Ułatwiała to zdezorientowana w dużym stopniu cenzura.

(?)
Romuald Lazarowicz
Wyświetlony 5140 razy
Romuald Lazarowicz

Najnowsze od Romuald Lazarowicz

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.