poniedziałek, 30 sierpień 2010 08:30

Wojna o patenty

Napisane przez

Trwa batalia o własność intelektualną. Patentowani beneficjanci i żyjący z tantiem dziedzice rozbudowanych copyrightów dążą do zachowania swoich przywilejów. Z drugiej strony przeciwnicy praw autorskich podważają istnienie własności intelektualnej, zarzucając swoim adwersarzom próbę monopolizowania informacji. Między nimi znajdują się zwolennicy wolnego rynku, którzy uznają istnienie własności intelektualnej i konieczności jej ochrony dla rozwoju gospodarczego świata.

 

O kwestii ochrony własności intelektualnej zrobiło się głośno, gdy grupa polskich europarlamentarzystów znalazła się na ustach lobby oprogramowania z otwartym kodem źródłowym (ang. open source, np. system operacyjny Linux). Były premier Jerzy Buzek, minister Mirosław Sawicki, a przede wszystkim podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji Włodzimierz Marciński stali się bohaterami nastawionych antykorporacyjnie cyberpunków, antyglobalistów, socjalistów i przeciwników własności intelektualnej z całego świata.

Blokady ? polska specjalność
Polscy europarlamentarzyści stali się narzędziem coraz bardziej urastającego w siłę lobby open source. Według firmy badawczej Giga Group, ten rynek jest wart obecnie ok. 10 mld dolarów. Posłowie pozazdrościli najwidoczniej Andrzejowi Lepperowi, przyjmując taktykę blokowania. Jak potem przyznawali, nie było to łatwe zadanie, bo blokowali po raz pierwszy, ale robili to aż trzy razy. Lobbyści sponsorowani przez firmy programistyczne, które boją się wprowadzenia opłat licencyjnych za używane przez nie oprogramowanie, dostali się nawet do Sejmu RP, gdzie wręczyli herosom znad Wisły 30 tys. zweryfikowanych podpisów, złożonych przez ludzi z całego świata pod listem Thank Poland ? Dziękujemy, Polsko.
Kampania przeciw Dyrektywie o Wynalazkach Wdrażanych Komputerowo trwała w mediach od kilkunastu miesięcy. Politycy w nią zaangażowani używali równie nieprawdopodobnej argumentacji, co internetowi antyglobaliści, np. że po uchwaleniu dyrektywy "za wszystko trzeba będzie płacić korporacjom", nawet za "kliknięcie myszką" czy zakupy w sklepie internetowym. W atmosferze histerii mnożyły się protesty użytkowników komputerów. Triumf przyszedł w momencie, gdy antykorporacyjne i antykapitalistyczne nastroje zostały rozgrzane do czerwoności.
Niemniej sprawa może mieć drugie dno. W sprawę blokowania Dyrektywy zaangażowało się wiele organizacji mających bezpośrednie związki z polskim sektorem informatycznym: Internet Society Poland (ISOC), Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji czy Polskie Towarzystwo Informatyczne. Członkowie zarządu ISOC są natomiast związani z takimi instytucjami, jak Fundacja na Rzecz Wolnej Infrastruktury Informacyjnej (FFII) czy Organizacja Europejskich Praw Cyfrowych (EDRi), otwarcie lobbującymi z ramienia open source w Europie.
Interesujące są też powiązania w polskim środowisku informatycznym. Minister Włodzimierz Marciński często pojawia się na imprezach sponsorowanych przez czołowych polskich integratorów, np. na X Forum Technologii Informacyjnych, firmowanym przez krakowski Comarch. Ta sama firma fundowała nagrodę podczas wystawy Departament Społeczeństwa Informacyjnego w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji, gdzie urzęduje polityk. W 1998 r., pracując jeszcze w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, Włodzimierz Marciński opublikował laurkę w biuletynie informacyjnym "Integrator" dla firmy Solidex. Solidex wykonywał infrastrukturę IT przedstawicielstwa RP przy UE. W "Liście z Brukseli" Marciński pisał m.in. Jako osoba odpowiedzialna od strony inwestora MSZ i aktualnie użytkownik sieci, muszę stwierdzić, że wszystko działa!
Retoryka polityków piętnująca "dzikie patentowanie" jest zbieżna z krytyką "dzikiego kapitalizmu" przez socjalistów. Urzędnicy z Ministerstwa Nauki i Informatyzacji, przejmując argumentację od zwolenników oprogramowania typu open source zwyczajnie straszą opinię publiczną, że automatycznie będą patentowane nawet tak oczywiste fragmenty rzeczywistości, jak twierdzenia matematyczne czy informacja. Urzędnicy, najprawdopodobniej celowo, mijają się z prawdą i przygotowują przywileje dla firm instalujących oprogramowanie oparte na otwartym kodzie źródłowym.

Stop lewicy na prawicy
Zahibernowani w komunizmie Polacy przespali rewolucję informacyjną, a ich myślenie zatrzymało się w epoce przemysłowej. To nie praca, kapitał, fabryki czy kopaliny stanowią dziś o bogactwie narodów. Kluczowymi składnikami współczesnej gospodarki są: wiedza oraz informacja, czyli własność intelektualna.
Co dziwne, stanowisko środowiska wolnościowego wobec własności intelektualnej jest najbliższe lewicowemu libertarianizmowi. Jest to postawa analogiczna do poglądów agorystów (do których należał m.in. Sam Konkin), nurtu wrogiego kapitalizmowi, postulującego zniesienie praw własności w ogóle. Ich utopia ma więcej wspólnego z komunizmem czy anarchosyndykalizmem, bowiem agoryści opowiadają się za upadkiem gospodarki kapitalistycznej oraz za akcjonariatem pracowniczym, jako wiodącą formą organizacji przedsiębiorstwa.
Chyba najbardziej rażącym elementem tego skrajnie lewicowego libertarianizmu jest leseferyzm moralny, czyli uzależnienia etyki od widzimisię jednostki. Nic więc dziwnego, że wśród tego rodzaju anarchistów jest wielu zdeklarowanych satanistów, wyznawców Lucyfera i innego rodzaju opętanych.
Nie dziwi też pogląd, że skoro jednostka tworzy według własnych reguł etykę, może np. tolerować kradzież własności intelektualnej, co jest nie do zaakceptowania przez zwolenników wolnego ryku, kapitalizmu, a w szczególności przez chrześcijańskich libertarian, z którymi piszący te słowa się identyfikuje.

Wiele źródeł, jedna własność
Nie widzę różnicy w tworzeniu własności w przypadku powstania samochodu i napisania książki. Wydaje mi się jednak, że w przypadku każdego złożonego dobra, właśnie intelektualna warstwa każdego dzieła jest ważniejsza i zapewne dlatego praca konstruktora jest wyżej wyceniana przez rynek niż praca robotnika dokręcającego koła. Sugerowanie, jakoby własność intelektualna łamała tradycyjnie rozumiane prawa własności, można pominąć z powodu podstawowego defektu logicznego: sprowadza własność intelektualną do fizyczności. Tymczasem to nie fizyczność jest istotą własności intelektualnej, lecz wiedza i informacja. Problemu ochrony tego rodzaju własności nie można zredukować więc do materialnych właściwości płyty CD czy papieru książkowego, skoro jej istota leży w zawartej na tych nośnikach treści.
Nie wiem, na ile celowy jest to zabieg lewicowców, jednak wracając do istoty rozważań o ochronie własności intelektualnej, należy zdementować po raz kolejny truizm, że patent równa się monopolowi. Mimo że przyznano ochronę patentową komputerowi klasy PC, nie oznaczało to monopolizacji sektora przez firmę IBM, bowiem rynek odpowiedział różnymi odpowiednikami tej samej klasy, aż w końcu markę przejęła chińska konkurencja.
Czy uprawnione jest zatem twierdzenie, że patenty utrudniają wprowadzanie innowacji? Rzeczywistość potwierdza sytuację dokładnie odwrotną: gdyby nie ochrona własności, nie bylibyśmy świadkami rewolucji informatycznej. Kraje Trzeciego Świata czy dogorywające systemy komunistyczne, gdzie nie chroni się efektów pracy umysłu, uczestniczą w globalizacji w znikomym stopniu.
Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że przeciwnicy własności intelektualnej występują w roli poputczika rozwiązań typu open source. Krucjata beneficjantów rozwiązań opartych na kodzie otwartym (administatorów sieci i firm-integratorów oprogramowania), ma na celu ograniczenie wolności wyboru konsumentów do "darmowych" programów i upadek kapitalizmu korporacyjnego na czele ze sztandarowym wrogiem internetowych antyglobalistów ? firmą Microsoft. Nie chcą oni płacić autorom programów za licencje, dlatego robią wszystko, aby zablokować ochronę własności intelektualnej.
Fanatycy open source chcą przywilejów dla Linuksa, np. preferencji przy wyborze tego typu oprogramowania w państwowej administracji. Zwolennicy wolnego rynku i kapitalizmu chcą wolności wyboru między wieloma dostępnymi na rynku rozwiązaniami. To zasadnicza różnica.

(?)

 

Tomasz Teluk

Wyświetlony 2801 razy
Więcej w tej kategorii: « Wolność Ochronić własność »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.