poniedziałek, 30 sierpień 2010 08:39

Do czego służy Kościół?

Napisane przez

Wydawać by się mogło, że powyższe pytanie jest niewłaściwie postawione: wspólnota ludzi wierzących w Jezusa Chrystusa nie może być przecież użyteczna w ziemskim rozumieniu tego słowa. A jednak - Kościół, szczególnie rzymskokatolicki, wydaje się znakomitym narzędziem do załatwiania nie zawsze słusznych spraw.

Nie będę bynajmniej rozpisywał się na temat tzw. narodowo-katolickich radykałów, posądzanych niemal na każdym kroku o chęć stworzenia z Polski państwa teokratycznego. Wbrew powszechnej opinii, nie stanowią oni zagrożenia w tej kwestii. Nie ich ręce bowiem starają się prowadzić Kościół, rozumiany jako instytucja, wspólnota, czy w jakikolwiek inny sposób, w kierunku spraw doczesnych, kosztem wiecznych. Mniejsza o to, czy z braku możliwości, czy z przekonania. Prawda jest taka, że dziś połączenia sacrum i profanum chcą ci, którzy jeszcze wczoraj byli dość daleko od Kościoła.
Okazją do zaobserwowania tego fenomenu była śmierć papieża Jana Pawła II oraz obranie kardynała Josepha Ratzingera ? Benedykta XVI na jego następcę. Dobrych kilka lat temu rozpoczęła się dyskusja mająca znaleźć odpowiedź na pytanie, kto też zostanie następcą papieża ? Polaka, dyskusja mająca swój specyficzny charakter. Jako przykład posłuży nam artykuł "Galeria najlepszych kandydatów", zamieszczony w "Przekroju" 16 stycznia bieżącego roku. Autorka przedstawia dość powszechną wizję konklawe: Do wyboru Jana XXIII na konklawe zawsze była włoska większość. W 1978 roku (...) dominację włoskich kardynałów złamali ci z pozostałych krajów świata. Za sprawą polityki personalnej [podkreślenie moje] Jana Pawła II (...) kolejne konklawe będzie już prawdziwie globalnym wyborem. Wybór głowy Kościoła katolickiego nie różni się, według tygodnika Piotra Najsztuba, niczym od wyboru, przykładowo, przewodniczącego SLD. Poprzemy Wielebnego Czesia, to w zamian Czcigodny Wiesio zostanie szefem Kongregacji Wiary w Naukę. A jak nie, to poprzemy Ojca Franka (swoją drogą też Franka), bo choć proponuje Wiesiowi tylko wenezuelski stolec, to w zamian obiecuje nie ruszać Prałata Zdziśka od sióstr Grażynek, u których ten ma jak u Pana Boga za piecem...
Nie wiem, jak jest na konklawe w rzeczywistości, nigdy w żadnym nie brałem udziału. Być może, jest tak faktycznie, może rzeczywiście Ojciec Święty jest za każdym razem wypadkową akuratnego rozkładu sił w poszczególnych frakcjach episkopalnych. Ale ani mnie to rozstrzygać, ani redaktorom "Przekroju", gdyż kardynałowie obradują tajnie, wszelkie dokumenty związane z wyborem są natychmiast palone, a ogłaszany jest tylko ostateczny wynik.
Omawiany artykuł nie ogranicza się tylko do nakreślenia siły głosów poszczególnych kontynentów (jakby pewnikiem było, że np. kardynałowie afrykańscy zagłosują jednomyślnie). Wymienia także potencjalnych przyszłych papieży. Jednak dla zrozumienia sposobu myślenia, który opisuję, nie jest istotne, kto został w owej "galerii" umieszczony, gdyż cały materiał jest czystej wody gdybologią stosowaną, nie wnoszącą nic twórczego prócz możliwości spędzenia kilku minut z czasopismem w ręku. Gdybologią tym większą, że wśród potencjalnych kandydatów nie znalazło się nazwisko ostatecznego "zwycięzcy". Ważniejsze są przymioty hierarchów, które autorka tekstu uznała za warte podkreślenia.

Parada lewaków
Oto dowiadujemy się, że na Tron Papieski łasił się Jose da Cruz Policarpo, arcybiskup Lizbony, prywatnie wybitny intelektualista, oraz denuncjator wilczego kapitalizmu i patologicznych przejawów globalizacji. Działania kardynała Oscara Maradigi nie są motywowane wyłącznie pragnieniem ewangelizacji, ale również obowiązkami wobec biednych. Nie możemy o nich zapominać. W obliczu globalizacji trzeba na nowo przemyśleć sposób funkcjonowania światowej gospodarki i to, jak dzielone są jej zasoby. Najważniejsze jest umorzenie długów krajom Trzeciego Świata. Zapewne przede wszystkim Hondurasowi, którego Episkopatu przewodniczącym jest indagowany. Jeszcze bardziej radykalnym społecznie hierarchą jest Claudio Hummes, arcybiskup Sao Paolo. Pod koniec lat 70. wspierał protesty brazylijskich robotników, które doprowadziły do upadku junty. Współpracował z ówczesnym działaczem związkowym, a dziś prezydentem Brazylii Inacio Lulą da Silva. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu polski Episkopat także wspierał naszą rodzimą "Solidarność". Jednak brazylijski Wałęsa, jak nazywany jest często Lula, w przeciwieństwie do Głównego Elektryka RP walczył o komunizm, a nie przeciw niemu, co zresztą przy każdej możliwej okazji podkreśla.
Dionigi Tettamanzi z Mediolanu to przede wszystkim obrońca alterglobalistów. Dziwiłaby w tym gronie obecność abpa Philippa Barbarina uważanego za konserwatystę w kwestiach moralnych, gdyby nie fakt, że jest gorącym orędownikiem sprawiedliwości społecznej i praw wykluczonych.
Oczywiście, ktoś może mi zarzucić manipulację, gdyż powybierałem tylko co smakowitsze kąski z dość obszernego menu. Owszem, tu i ówdzie autorka tekstu stwierdza, że jeden czy drugi to wybitny teolog, a udzielający wypowiedzi duchowni od czasu do czasu nieśmiało przebąkną coś o Ewangelii czy nawet o Jezusie Chrystusie. Jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że celem tego tekstu jest przekonanie czytelników, że cały Kościół to jedna wielka parada lewaków, a każdy, kto nie wyraża się w mniejszym lub większym stopniu postmarksistowskim pustosłowiem, nie ma prawa powoływać się na tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem.

Czerwono-czarna mafia
Od wiek wieków przeciwnicy Kościoła katolickiego i religii w ogóle starali się przekonać ludzi, że związki wyznaniowe nie powinny zajmować się polityką i gospodarką. Że jest to domena światłych umysłów polityków i centralnych planistów, którzy uporządkują chaotyczny i anarchiczny nieład rynkowy. Jednak rychło wielu zauważyło, że w myśl zasady "jeśli nie możesz pozbyć się pcheł, musisz je polubić", można zaprząc kościoły do machiny propagandowej i dzięki temu przejąć władzę nad ostatnim bastionem oporu przed zniewoleniem ? niezależną duszą człowieka.
Celowali w tym paradoksalnie nie monarchowie, którzy swą władzę przez wieki legitymowali pochodzeniem jej od Boga, ale komuniści, którzy za Karolem Marksem uważali wszelką religię za "opium dla ludu". I tak rychło przejęli kontrolę nad prawosławiem w Rosji, które prędko przesiąkło agenturą do granic możliwości. Wiara okazała się przydatna w najgorszych chwilach wojny z Niemcami, kiedy na krótki czas zezwolono na w miarę swobodne działanie kościołów. Oczywiście, nie przeszkodziło to później Chruszczowowi w nakreśleniu planu mającego doprowadzić do likwidacji wszelkich związków wyznaniowych w ZSRR w ciągu 10 lat. To samo czynili nasi rodzimi komuniści, tworząc w postaci koncesjonowanych ugrupowań politycznych, jak PAX czy Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne opozycję wobec Kościoła rzymskokatolickiego, kierowanego u nas przez kardynała Stefana Wyszyńskiego. Tak samo dzieje się w Chinach, gdzie istnieją dwa kościoły katolickie ? "naziemny", patriotyczny i "podziemny", podległy głowie obcego państwa, tj. monarsze absolutnemu miłościwie panującemu milionom Watykańczyków, czyli każdorazowemu Papieżowi.
W ten nurt wpisują się także lewicujące media w rodzaju "Gazety Wyborczej", "Przekroju" czy "Polityki", nie mówiąc już o politykach z górnej półki, takich jak np. Leszek Miller czy Władysław Frasyniuk. Otóż ci sami ludzie, którzy z takim poświęceniem walczyli do niedawna o laickość życia publicznego, o oddzielenie sacrum od profanum, wreszcie o deklerykalizację polityki, dziś wydają się stać na stanowisku, że jedyną sferą życia, jaką może, a nawet powinien zajmować się Kościół katolicki, jest... polityka właśnie. Słowem, klechy mają się trzymać jak najdalej od aborcji, eutanazji i adopcji dzieci przez pożądających inaczej, w myśl słusznej, jednak błędnie rozumianej zasady, że każdy ma prawo do swojego zdania i do przestrzegania takich norm zachowania, jakie mu się żywnie podoba. Natomiast tematy, na które wypowiadać się hierarchowie powinni, to polska polityka zagraniczna, zagrożenie dla polskiej racji stanu i porządku prawnego, jakie stanowi nacjonalizm i ksenofobia, oraz próby odejścia od grubej kreski przez radykalną, zaściankową i wysoce nieodpowiedzialną polską prawicę. W praktyce wygląda to tak, że gdy Papież Jan Paweł II wypowiadał się np. na temat mordowania dzieci nienarodzonych, słowa jego były przez media cytowane, najczęściej w jakiejś mocno ukrytej szpalteczce, a następnie przechodzono nad nimi do porządku dziennego. Natomiast jeśli choć jednym słowem pochwalił ideę Unii Europejskiej, trafiało to na pierwszą stronę "GW", a Bogdan Pęk pytany był o wyjaśnienia, co też LPR na to. Jeśli ktoś chce przyspieszyć wlokącą się tempem niemiłosiernym lustrację, wówczas bach! ? Pieronkiem w Wildsteina. Jesteś bratku, przeciwnikiem integracji Europejskiej Rodziny? Możesz liczyć na niezmiernie elokwentne potraktowanie Życińskim.

(?)
Stefan Sękowski
Wyświetlony 5354 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.