wtorek, 31 sierpień 2010 19:00

Oksfordzkie migawki

Napisane przez

Przede wszystkim winien jestem płynące z głębi serca przeprosiny Czytelnikom "Opcji" za dłuższe milczenie. Nie mogło być inaczej, skoro na początku A.D. 2005 wyemigrowałem (czasowo) z Ojczyzny do Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Wygnanie, jak "optymistycznie" mniemam, ma charakter ekonomiczno-polityczny, zamykający się w stwierdzeniu nieoficjalnego, czyli radykalnego czciciela tzw. moralnych autorytetów: zdechniesz jak pies na twojej portierni. Ot, życie...

Byłbym nikczemnikiem, gdybym w następnych miesiącach gnębił Szanownych Czytelników korespondencjami z Wielkiej Brytanii. A to, że Tony Blair ma pryszcze lub syn następcy tronu przebrał się był za hitlerowca podczas młodzieżowej maskarady.
Mój Oksford znajduje się daleko, na wapiennym wzgórzu. To przedmieście, Headington. Czyste, schludne. Dwa duże i tanie sklepy spożywcze, szpital ortopedyczny Nuffield, dwa piękne parki i fantazyjny blaszany rekin (Headington shark) wbity w dach posesji przy New High Street. Oraz duma, że pomieszkiwał tu słynny Tolkien. Zabudowa szeregowa, drobna cegła. Wykończenie fatalne, czyste partactwo. Złe rozplanowanie wnętrz, obowiązkowo ciasne, wysokie schody prowadzące na piętro. Niewprawny co rusz leci na cztery litery podczas nocnych wypraw do wspólnej lodówki. Za to duże, widne kuchnie i ugrzecznione ogródki z obowiązkowym oczkiem wodnym. Posesje nierzadko należą do "ciaptaków" (taką ksywę nadali im Polacy), czyli prężnych i solidarnych Pakistańczyków.
Jest marzec. W Dolinie Tamizy (tutaj zwanej Isis) ptaszki śpiewają, trawa zielona, 12-13 stopni Celsjusza. Klimat morski. W Polsce zaspy, bohaterscy drogowcy i cały ten polityczny zgiełk, czyli "Puławy 2 i jedna druga".
Mam szczęście. Pomieszkuję przy St. Leonard's Road. Żadnego Polaka. Z boku Szwedka, płowowłosa Catrina Johansson, niżej małżeństwo z Hongkongu, po sąsiedzku Panamczyk Gerald Montecayo z austriackim paszportem i baterią fantastycznych napitków, Hiszpan Miquel oraz jego serdeczny kompan rodem z Indonezji (obywatel USA). Właśnie wprowadził się Scott z RPA. Biały, Brytyjczyk. Inteligenci. Chińczyk jest doktorem, Hiszpan i Amero-Indonezyjczyk studiują, takoż Gerald.
Impreza. Studenci zdali ważny egzamin (Brookes University), więc stawiają. Przeprowadzam krótki quiz na temat Polski. Obszar, ludność, "z czym ci się kojarzy", wybitni Polacy. Wychodzi, że jest nas circa 20 milionów, powierzchnią dorównujemy Czechom, a w ogóle Poland=Holland.
Znani mi Polacy mieszkają w Cowley, kolejnym przedmieściu Oksfordu. Pół godziny piechotą od Headington lub 10 minut by bike, który jest skutecznym i powszechnym środkiem transportu. Trasy rowerowe fantastyczne, użytkownik dwóch pedałów to drogowa "święta krowa".
Rodacy ciężko pracują. Mężczyźni marzą o znajdującej się właśnie w Cowley fabryce BMW ("bi-em-dablju"). Dają tam 7-9 funtów na godzinę. Większość chce wrócić do Kraju, założyć jakiś biznes, kupić mieszkanie, odłożyć. Pocieszające. Anglicy nas cenią. Bijemy Węgrów, Słowaków oraz ? co oczywiste ? przedstawicieli Trzeciego Świata. Polak to dobry, rzetelny, obowiązkowy pracownik. Być może trochę za bardzo ulizany w kontaktach z pracodawcą. Polska (słowiańska) przypadłość? No i jak zawsze trochę krajowego piekiełka: "podpierduchy", kłótnie itd. Ale piją umiarkowanie, tylko w czasie wolnym od roboty.
Krew mnie zalewa. Taki potencjał, takie możliwości. Być może najzdolniejszy naród w Europie. Para w gwizdek, fatalna polityka państwa, idioci ? polscy przedsiębiorcy ? "szlachetkowie" obracający robotniczy diament w g.... za 800 zł per month. A potem dziwią się, że lewica górą. Sami ją produkują! Etos polskiego przedsiębiorcy to mit. Podły angielski sklepikarz potrafi okazać serce polskiemu pracobiorcy: Stary, napij się herbaty, odwaliłeś dobrą robotę (obowiązkowo kciuk uniesiony ku górze), jesteś super "blue arrow". A u nas? Właśnie raportuje do mnie z Kraju kolega-kierowca ze znanej firmy kurierskiej. Facet-brylant. Zaiwania 12 godzin na dobę. Wyzwiska, k...., żadna płaca.
Poznałem go na odległość. Lekko spasiony, ale on, Zygmunt. Swego czasu objechaliśmy kilka razy całą południową i środkową Anglię. Od Dover po York. On-kierowca, ja-pilot-przewodnik dorabiający do uniwersyteckiej pensji. Żyłowano go w Polsce do końca, jak niechcianego konia. Tachograf, cztery godziny za kółkiem?! Zapomnij, wpadniesz, twoja sprawa. Dzisiaj Zygmunt powozi dostojnym zielonym autokarem produkcji hiszpańskiej na trasie London Coach Station-Gatwick (lotnisko). Angielscy autobusiarze są do kitu, bijemy ich na głowę ? twierdzi. Zyga zna kilka słów po angielsku. Wystarczy.

(?)
Dariusz Ratajczak
Wyświetlony 5934 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.