wtorek, 31 sierpień 2010 21:03

Czy liberałowie zbiegną do Kanady? Wojna kultur w Ameryce

Napisane przez

Michael Moore, twórca osławio-nej agitki propagandowej wymierzonej w prezydenta George'a W. Busha, filmu Fahrenheit 9/11, w końcu po wyborach ogolił się, zdjął spłowiałą "oprychówkę" z głowy i wbił się w regularny czarny frak, aby rozpocząć tournée w głównych tym razem programach telewizyjnych, jako rzecznik pilnej, kulturowej secesji terytorialnej Stanów Zjednoczonych.

Wprawdzie w nowym fasonie zaczął nagle wyglądać jak człowiek, jednakże misja, z jaką ruszył w Amerykę okazała się równie niedorzeczna, jak jego wcześniejsze, lewackie filmy dokumentalne i uparte obnoszenie się w charakterze abnegata i rednecka*. Michael Moore opowiada teraz, że po ostatnich wyborach prezydenckich w tym kraju prawda o społeczeństwie amerykańskim wyszła jak przysłowiowe szydło z worka. Mamy w Ameryce tak bardzo różne żywioły, wręcz dwie cywilizacje, które nie mogą ze sobą koegzystować i dla uniknięcia konfrontacji powinny zostać chirurgicznie rozłączone.

Nowa wojna secesyjna?
W tym momencie artysta rozkłada szeroko przed kamerami mapy publikowane we wszystkich głównych czasopismach. Grafiki pokazują, gdzie bazę głosów wyborczych mieli demokraci, a gdzie republikanie. Niebieskie stany, czyli demokraci, ufortyfikowali się na obu wybrzeżach: od stanu Waszyngton przez Oregon do Kalifornii ? po lewej, od Maine i Nową Anglię do Nowego Jorku przez Vermont i New Hampshire po New Jersey ? po prawej. Ich wpływy są też odczuwalne na północy ? od Minnesoty i Wisconsin po Michigan i Illinois. Cały natomiast środek Ameryki, heartland, 3/4 jej terytorium to wielka, czerwona płachta, oznaczająca niepodzielne rządy "konserwatywnej prawicy", która, jak twierdzi Moore, opiera się na fanatyzmie religijnym. Tłumie, który chodzi do kościoła i który ślepo głosował na Busha ? konkluduje artysta we fraku. Pora w końcu spojrzeć prawdzie w oczy i zrobić radykalny porządek ? woła ulubiony filmowiec tutejszych związków zawodowych. Najwyższy czas, aby amerykańscy demokraci połączyli się ostatecznie z Kanadą, która osiągnęła nadspodziewanie wysoki poziom liberalizmu. Małżeństwa gejów i lesbijek są tam zgodne z konstytucją, seks uprawiać można z osobami, które mają po 14 lat, aborcja i eutanazja, a jakże, bardzo chętnie są serwowane na każde życzenie... Prawie raj, sami swojacy, więc po co się jeszcze zastanawiać?
"Zdrowe", niebieskie, czyli demokratyczne stany wschodnie i zachodnie, powinny zatem ? ciągnie wywód Michael Moore ? złączyć się z bliskim im duchowo północnym sąsiadem, tworząc w efekcie przyszłościowe "Stany Zjednoczone Kanady", a pozostawić własnemu, zasłużonemu losowi ten cały Jesusland USA, czyli Amerykę nienadążającą za postępem, pogrążoną w mrokach zacofania i skrajnego konserwatyzmu, a także religijnym kołtuństwie. Prowadzący programy bawią się setnie, ależ chłop z tego autora "Fahrenheita 9/11", widzowie dosłownie przecierają oczy ? od kiedy w Ameryce oddaje się głos i trybunę telewizyjną osobnikom, którzy winni nosić zawiązane rękawami do tylu kaftany bezpieczeństwa... Sprawa byłaby śmieszna gdyby nie była, niestety poważna, choć artykułowana przez emisariuszy takich jak Moore wygląda, zaiste, na cyrkowy kabaret w wykonaniu klauna.
Rzecz w tym, że amerykańska lewica wciąż nie może się pozbierać po przegranych prezydenckich wyborach, w których miał przecież wygrać, z pomocą geniuszy typu George'a Sorosa czy Michaela Moora, ich wymarzony liberalny kandydat ? John Kerry! Naczelny "Time" twierdzi, że w dniu wyborów demokratyczny pretendent do Białego Domu miał na cały głos krzyczeć: Nie mogę pojąć, jak mogę przegrywać, i to z takim idiotą! Warto ten obrazek zapamiętać, gdyż symbolicznie ilustruje on najgłębszą frustrację całej lewacko-liberalnej frakcji. Szukając w pośpiechu przydatnego "kozła ofiarnego", liberałowie zaczęli głośno lansować teorię (nie tracąc czasu, niemal tuż po ogłoszeniu wyników), że Bush wygrał, ponieważ fanatycznie wykorzystał i pociągnął za sobą masy, które należą do Kościoła, co miało stanowić eufemistyczny ekwiwalent "najgorszego, ciemnego elementu". Demokraci stworzyli sobie alibi, że zostali pokonani w nierównej walce, bo ich subtelny, postępowy liberalny idealizm został zdławiony przez zaślepiony motłoch manipulowany przez ciemne siły religii (opium dla mas ? jak mawiał ich klasyk, który dał rozkaz dziejowego wystrzału z "Aurory").

Walka ze Stwórcą ? w każdej postaci
Hasło "wszystkiemu winna religia" wyraźnie trafiło na podatny grunt, bo natychmiast skonsolidowało dość różne siły: ateistów i lewaków, postępowców i "obrońców Konstytucji", które zawzięcie walczyły już od lat z wiarą i religią w Ameryce, wydobywając tym razem jawnie, na światło dzienne, całą własną rozbudowaną agendę wymierzoną w Kościół, i to zarówno w katolickie, jak i protestanckie środowiska, będące im zawsze solą w oku. Nazwanie tej ogromnej społeczności amerykańskiej, rzędu 240 milionów ludzi, Jesuslandem USA stało się wręcz bezprecedensową zbiorową obelgą rzuconą w twarz normalnej, pragnącej wciąż żyć zgodnie ze wskazaniami Dekalogu, moralnej i zarazem liczebnej większości społecznej w Ameryce. Trudno tym ludziom indywidualnie wydać naraz walkę, zdecydowano się zatem, by na początek wyeliminować chociaż Boga-Stwórcę z amerykańskiego życia, wychodząc od fundamentalnej zasady konstytucyjnej "rozdziału państwa i Kościoła" w Stanach.
Seria potyczek z minionego roku przejdzie z pewnością do historii, tyle że głównie kuriozalnej. Najpierw dość znany wojujący ateista zaskarżył w sądzie amerykańskim formułę codziennej deklaracji, jaką od pokoleń składają wszystkie dzieci we wszystkich szkołach na początku lekcji, A Pledge of Allegiance, w której znajduje się określenie naród pod opieką Boga. Kuty na cztery nogi zawodowy adwokat twierdził, że ta deklaracja nie tylko łamie zasadę odrębności religii od laickiego toku edukacji w szkolnictwie publicznym, ale również zmusza dzieci, które w Boga nie wierzą do deklamowania czegoś, co nie przechodzi im przez gardło, i tym samym narusza ich prawa. Sprawę przegrał, sąd stanął bowiem na fundamentalnym stanowisku, że formuła roty jest historyczna i nie powinna być przez jednostki poprawiana w imię fałszywie pojętej tolerancji wobec dzieci niewierzących. Werdykt nie zniechęcił adwokata-ateisty, który nie kryje, że swoje starania będzie ponawiał. Natomiast dociekliwi dziennikarze wykryli, ze córka, o której sumienie tak rzekomo się troszczył, ma wierzącą matkę, która chciałaby, aby ich dziecko wychowywane było w wierze...
Na wielkim publicznym wiecu, emitowanym nie tak dawno przez stacje telewizyjne z Cupertine w Kalifornii, gdzie ów cytowany adwokat usunięcia Stworzyciela ze szkolnego apelu ścierał się z konserwatywnymi komentatorami, raz jeszcze demonstrując publicznie całą paletę swoich "naukowych argumentów", podniesiono trafnie mechanizm potwornej hipokryzji, jaka leży u podstaw ataków na religię. Najpierw wymaga się od większości niezbędnej tolerancji, przyzwolenia na inność, potem gwałtownie zmienia się front i domaga się uczynienia z tamtego wyjątku zasadniczej normy! A gdzie tolerancja dla wiary i przekonań rzeczywistej większości? Nie tylko moralnej, także statystycznej, liczbowej? To ona powinna w systemie zwanym demokracja ? przeważać i dominować, stawiać na swoim, nie zaś mniejszość! Warto tę prawdę częściej liberałom przypominać...
___________
* Redneck ? czerwony, gruby kark, uosobienie tępoty i braku kultury.

(?)

 

Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 4657 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.