wtorek, 31 sierpień 2010 21:05

Sztuka kabotynów

Napisał

Świat sztuki przedstawia sobą niezmierne bogactwo i różnorodność. Różnorodności tej nie sposób wyczerpać i przewidzieć. Będąc na przestrzeni wieków częścią kultury, sztuka stanowiła jej motor i rozwój. Tak było do początku XX wieku, kiedy to pełna blasku sztuka straciła swój splendor. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Jednym z głównych powodów jest nowożytny kryzys racjonalizmu, który sprawił, że refleksja naukowa (głównie filozoficzna) rozpoczęła poszukiwanie alternatywnych dróg poznania. Postmodernizm, wyrzucając metafizykę poza obręb nauk pewnych (traktując ją co najwyżej jako wielką metanarrację - czyli coś na wskroś literatury, opowieści nie mającej nic wspólnego z realną rzeczywistością), zwrócił się ku "bardziej otwartym" nurtom myślenia.

Owa awangarda postmodernizmu odciskająca piętno na całej kulturze uważana jest przez twórców tego nurtu za kolejny szczebel kulturowego rozwoju. Jednak nie trzeba być bacznym obserwatorem rzeczywistości, by odkryć jak wielki fałsz się kryje za tą tezą. Podobnie, na wzór współczesnych nauk humanistycznych, alternatywną metodą poznającą, opisującą i docierającą do prawdy, została także sztuka. Sztuka rozumiana jako bliższa i atrakcyjniejsza metoda poznania od dotychczasowych pojęciowych dyskursów, bowiem nie ograniczona tradycyjnym metafizyczno-zmurszałym ratio oraz ramami logicznymi, zezwalająca więc na odrzucenie wymogów formalnych (a często i merytorycznych). Sztuka XX wieku, jako twórczość bez reguł, ram i zasad, wkomponowała się idealnie w postmodernistyczny pejzaż kultury współczesnej. To pseudonaukowe przeświadczenie leży u podstaw tak zwanego mitu estetyczności, który kształtuje współczesne myślenie tych, którzy mienią się być artystami. Tak więc wedle nich tylko za pomocą sztuki trzeba szukać innych sposobów poznania i analizowania świata, w sztuce bowiem intuicje, przeczucia i spontaniczność mogą zająć miejsce naukowego dyskursu. Tak to spekulatywne traktaty wyparte zostały przez lekkie pióro eseisty, poszukujące prawdy o świecie w grach językowych, kulturze masowej czy na skrajnej, wszechobecnej, podważającej wszystko ironii; w niekończącym się kwestionowaniu i odrzucaniu wszelkich autorytetów i wiary w absolutne i obiektywne wartości.
W malarstwie tajemnicza gra światłocieni zastąpiona została przez "sztukę graficiarską", performance wyparł teatr, harmonijna rzeźba zaś i architektura przez różnego rodzaju instalacje. Sztuka XX wieku nie jest już zatem uzupełnieniem świata nauki, pokazywaniem niedostrzegalnego piękna, jest sprowadzona do rangi reprezentacji. Estetyka współczesna mająca badać świat sztuki i jego oddziaływania na odbiorców stanęła przed karkołomnym zadaniem. Poprzez nobilitacje i wprowadzenie w krąg świata sztuki kultury masowej stała się niejako dziedziną wiedzy bez przedmiotu badań. Wystarczy prześledzić współczesne podręczniki estetyczne, by dostrzec, że dziedzina ta ma już na samym wstępie problemy z definicją swego przedmiotu badawczego. O ile do XX wieku sztuka definiowana była jako twórczość wedle określonych reguł, podstawowym zaś komponentem sztuki było ukazywanie piękna, tak sztuka współczesna, rezygnując z kategorii piękna czy wzniosłości, a także pewnego poziomu znajomości warsztatowej twórców, nie jest w stanie określić nawet, jakie dziedziny kultury mogą być zaliczone do świata sztuki (czy sztuką jest fotografia, film, performance?).
Co uczynić zatem przedmiotem badań estetyki? Podobnie utrzymujący się przez wieki podział na sztukę niską i wysoką został zarzucony. Nobilitacja pseudosztuki oraz terror postmodernistycznej filozofii (nakazujący rezygnację z jakiejkolwiek hierarchizacji aksjologicznej) sprawił swoistą impotencję nauk estetycznych. Współczesna era postkultury ukazuje się jako żenująca propaganda wartości niskich, nigdy nie mających tak istotnego miejsca w kulturze. W momencie zniesienia barier sztuka współczesna wyrzuciła na śmietnik idee ją fundujące, takie jak: wzniosłość, piękno, refleksja, harmonia, alegoria, związek piękna z innymi transcendentaliami, zastępując je szybkością, lekkością, reprodukcyjnością, otwartością, nieciągłością, improwizacją, nieokreślonością, symultanicznością, nietrwałością, fantazją, zabawą, humorem, happeningiem, parodią, ironią czy efemerycznością sztuki. Nastąpiło swoiste odwrócenie roli, do wieku XX to sztuka tworzona przez artystów kreowała gusta, wiek XX przyniósł twórczość pseudoartystyczną sterowaną gustem przeciętnego odbiorcy, który ma protezę umysłu w postaci odbiornika telewizyjnego.
Deklaracje filozofów dezawuujące sztukę wieków minionych, a lansujące jarmarczną hecę jako sztukę nowoczesną, sprawiły, że grono pseudotwórców (pozbawionych nie tylko jakiegokolwiek warsztatu artystycznego, ale i talentu i dobrego wychowania) otrzymało swoisty mandat legitymizujący pseudotwórczość jako sztukę. Zaplecze intelektualne zaistniało zaś dzięki pseudointelektualnym krytykom, gotowym pisać zawiłe dysertacje o najgłupszych wybrykach i przypisywać hałdzie śmieci w galerii jakąś metafizyczną głębię. Wiek XX w samym tylko malarstwie przyniósł takie kierunki, jak nabizm, fowizm, kubizm, surrealizm, futuryzm, abstrakcjonizm, by zwieńczyć swój pochód ku nowoczesności monochromatycznym malarstwem Yvesa Kleina, który organizując wernisaż malarski zrezygnował z wystawienia jakichkolwiek obrazów. W dziedzinie muzyki zaś zwieńczeniem "geniuszu" stał się utwór Cage'a gdzie orkiestra w "utworze" milczy przez 4 minuty 33 sekundy (utwór 4'33'').
W roku 1910 Kandinsky w malarstwie "szokuje" swym obrazem zatytułowanym Biały kwadrat na białym tle przedstawiającym to co jest zawarte w tytule, czyli po prostu czyste płótno. Ten obraz-manifest zachwalany za "geniusz i głębię" powoduje, że pojawiają się masowo kolejni twórcy malujący rozszczepioną materię, plamy i zwykłe przypadkowe posunięcia pędzla po płótnie. "Artyści" ci usprawiedliwieni i wyniesieni zostają na wyżyny geniuszu żenującą interpretacją, czy pseudonaukowym bełkotem przez grono krytyków i "znawców sztuki".
W roku 1964 znany amerykański krytyk Jack Tworker napisał na łamach "New Yorkera": Skoro można tworzyć obrazy z kawałków naklejonego papieru, metalu czy drewna, dlaczego nie z łóżka, kozy czy opony samochodowej? To pytanie jest wstrząsające w sensie filozoficznym. Dzięki tego rodzaju deklaracjom otworzono w sztuce drogę absolutnego przyzwolenia i dyletantyzmu. Znany jest fakt, zawieszenia w muzeum sztuki współczesnej w Paryżu obrazu Henri Matisse'a Le bateau do góry nogami (przez wiele miesięcy nikt nie spostrzegł pomyłki) czy wyrzucenia przez sprzątaczkę na śmietnik "instalacji artystycznej" wziętej omyłkowo przez nią za skandaliczne pozostałości po libacji chuliganów w jednej z sal (pełne popielniczki papierosów, puste puszki po piwie, porozrzucane śmieci). W dniu otwarcia Muzeum Sztuki Współczesnej w Bonn grupa znawców zachwycała się "przepiękną konstrukcją i głębią przekazu" instalacji z metalu i desek i rur pomalowanych w różnobarwne plamy. Do grupy kiwających z zachwytem nad instalacją "znawców" podeszli robotnicy, przepraszając, że po malowaniu sali nie zdążyli jeszcze rozebrać brudnego rusztowania. W niemieckiej Galerii Sztuki Współczesnej prace Höke'a zatytułowane Do wyrzucenia, po prostu wyrzucono na śmietnik, narażając się na proces sądowy wytoczony przez obrażonego artystę.
Za tak skandaliczny stan rzeczy odpowiadają w większym stopniu interpretatorzy i krytycy owej pseudosztuki niż sami twórcy, którzy w rzeczy samej są zwykłymi kuglarzami wyciągającymi pieniądze z państwowej kasy. Marni artyści byli w kulturze zawsze, lecz los ich dzieł oscylował przeważnie pomiędzy kiczem a śmiesznością. To dzięki krytykom (w dużej mierze są to osierocone dzieci po filozofii marksistowkiej, które nie potrafiąc wyzbyć się myślenia dialektycznego, czynią z postmodernizmu siłę intelektualną) owa apokalipsa sztuki stała się naczelnym przesłaniem sztuki współczesnej. Oglądając wystawy w muzeach sztuki współczesnej, spotykamy dzieła skandaliczne nie tylko autorów debiutujących, ale i także profesorów sztuki (prof. sztuk plastycznych z Düsseldorfu wystawia zapaćkane tłuszczem krzesła mające obrazować upadłą klasę mieszczan, czy wystawa prof. Ryszarda Bodelusa, na którą składają się węgorze pływające w szklanych rurach (mające rzekomo obrazować naturę linii), praca Newtona Harrisona ustawiona w muzeum w Nowym Jorku, na którą składa się żywy knur, trawa i dżdżownica, wiedeński prof. Otto Muehl w muzeum patroszący świnie na roznegliżowanej kobiecie czy praca Kariny Raeck ze zużytych butów i pociętych przewodów elektrycznych).
W 1961 roku włoski artysta Pietro Manzoni tworzy swe życiowe dzieło ? 90 puszek (do dziś 45 puszek eksplodowało), do których wkłada po 30 gram własnych odchodów ? tytuł dzieła Merda d'artista. Z biegiem lat 90 ponumerowanych "dzieł sztuki" trafia do muzeów sztuki współczesnej na całym świecie ? z roku na rok zyskując na cenie eksponatu ? wiele z ocalałych puszek trafiło także w ręce prywatnych kolekcjonerów. Ceny za puszkę wahały się: w 1993 r. były rekordowo wysokie ? 75.000 USD za puszkę, potem spadły do 28.000 USD. W lipcu 2002 Tate Gallery w Londynie z dumą i uznaniem dla własnych zdolności negocjacyjnych powiadomiła świat sztuki, że udało się nabyć do prestiżowej Galerii puszkę numer 004 z odchodami Manzoniego za jedyne 30.000 USD.
W podobnych hucpach nie pozostają w tyle Polacy. Tak jest też z projektem Joanny Rajkowskiej, która opracowała sześć napojów pobudzających, na bazie substancji pochodzących z jej ciała, m.in. wyciągu z piersi, z siatkówki oka, szarej substancji mózgowej, a nawet aktywnego DNA. Cena puszki unikatowego napoju (wyprodukowano je w ilości od 100 do 1000 sztuk) wynosiła 19,99 zł. Całość sfinansowało warszawskie Centrum Sztuki Współczesnej. Najciekawsza jest motywacja u Rajkowskiej, która przyznaje, że jej pomysł wyprodukowania autorskich napojów w puszkach zrodził się po części z frustracji, gdyż do tej pory jako artystka nie miała szansy utrzymania się ze swojej sztuki.
Joanna Rajkowska, wedle dyrektorów i kuratorów wystaw, należy do najciekawszych artystów, którzy pojawili się na polskiej scenie w drugiej połowie lat 90. ? za taką ją uważają dyrektorzy i kuratorzy wystaw w kraju. Przykładów tej sztuki kontestacyjnej okrzykniętej nowym wyzwaniem dla wyobraźni można by mnożyć bez liku, jednak istotniejsze będzie pytanie: jaki cel ma taka twórczość? (Krytycy sztuki współczesnej, broniąc się przed odpowiedzią na to pytanie, stwierdzają bezradnie, że sztuka nie musi mieć żadnego celu). Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak wbrew pozorom skomplikowana. Największe idiotyzmy i błazenady, godne raczej leczenia psychiatrycznego niż wystawiania w świetle fleszów, traktowane są przez "twórców" jako forma protestu estetycznego. Wszystko jedno przeciwko czemu. Natchniony sztuką kontestacyjny protest jest na rynku sztuki popularnej gwarantem zwrócenia na siebie uwagi. I tylko o to chodzi. Za parawanem prowokacyjnej wulgarnej maskarady zwanej sztuką współczesną nie kryje się po prostu nic, nie ma żadnego przesłania. Jest tylko chęć zwrócenia na siebie uwagi mediów. Jak się nie ma talentu i treści którą się chce przekazać sięga się po sprawdzone metody: szok. Większość współczesnych twórców z grupy sztuk plastycznych pomimo ukończenia Akademii malarskich nie ma nawet podstawowego przygotowania warsztatowego do swej pracy (nie potrafi namalować porteru czy postaci), jednak ma w zamian genialną wręcz znajomość uzasadniania i tłumaczenia swej twórczości.

(?)

 

Roman Konik
Wyświetlony 4635 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.