poniedziałek, 13 wrzesień 2010 12:16

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

Michał Zieliński, z zaiste libertariańsko-anarchokapitalistycznym zacięciem, zapytuje we "Wprost" (nr 43/2004): Czy jeden most może kosztować tyle, ile półtora takiego samego mostu, jeden tunel tyle, ile półtora takiego samego tunelu, jedna linia metra tyle, ile dwie takie same linie, jeden basen tyle, ile pięć takich samych basenów? Owszem, pod warunkiem że mamy do czynienia z publiczną inwestycją za pieniądze podatnika.
Podobne "przeliczniki" obowiązują nie tylko nad Wisłą, ale wszędzie tam, gdzie wydaje się publiczne pieniądze [...] inwestycja publiczna to po prostu skok na kieszeń podatnika. Uczestnictwo w ceremonii przecinania wstęgi z okazji zbudowania drogi, mostu, elektrowni, portu, lotniska, szkoły czy szpitala jest marzeniem [...] polityków. Stwarza im to wspaniałą możliwość zaprezentowania się w telewizji i prasie jako kreatorzy przyszłego wzrostu gospodarczego ? pisze Lant Pritchett. [...] Analiza nakładów na inwestycje publiczne i ich porównanie z wartością przyrostu majątku prowadzi autora do wniosku, że nakłady zawsze są większe (w krajach rozwijających się ? nawet dwukrotnie). Oznacza to, że przy inwestowaniu publicznych pieniędzy pewna ich część "rozchodzi się bokiem" [...] warunkiem namówienia obywateli, by coś sfinansowali ze swoich podatków, jest przedstawienie projektu jako bardzo taniego i niezwykle opłacalnego. W tym celu zdecydowanie zaniża się planowane koszty. Rzecz jasna po zatwierdzeniu projektu inwestor nie ma już żadnych bodźców, by oszczędzać przyznane fundusze. Dobrze wie, że po wydaniu tego, co zostało zapisane w preliminarzach, dostanie więcej albo podatnik pozostanie sam na sam z drogą, mostem czy szkołą "wykonanymi w 80 proc. [...] większość majątku powstającego wskutek [publicznych ? S.L.] inwestycji jest nam potrzebna jak świni parasol [...] efektywność inwestycji publicznych jest mniejsza niż prywatnych. A ponieważ cudów nie ma i każde zwiększenie inwestycji publicznych o złotówkę zmniejsza o tyle samo inwestycje prywatne, logiczny staje się wniosek, że inwestycje publiczne obniżają efektywność inwestycji w gospodarce narodowej [...] inwestycje publiczne obniżają efektywność gospodarki i zmniejszają tempo wzrostu gospodarczego (wzrost faktyczny jest mniejszy od możliwego do osiągnięcia) [...] im większe inwestycje, tym większa korupcja, a im większa korupcja, tym większe inwestycje publiczne. Zieliński ma, oczywiście, stuprocentową rację. Szkoda tylko, że ze strony establishmentowych liberałów nie było słychać gwałtownych protestów w chwili, gdy napływ unijnych funduszy strukturalnych, wykorzystywanych wszak przeważnie właśnie przez organy administracji publicznej, przedstawiano jako zbawienne remedium na kłopoty ekonomiczne państwa polskiego. Dlaczego wówczas nie mówiono wiele o marnotrawstwie, korupcji czy "efekcie wypierania" inwestycji prywatnych? Dalibóg, czyż naprawdę wszyscy czytelnicy tygodnika "Wprost" mają aż tak selektywną (względnie sklerotyczną) pamięć?
***
Jeden z najbardziej nudnych i przygnębiających (aczkolwiek czasem rozweselających) składników polskiej prasy stanowią felietony wybitnych narodowych intelektualistów. Chaos myślowy, slogany, pustka umysłowa, nieznajomość rzeczy ? gorzej niż w niejednym tabloidzie. Szczególnie zasmucające są takie wypowiedzi pochodzące od postaci faktycznie zasłużonych dla krajowej nauki bądź też kultury. Oto, co, przykładowo, pisze zaiste wielki pisarz Stanisław Lem odnośnie do polskiej myśli politycznej ("Tygodnik Powszechny", nr 42/2004): Kiedy w II połowie lat 30. rozwijał się pod pułkownikiem Kocem OZON, kiedy trwały targi pomiędzy grupą Mościckiego i grupą Rydza-Śmigłego i starano się wzmóc obronność Polski tkwiącej pomiędzy Niemcami hitlerowskimi i Sowietami, równocześnie w sposób mniej dostrzegalny zachodził proces faszyzacji, hamowany przez sfery rządowe. Kiedy w styczniu 1939 roku umarł Roman Dmowski, ulice Warszawy zapełniły się młodzieżą akademicką, która faszystowskim pozdrowieniem żegnała trumnę. Już w czasie okupacji przyszło mi do głowy, że, paradoksalnie, napaść hitlerowska uratowała nas przed własnym faszyzmem. Jego resztki manifestowały się w podziemiu ? "imperium powstanie z naszej krwi", "Sztuka i Naród" i tak dalej ? ale proch spalił na panewce. Giedroyc powtarzał, że Polską nie mogą i nie powinny rządzić trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. O ile w najmniejszej mierze nie zachodzi ? niestety! ? obawa, by pojawili się jacyś następcy Piłsudskiego, to Dmowski doczekał się duchowego potomstwa, w postaci trzech już generacji rodziny Giertychów. Proszę zauważyć subtelny mechanizm insynuacji, polegający na mało koherentnym połączeniu Dmowskiego, Gajcego i Giertychów z groźbą faszyzacji Polski, przed którą rzekomo uratował nas Hitler. Nigdy nie byłem admiratorem koncepcji autora Myśli nowoczesnego Polaka; nigdy nie przepadałem za poezją kręgu Sztuki i Narodu; nigdy nie egzaltowałem się Ligą Polskich Rodzin i Romanem Giertychem, nie mówiąc już o teoryjkach jego dziadka i ojca. Jednakże lemowskie skojarzenia wydają się po prostu nietrafne. By zacytować popularną kilka lat temu piosenkę, dla nestora polskiej literatury science-fiction wszędzie dookoła są faszyści... W ustach Lema pewne rzeczy, niespecjalnie dziwiące u osób pokroju Sergiusza Kowalskiego, Rafała Pankowskiego bądź Bożeny Umińskiej, jednak bulwersują, niepokoją i martwią.
***
W kwartalniku "Bez Dogmatu" (nr 61) Katarzyna Chmielewska oraz Tomasz Żukowski podejmują próbę analizy społecznej i politycznej myśli Adama Michnika. Zakładając nawet, że przedmiot ich epistemologicznych poszukiwań i dociekań jest godny zainteresowania, nie sposób uniknąć głębokiego zdziwienia odnośnie do wyprowadzonych z badań nad tekstami red. nacz. "Gazety Wyborczej" konkluzji. Otóż Michnik okazuje się nie tylko nieledwie nacjonalistą (tak bowiem chyba trzeba odczytywać tezę autorów, że dla Michnika więź narodowa stanowi nie tylko spoiwo życia społecznego, ale i najwyższą niekwestionowaną wartość ? to wszak jest fundamentalny doktrynalny aksjomat nacjonalizmu) i niemalże katolickim integrystą (tak z kolei można interpretować supozycje, że Adam Michnik uznaje katolicyzm za nieusuwalny składnik i znak tożsamości narodowej oraz niezbywalną wartość dla wszystkich Polaków, niezależnie od wyznania, de facto podważa możliwość krytykowania katolickich rytuałów i praktyki społecznej oraz opowiada się przeciwko prywatyzacji religii ?to już pobrzmiewa jeśli nie Lefebvrem, to przynajmniej Dmowskim), ale także skrajnym leseferystą, uznającym postulaty niwelacji rozwarstwienia społecznego, egalitarnego społeczeństwa i kreacji systemu zabezpieczeń socjalnych za przejawy resentymentu, frommowskiej ucieczki od wolności i chęci przywrócenia komunistycznej pseudostabilności. Hm, ciekawe czy Adam Michnik jest w stanie rozpoznać samego siebie w tak zakreślonym portrecie. W każdym razie ja się dobrze ubawiłem, czytając te "wnikliwe" analizy. Oczekuję teraz na diagnozę Tomasza Nałęcza jako neokonserwatysty, Jana Łopuszańskiego jako trockisty i Zyty Gilowskiej jako maoistki...
***
Wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha i jeden z najuczciwszych intelektualnie ludzi wywodzących się z tej organizacji Andrzej Sadowski wygłasza ostrą, acz uzasadnioną, filipikę przeciwko instytucji podatku dochodowego ("Newsweek", nr 43/2004): Polska jest źle rządzonym, ubogim krajem, w którym obywatele są prześladowani. Systemowo. Jednym z najważniejszych elementów tego nieprzyjaznego systemu są podatki, które stały się instrumentem toksycznej demagogii partyjnej. Ta demagogia przedstawia biedę jako skutek zbyt niskiego opodatkowania tych, którzy mają więcej. Oznaczałoby to, że suma bogactwa w kraju jest tak naprawdę niezmienna. W tej sytuacji ? jeśli wierzyć politykom ? los biednych można poprawić jedynie odbierając tym... mniej biednym. Narzędziem, którego w tym celu używa legion cnotliwych i szlachetnych polityków przywracających sprawiedliwość, jest podatek dochodowy. Przekonanie o jego dobrodziejstwie leży u zarania propozycji tych ugrupowań, które upierają się, by utrzymywać w Polsce progresywny system podatkowy. Podatek dochodowy jest [...] największą i najtrwalszą zdobyczą ideologii socjalistycznej. Odwołuje się do najgorszych i najniższych instynktów drzemiących w człowieku ? jak np. zawiści. Powoduje niesprawiedliwą segregację ekonomiczną obywateli, stoi w opozycji do chrześcijańskiego systemu wartości i niszczy poczucie moralności w społeczeństwie. Ponadto podatek ten utrwala biedę i rozwarstwienie dochodów. To oczywiste, gdyż to właśnie ludziom biedniejszym progresja podatkowa blokuje awans ekonomiczny. Dążąc do poprawy swojego położenia, muszą oni włożyć nieproporcjonalnie więcej wysiłku i pogodzić się z większą utratą owoców swojej cieżkiej pracy, gdy przechodzą do wyższej grupy podatkowej. Podatek dochodowy, wbrew zapewnieniom wytrawnych partyjnych demagogów o jego antyelitarnym charakterze, przyczynia się do tworzenia uprzywilejowanej grupy [...] Chroni jej interesy równie dobrze, co rozmaite koncesje i licencje. Niby truizmy, ale nigdy dość przypominania o tych prostych faktach. Obok powyższych argumentów, Sadowski zwraca też uwagę na inny, nieco zapoznany, aspekt problemu taksacji dochodów: Największą jednak "zaletą" podatku dochodowego jest możliwość ustawicznego nadzorowania obywateli. Tytułem "kontroli dochodów" podsłuchuje się nasze rozmowy, czyta się naszą korespondencję, przeszukuje mieszkania z użyciem broni ostrej i stosuje inne techniki operacyjne. W tym świetle podatek dochodowy i czynności aparatu skarbowego z nim związane pełnią funkcje nie tyle fiskalne, co ewidentnie policyjne. O ile w dawnym systemie, zwanym totalitarnym, policja polityczna zakładała teczki nielicznym, to obecnie w urzędach skarbowych teczki mają właściwie wszyscy ? i to niezależnie od poglądów politycznych, Dziś w dodatku sami na siebie musimy donosić, zeznania podatkowe dostarczamy wszak pod groźbą kar. W świetle rewelacji prasy o niezweryfikowanych esbekach w MinFinie, słowa Sadowskiego brzmią bardzo złowieszczo.
***
Zawsze byłem orędownikiem przekonania, że znacznie większym niebezpieczeństwem dla szeroko rozumianej świadomości społecznej aniżeli dzieła kultury masowej są produkcje o charakterze pseudointelektualnym, aspirujące do roli głęboko elitarnych i niekomercyjnych utworów. Teza ta znalazła dla mnie dodatkowe usprawiedliwienie po przeczytaniu recenzji z filmu Pręgi (ponoć polskiego kandydata do Oskara) pióra pani redaktor Elżbiety Isakiewicz ("Gazeta Polska", nr 42/2004). Dziennikarka dostrzegła w owym wiekopomnym dziele szereg ułomności właściwych dla polskiego kina współczesnego. Obok takich wad, jak luki w logice fabularnej i portretach psychologicznych, Isakiewicz wymienia w tym kontekście chociażby sentymentalizm, kiczowatość, przeteatralizowanie oraz nadekspresję (Dorosły już chłopiec ? Michał Żebrowski ? nie przekonuje, gdy malowniczo nadziewa sobie dłonie na żelazne pręty, hamletyzuje miotając się po pokoju i gdy wypłakując się na ramieniu swej przyjaciółki, ze strasznym wyrazem na nieogolonej twarzy krzyczy: "Dlaczego to tak boli?", przy czym chodzi mu o ból duszy. Scena, że palce lizać...). Gdyby wymienione cechy stanowiły jedyne wady filmu, można byłoby wzruszyć ramionami oraz zbagatelizować problem. Ot, nihil novi, po prostu kolejne poronione dzieło polskiej sztuki filmowej. Niestety, problem z tego rodzaju "sztuką" tkwi dużo głębiej. Jak bowiem pisze dalej Isakiewicz, autorzy filmu jakby doszli do wniosku, że zło i ohyda tylko wtedy wstrząsają, gdy inne elementy rzeczywistości, która jest tłem rozgrywających się wydarzeń ? też muszą być ohydne. Ohydny jest więc (a jakże by inaczej) ksiądz, który wyciągając od chłopca intymne wyznanie, że ten się onanizuje, sam się podnieca, a następnie łamie tajemnicę spowiedzi i donosi o wszystkim tatusiowi-psychopacie. Ohydne są wszystkie bez wyjątku rodziny, normalnych w tym filmie nie ma. Patologiczna jest więc rodzina szkolnego kolegi [...] bohatera (tatuś alkoholik i damski bokser), a także dobrej dziewczyny (mamusia alkoholiczka, tatuś mięczak). Tutaj właśnie znajduje się clou całego problemu. Otóż z dużą dozą pewności możemy powiedzieć, że tak zwane kino ambitne będzie jadowicie antychrześcijańskie, antyrodzinne, jak również antykapitalistyczne. Nie nawołuję tutaj bynajmniej do stosowania reguł politycznej poprawności a'rebours, ale wyłącznie o odrobinę umiaru, obiektywizmu, stonowania czy umiejętności cieniowania rzeczywistości. Wydaje się jednakże, iż bogatszym rezerwuarem obrony prawicowych wartości są często tak pogardzane i wyszydzane przez elitarystów dzieła kultury masowej (choć naturalnie tam też znajdują się nieraz niezłe kwiatki) niż pseudoartystyczne produkcje lewackich filmowców.
***
Z cyklu szczyt bezczelności. Włodzimierz Kalicki bezpardonowo krytykuje w "Gazecie Wyborczej" (256/2004) klasę polskich polityków: Problem możliwych roszczeń niemieckich wysiedlonych kolejne rządy w Warszawie ? solidarnościowe, postkomunistyczne, prawicowe ? traktowały nieodmiennie jak gorący kartofel. Żaden z nich nie zrobił niczego, by problem ten rozwiązać lub choć przygotować się do jego podjęcia. Każda ekipa rządząca liczyła tylko na to, że ten parzący kłopot zdąży przed międzynarodową awanturą na linii Warszawa-Berlin podrzucić następnemu rządowi. Niechęć do otwierania konfliktu o odszkodowania [...] można jakoś zrozumieć. Warto jednak pamiętać, że tuż po obaleniu muru berlińskiego Polska miała najlepszą koniunkturę polityczną, także w sensie poparcia Europy i Stanów Zjednoczonych dla naszego stanowiska, na otwartą debatę z Berlinem o zamknięciu roszczeń. Trudno natomiast pojąć, dlaczego przez ostatnie 15 lat nie prowadzono analiz prawnych i politycznych tego problemu. Skutek jest taki, że zaskoczona przez żądania wysiedlonych i Powiernictwa Pruskiego prawicowa opozycja z tygodnia na tydzień improwizuje ekspertyzy prawne. A potem w ciemno, bez rozeznania możliwości i skutków, doprowadza do przyjęcia uchwały sejmowej o poważnych międzynarodowych konsekwencjach. Ministerstwo Spraw Zagranicznych przedrzemało 15 lat. Prace nad kompleksowym studium kwestii strat wojennych, odszkodowań i reparacji jeszcze trwają. Polska dyplomacja nie zbudowała międzynarodowej koalicji, która domagałaby się od Berlina wzięcia odpowiedzialności za roszczenia wysiedlonych. Ba, nawet nie wypracowała w zachodnich stolicach zrozumienia wagi dla Polski niemieckich roszczeń i szczególnego uczulenia [...] naszej opinii. Paryż, Londyn, Waszyngton i Bruksela ten etap zmagania się ze spuścizną prawną i emocjonalną wojny mają już dawno za sobą. Nie rozumieją, co dzieje się w Warszawie. Dla nich to kolejna irracjonalna polska histeria i rozróba. Jak zwykle zatem "poszli nasi w bój bez broni". Brak debaty o zagrożeniu niemieckimi roszczeniami obciąża konto całej klasy politycznej [...] Wieloletnie milczenie parlamentarzystów w tej sprawie wpisuje się w tradycję milczenia Sejmu w zasadniczych kwestiach polityki zagranicznej [...] Nie jest to przejaw akceptacji przez opozycję przenikliwości polityki rządowej, lecz objaw rosnącej zaściankowości posłów i zwłaszcza liderów [...] Dziedzina stosunków międzynarodowych traktowana jest przez partie polityczne coraz bardziej po macoszemu, wręcz bezrefleksyjnie. Zbagatelizujmy już w tym momencie fakt, że ta błyskotliwa analiza Kalickiego wygodnie pomija takie np. "drobnostki", jak zajmowanie foteli szefów MSZ w latach 1989-2004 nie przez bliżej niezidentyfikowanych przybyszów z Marsa czy też przez nasze swojskie krasnoludki, ale przez namaszczone ręką Adama Michnika et consortes autorytety moralno-intelektualne, jak Krzysztof Skubiszewski, Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati, Władysław Bartoszewski, Bronisław Geremek oraz, last but not least, Włodzimierz Cimoszewicz. Ale to jednak mimo wszystko jest detal. Natomiast Kalicki naprawdę sięga Himalajów hipokryzji, kiedy wyrzeka na słabość polskiego dyskursu publicznego w kwestii polityki międzynarodowej, a w szczególności ewentualnych roszczeń odszkodowawczych niemieckich przesiedlonych. Na łamach dziennika, który uczynił niemal wszystko, aby zablokować taką debatę, który przez lata obrzucał rozmaitymi inwektywami (w rodzaju "oszołomów", "ksenofobów" itp.) wszystkich ośmielających się głosić odmienne poglądy, który wreszcie po wielekroć odmawiał obiektywnego prezentowania opinii różnych od tych formułowanych przez salony "warszawki", takie wyrazy boleści na kilometr pachną obłudą. Szkoda, że tak ciekawy publicysta historyczny jak Kalicki daje się wciągać w takowe niesympatyczne machinacje. Jak pozwolę sobie ponownie przypomnieć ? scripta manent...
***
W najnowszym numerze "Frondy" (33) wiodący polski rustykalista Remigiusz Okraska podejmuje potrzebną próbę fundamentalnego podważenia obowiązującej często na gruncie nauk historycznych "czarnej legendy Średniowiecza". Jak między innymi z zapałem wskazuje publicysta, średniowiecze było "wolnościowe" i "autonomiczne". Co więcej, stało się takie po wiekach rzymskiego, cesarskiego centralizmu [ja tam bym z tym romańskim centralizmem jednak zbytnio nie przesadzał... ? S.L.]. Zamiast dawnej jednolitej władzy, skupionej w rękach wszechmocnej jednostki, w średniowieczu powstała istna mozaika porządków polityczno-prawnych. Po upadku Cesarstwa Rzymskiego nastąpił chaos, jednak nie trwał on długo. Wkrótce ukształtował się nowy rodzaj organizacji społeczeństwa ? zależność feudalna [...] była ona zupełnie inna, niż to się powszechnie wyobraża. Na feudalizmie zyskały obie strony ? pan i poddany. Ten drugi w chaotycznym świecie oddaje się pod opiekę pana, który w zamian za część plonów zobowiązuje się zapewnić poddanemu bezpieczeństwo. Jeden zyskuje spokój, drugi większe bogactwo i możliwość stworzenia minipotęgi, co jeszcze bardziej utrwala porządek i bezpieczeństwo poddanych. Akt ten dokonuje się pod przysięgą, która wtedy ? w epoce na wskroś przesiąkniętej duchem religijnym ? ma moc wiążącą obie strony w sposób niezwykle silny. [...] tego rodzaju władztwo ma ograniczony zasięg, na ogół przybierając postać "terytorium lokalnego", wyodrębnionego na podstawie czynników etnicznych, kulturowych czy geograficznych. Każde z nich jest rządzone przez kogoś innego oraz ? co szczególnie istotne ? inaczej. Nie ma jednego wzorca władzy. Zarówno umowy na linii pan-poddany, jak i systemy prawodawstwa były inne w zależności od danego miejsca i jego obyczajów. Ta różnorodność była daleko posunięta, niejednokrotnie w pobliżu siebie funkcjonowały dwa porządki różniące się w dużym stopniu. I co nie mniej ważne ? oznaczała ona decentralizację, a raczej decentryzację, brak [...] spójnego centrum, które narzucałoby wielkim zbiorowościom swoje wartości i zasady. Owszem, istnieje urząd królewski, ale [...] król feudalny jest panem wśród innych panów, tak jak inni zarządza swoim osobistym lennem, jest głównym sędzią, broni mieszkańców swoich ziem i pobiera opłaty w naturze albo w gotówce. [...] Jego królewski tytuł nie oznacza bynajmniej, że jego możliwości finansowe czy militarne są większe niż niektórych jego wasali. Zwykła ludzka ostrożność dyktuje mu sposób zachowania równowagi między wielkimi wasalami, a także między nimi a sobą. [...] Oprócz autorytetu król feudalny nie ma [...] żadnych atrybutów władzy. Nie może on ani ogłaszać praw, ani nakładać podatków na obywateli swojego królestwa, ani powoływać armii. Cóż, takowa demistyfikacja i demitologizacja historycznych przesądów jest z pewnością wartościowa. Z drugiej strony jednak, zanim wpadniemy w pułapkę idealizowania epoki średniowiecza, warto uprzytomnić sobie, że wolność w życiu społecznym oznacza jednak coś więcej, aniżeli tylko swobodę wyboru pana. A swoją drogą, interesujące, co sądziłby Okraska (zajadły przeciwnik "systemu wielkich korporacji") na temat jakiejś uwspółcześnionej wersji feudalizmu, w której jednostki poddają się opiece owych wyklinanych międzynarodowych przedsiębiorstw? Jestem dziwnie spokojny, że podobnej do powyższej apoteozy nie usłyszelibyśmy z jego ust.
***
I jeszcze krótki komentarz o charakterze ogólnym. Jan Kulczyk ani mi brat, ani swat. Jak być może pamięta część Czytelników, zdarzało mi się uprzednio krytykować wszystkie te zjawiska, które symbolizuje postać poznańskiego biznesmena (oczywiście, jego rola w tzw. aferze Orlenu powinna zostać dogłębnie wyjaśniona). Nie jestem jednak w stanie wstrzymać odruchu obrzydzenia na widok tych wszystkich dziennikarskich nieustraszonych "szermierzy prawdy", owych "Don Kichotów dziennikarstwa śledczego", tych przenikliwych analityków sceny politycznej, owych mistrzów inteligentnego pamfletu, którzy jeszcze tak niedawno ani słowem nie zająkiwali się o gangrenie polskiego życia publicznego (a właściwie jednej z wielu gangren), jaką jest styk polityki z tzw. "wielkim biznesem". Ale teraz ? no cóż, na pochyłe drzewo każda koza skacze. A o intelektualnej uczciwości (względnie bystrości) establishmentowych żurnalistów świadczy zresztą również niedostrzeganie przez większość z nich swoistej "epidemii bezzasadności" w kręgach SLD (może by tak Unia Europejska dała jakiś mały grancik na zwalczenie owego niebezpiecznego zjawiska?). Oto Rywin bezzasadnie powołuje się na Leszka i Roberta; Jagiełło bezzasadnie powołuje się na Sobotkę; Kulczyk bezzasadnie powołuje się na "primusa"; Pęczak bezzasadnie powołuje się na Kaniewskiego, Oleksego czy też Belkę... Toż to doprawdy jakieś fatum musi krążyć nad ulicą Rozbrat w Warszawie... Ale czy naszych milusińskich z "Polityki", "GW" itd. cokolwiek to obchodzi?
Stary Liberał

Wyświetlony 5713 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.