poniedziałek, 13 wrzesień 2010 13:27

Kościelne igraszki

Napisane przez

Poniższy tekst miał się pojawić w prasie kościelnej. Nie pojawił się. Został zatrzymany przez kościelną cenzurę. Nie jakąś tam oficjalną, ale przez rodzaj księżowskiej blokady. Szefami pism katolickich są praktycznie wyłącznie księża. Kiedy więc w redakcji pojawia się tekst napisany przez osobę świecką i krytykujący pewne zjawiska w naszym Kościele, to ma bardzo małe szanse na publikację.

 

Pamiętam, że w latach mojego dzieciństwa, na święta kościelne czekało się z utęsknieniem. Każde z nich było w tamtym czasie obrośnięte jakąś ludową obrzędowością. Dlatego nikt nas nie musiał zaganiać do kościoła ? samiśmy szli. Z ochotą!
Odpusty pełne straganów i obowiązkowe czerwone lizaki. Msze ze świecami (M.B. Gromniczna i roraty). Msze z kadzidłami (majowe), z pękami polnych kwiatów i ziół (M.B. Zielnej), ze święconką (Wielka Sobota), ze strzelaniem na wiwat (rezurekcja) ? to były nasze wielkie atrakcje sezonu.
Ze szczególną niecierpliwością czekało się na święto Matki Boskiej Gromnicznej ? wtedy odbywały się zawody o to, kto doniesie zapaloną świecę do domu. Chłopaki się ścigali, kto pierwszy, ale nie wolno było szaleć, bo ten, kto w podmuchu wiatru lub przeciągu stracił poświęcony płomień, zostawał na kilka tygodni patałachem.
Do dziś pamiętam jednego kolegę, który nas co roku kasował, bo miał wujka zakonnika i ten mu dostarczał największe gromnice, jakie świat widział ? metr wysokości i grube jak męskie ramię. To był bolesny szpikulec w nasze ambitne serca ? kilka kilogramów żółciutkiego wosku i porządny pleciony knot kontra skromniutkie świeczki ze zwykłej bladej parafiny. Gasły przy byle zefirku, a kiedy padał deszcz albo mokry śnieg, nie mieliśmy najmniejszych szans.
Ale za to nam kapało po rękach (prawdziwy wosk nie kapie) i potem się mogliśmy przechwalać, kto więcej bólu wytrzymał dla Bozi. Zdejmowaliśmy z rąk parafinowe "skórki" i oglądaliśmy pod światło swoje linie papilarne.
Czy którakolwiek z dzisiejszych gier komputerowych gwarantuje podobne atrakcje?

***
Pamiętam też zawody pośród młodszych ministrantów, o to, kto jednym ruchem ręki wywinie obrusik wiszący przy balaskach (Dawniej, jeszcze na początku lat 80., Komunię Świętą przyjmowało się klęcząc przy barierce przed ołtarzem ? tzw. "balaski" ? zasłanej białym obrusem). Obrusik trzeba było tak sprytnie szarpnąć, żeby nienagannie przykrył wierzch barierki na całej jej długości i żeby nie trzeba było nigdzie poprawiać. To była nie lada sztuka!
Zrobić to jednym ruchem potrafiło tylko kilku z nas. A była zasada, że jak potrafisz sobie dać radę z obrusikiem, to wolno ci w nagrodę obsługiwać kościelne dzwony ? i o to wszyscy walczyli, bo dzwonienie na mszę lub na Anioł Pański było NAJWIĘKSZĄ ATRAKCJĄ ze wszystkich.
***
Na przywilej dzwonnika trzeba było pracować solidnie i długo ? nasz ksiądz chciał być pewien, że ministrant będzie obowiązkowy i punktualny. Sztuczka z obrusem stanowiła dobry tego sprawdzian ? wymagała wielu prób, a ćwiczyć wolno było WYŁĄCZNIE w czasie mszy świętej (Obrus komunijny to nie zabawka ? mówił ksiądz). Musieliśmy więc odsłużyć wiele mszy, zanim się człowiek wytrenował.
Żeby trochę skrócić ten okres organizowaliśmy "tajne komplety" ? przy długim korycie w oborze. Mimo to nie wszystkim starczało cierpliwości albo manualnego talentu. Dlatego kiedyś za prawo jednorazowego "nielegalnego" uruchomienia dzwonu dałem koledze kilkanaście moich najlepszych kapsli! (Wtedy grywało się w "kapstle" ? kawałkiem ukruszonej cegły rysowaliśmy na chodniku krętą trasę, a potem pstrykaliśmy tymi kapstlami, kto pierwszy do mety. Były wypełnione woskiem lub smołą i miały ponaklejane "koszulki" ? wycięte z papierka flagi różnych państw, czasami z dopisanym nazwiskiem konkretnego zawodnika, najczęściej kolarza).
***
Starszy ministrant wprowadził mnie dyskretnie do wieży kościoła. Powietrze pachniało tu tajemniczo, stęchłymi cegłami i kurzem. Potem on wyglądał przez szparę w drzwiach, czy nie idzie pan kościelny, a ja pierwszy raz w życiu, przejęty jak nie wiem co, ciągnąłem za sznur.
Najpierw ja dzwon w dół, a następnie dzwon podciągał mnie do nieba...
Ja go w dół... On mnie do niebaaa...
W dół... I jaaaa...
Nigdy, na żadnej huśtawce nie byłem tak szczęśliwy, jak na tym starym konopnym sznurze. Mimo że dźwięk dzwonu ogłuszył mnie boleśnie na wiele godzin.
Starszy ministrant oczywiście "zapomniał" wspomnieć o wacie do uszu. Oni zawsze za pierwszym razem "zapominali", a potem każdy już sam pamiętał.
(?)

Wojciech Cejrowski
www.ccc.art.pl

Wyświetlony 5649 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.