czwartek, 23 wrzesień 2010 16:42

Biznespospolita

Napisane przez

Śledząc uważnie kolejne numery "Opcji", zauważyłem, że coraz więcej miejsca poświęca się problematyce kultury. Temat jest mi tym bardziej bliski, że od lat wykładam historię kultury polskiej na jednej z warszawskich wyższych uczelni. Po powrocie z zagranicy natychmiast oddałem się lekturze mojego ulubionego miesięcznika i natrafiłem tam na kolejną porcję interesującego mnie materiału. Uwagę moją przykuł zwłaszcza jeden tytuł: Kultura a wolny rynek autorstwa p. Mateusza Machaja.

Zestawienie tych dwóch pojęć zainteresowało mnie tym bardziej, że przez kilkanaście lat zajmowałem się wyrobem biżuterii artystycznej, zaś od kilku miesięcy zajmuję się również działalnością wydawniczą, co w połączeniu z działalnością naukowo-dydaktyczną daje mi prawo do zabrania głosu. W zupełności zgadzam się z przewodnią tezą p. Machaja, iż nikt nie powinien zmuszać człowieka do wydawania pieniędzy wbrew jego woli (ale czy kupując bilet do kina muszę płacić za poprzedzające seans reklamy, których sobie nie życzę?). Nie ulega też wątpliwości, że publiczne pieniądze powinny być wydawane na przedsięwzięcia służące całej społeczności. Tu Autor głosi tezy oczywiste dla każdego, komu droga jest wolność. Jak jednak o tym rozstrzygać, skoro zdaniem Autora, "definicja dobra publicznego jest nieścisła i nienaukowa". Czy wszystko musi być drobiazgowo zdefiniowane, niczym przysłowiowa drabina w przepisach wysmażonych przez urzędasów z Unii Europejskiej? Czy troska o to, by społeczeństwo polskie było społeczeństwem kulturalnym i wykształconym, nie jest aby troską o dobro publiczne? Tymczasem pisząc o tym, że Lud jest zbyt mało wrażliwy pod względem estetycznym, by docenić piękno artystycznego tworzenia, autor kwituje swój wywód słowami Co z tego? Niech i tak będzie. Trudno. Zadziwiająca jest łatwość, z jaką przedstawiciel młodego pokolenia zgadza się na ten stan rzeczy. Znaczy się co? Nic nie zmieniać? Dostarczyć (sprzedać) "chleba i igrzysk" i zostawić w spokoju? Z drugiej strony Autor zdaje się sugerować pożytki wynikające z ekonomicznej edukacji artystów. A może po prostu wystarczyłoby im uświadomić, że nikt nie ma obowiązku płacenia za to, że odczuwają wewnętrzną potrzebę tworzenia? Pewien austriacki kapral z charakterystycznym wąsikiem nie przewidywał dla polskiego untermenscha potrzeby edukacji wykraczającej poza przygotowanie zawodowe plus umiejętność czytania, pisania i rachunków, zamiast kultury pozostawiając tandetną rozrywkę. Między innymi tandetne filmy, poprzedzane goebbelsowską propagandą.
Prawdą jest, że przeróżni "inżynierowie społeczni" i "naprawiacze świata" nieustannie usiłują nas uszczęśliwiać swymi pomysłami, realizowanymi (a jakże!) za konfiskowane nam przez "państwo" nasze pieniądze, dopieszczając lansowane przez siebie "elyty", roszczące sobie prawo do narzucania nam wszystkim swoich gustów, lecz nie znaczy to, że nie istnieje coś takiego, jak elita, mająca wpływ na kształtowanie gustów. Gdyby jej nie było, cham nie dowiedziałby, że jest chamem (i żyłby sobie w błogim samozadowoleniu), a gusta "przeciętnego człowieka", jako przedstawiciela "demokratycznej większości" decydowałyby o wszystkim, ku uciesze handlarzy produkowaną z myślą o "rynku masowego odbiorcy" tandetą. Czyż nie z tym właśnie zjawiskiem mamy do czynienia na co dzień? Dlaczego te "elity" mają decydować za innych ludzi? ? pyta p. Machaj, dodając, że jest to wyjątkowo nierówne traktowanie społeczeństwa. Cóż za afirmacja egalitaryzmu w prawicowym piśmie! Mam nadzieję, że Autorowi chodzi wyłącznie o sprzeciw wobec tego, by elity (jakiekolwiek!!!) kazały nam wszystkim płacić za realizację swych preferencji, zwłaszcza jeśli wykorzystywany jest w tym procederze aparat państwowy. Chociaż... Idąc tokiem rozumowania Autora, można by dojść do wniosku, że opinia profesora uniwersytetu równa jest opinii pospolitego obszczymurka; gdyby było inaczej, świadczyłoby to o nierównym traktowaniu społeczeństwa. Demokracja rozwiązała ten problem, przyznając prawa wyborcze bez rozróżniania who is who. Kto miał rację: wszechstronnie wykształcony (elita!) Ludwik II Bawarski, finansujący twórczość Ryszarda Wagnera czy wznosząc wspaniałe pałace (po części z podatków!), czy zapijaczeni bywalcy monachijskich piwiarni sarkający na "rozrzutność" władcy? Co oni by zbudowali? Kolejną bierstube? Pewnie tak, jeśli takie byłoby zapotrzebowanie rynku...
Inna sprawa, to rola edukacyjna, jaką w każdym normalnym (a zwłaszcza konserwatywnym!) społeczeństwie spełniają elity (naturalne, nie te "z nadania" Naczelnego jakiejś gazety czy innych "autorytetów moralnych", kreowanych w kręgach wzajemnej adoracji), wypracowując kanony kultury, choćby kanony estetyczne.
Bo od tego właśnie są myśliciele zajmujący się naukowo problematyką estetyczną, artyści o ugruntowanej renomie, potwierdzonej dokonaniami nie na jeden sezon, krytycy nie poddający się modom i demokratycznej presji współczesności (w tym presji "rynku"), znawcy przedmiotu, a historia wymienia dodatkowo oświeconych władców, kapłanów, feudałów o wysublimowanych gustach estetycznych etc.
Czy Autor uważa, że społeczeństwo jako całość jest w tej materii bardziej kompetentne? Co w odniesieniu do społeczeństwa ma potwierdzać jego kompetencje? Predylekcja i umiłowanie estetyki przysłowiowego "jelenia na rykowisku"? A może tzw. "mądrość zbiorowa", czyli równanie w dół (czyż nie lepiej "równać w górę"?), która w najlepszym wypadku będzie egzemplifikacją jakiegoś średniego poziomu świadomości? Oczywiście, nikt, nawet miłośnicy "jeleni na rykowisku", nie może być zmuszany do zakupu takiego czy innego dzieła (tym bardziej "dzieła") sztuki. Ale co, na przykład, z muzeami? Biblioteką Narodową itp.? Są wszakże rzeczy zaliczane do dziedzictwa kulturowego danego narodu, których utrzymanie (w tym jakże kosztowna konserwacja!) znacznie przekracza wpływy z biletów wstępu czy innych opłat, wnoszonych przez "konsumenta". Cóż zatem zrobić? Zlikwidować muzea czy "urynkowić"? Zamknąć Wawel? Zamienić na luksusowe kasyno, dyskotekę czy nocny klub z białogłowami "tańczącymi" na rurkach? Jak widać, nie jest to takie proste. Każdy kulturalny naród dba o dziedzictwo przeszłości, przechowując je dla przyszłych pokoleń, by stanowiło dla nich odskocznię do dalszego rozwoju.
Mając na myśli "elity", Autor pyta dalej: Czemu ich subiektywne przekonania mają brać górę nad fundamentami cywilizacji? Chciałbym jednak wiedzieć, jakie to "fundamenty cywilizacji" ma p. Machaj w tym miejscu na myśli? Mogę się jedynie domyślać, że chodzi o prawo własności. Czy jednak cywilizacja opiera się wyłącznie na "fundamencie" portfela?
Gdyby nie było prawa własności ? pisze Autor ? nie byłoby mowy o rozwiniętej kulturze. Pytam zatem: kto decyduje o tym, czy jest ona "rozwinięta" czy też nie i jakimi kieruje się przy tym kryteriami? Kto? Społeczeństwo, elita, rynek?
Rynek. Słowo to pojawia się w artykule pana Machaja siedem razy (kluczowe dla sfery kultury słowo "wartości" nie pojawia się ani razu). Kiedyś mówiło się o kręgach odbiorców kultury, dziś mówi się o rynku. Czyż konstatowany przez elity (a jakże!) upadek kultury nie wiąże się przypadkiem z faktem, iż po dyrygowanie nią sięgnęli pospolici kramarze (nie szkodzi, że niekiedy z dyplomami wyższych uczelni)? Autor sugeruje, że wie, na czym polega "prawdziwa natura kultury"; skąd więc Jego pytanie "co jest tak naprawdę kulturą"? Czy naprawdę istotę kultury definiują zawsze konkretni odbiorcy, a nie jakieś jednostki fizyczne (sic!). Czyżby? Czy zatem istotę kultury miałby definiować przysłowiowy Kiepski, skoro jest jej odbiorcą? Czy nie istnieją obiektywne kryteria wartościowania w dziedzinie sztuki? Kto ma oceniać pracę dyplomową studenta ASP ? profesor czy sprzątaczka tejże uczelni? Czy decyzja profesora (opłacanego z kieszeni podatnika!) w tej materii nie jest przypadkiem decyzją rażąco arbitralną, za którą stoją jednak kompetencje i obiektywne kryteria oceny, nie zaś gusta i preferencje owych podatników? Cyt.: Co tak naprawdę jest kulturą, skoro jej istota opiera się na subiektywnych uczuciach? Czyżby? Na subiektywnych uczuciach może opierać się recepcja kultury, a nie jej kanony estetyczne, kształtujące się przez tysiąclecia przy udziale elity społecznej; tam gdzie kanony estetyczne tworzy masowy odbiorca (bądź cwany marketingowiec), mamy w konsekwencji np. gusta muzyczne skarlałe na poziomie disco. Tak się akurat składa, że jak świat światem istniało coś takiego jak hierarchia społeczna, na szczycie której znajdowała się elita, nadająca ton. Niższe warstwy (w miarę możliwości, w tym także nabywczych, lecz nie wyłącznie!) społeczne naśladowały (z pożytkiem dla ogólnej kultury społeczeństwa) te właśnie elity, ich sposób bycia, gusta etc. W panującej nam dziś niemiłościwie ochlokracji mamy do czynienia ze zjawiskiem odwrotnym: częstokroć ci, którzy z racji wykształcenia czy zajmowanej pozycji społecznej dawniej byliby ową nadającą ton elitą, dziś stylizują się (język, zachowanie, ubranie) na lumpa, byle tylko być bardziej "trendy", byle się lepiej "sprzedawać".
Aspekt ekonomiczny towarzyszy wszelkim rodzajom ludzkiej działalności. Wszak artysta musi coś jeść, gdzieś mieszkać i w coś tam się przyodziać. I powinien o tym pamiętać, decydując się na taki a nie inny zawód. Nie ma prawa (i tu zgadzam się z Autorem) domagać się pieniędzy od tych, którzy jego twórczości nie "konsumują". Paul Gaugin był zamożnym maklerem giełdowym, po czym rzucił wszystko, by zająć się wyłącznie malarstwem. Wpędził w ubóstwo rodzinę, sam zmarł jako biedak. Cóż, jego wybór. W każdym razie nie domagał się pieniędzy od tych, którzy nie chcieli kupować jego obrazów. I tak być powinno. My mamy Norwida, który natarczywie domagał się pieniędzy od Krasińskiego i Cieszkowskiego, twierdząc, że społeczeństwo powinno go (jako artystę) utrzymywać. Kultura "wysokich lotów" zawsze była "konsumowana" przez wykształcone warstwy społeczeństwa, przy czym edukacja humanistyczna (w tym estetyczna) przed 1939 rokiem stała jednak o niebo wyżej niż to, z czym opuszczają szkolne mury kolejne roczniki obecnych maturzystów.
Obserwując polską rzeczywistość, obawiam się, by wobec kiepskiego poziomu edukacji humanistycznej społeczeństwa (przekonuję się o tym corocznie, rozpoczynając w październiku zajęcia z kolejnym rocznikiem studentów) nie awansował na inteligenta typ, do którego można by zastosować zdanie widniejące na pewnym nagrobku z jednego z londyńskich cmentarzy: "Tu spoczywa X. Urodził się jako człowiek, umarł jako sklepikarz". Czyli homo oeconomicus.
Homo oeconomicus ? w cywilizacji, w której o wartości jednostki decyduje wysokość osiąganych przez nią dochodów, trudno mówić, że homo oeconomicus pogrążył się w niebycie wraz z, cytuję, błędną materialistyczną koncepcją człowieka, która, jak widać to gołym okiem, ma się całkiem dobrze.
Reasumując: z traktowaniem kultury wyłącznie jako "produktu", mającego zaspokajać "prawdziwe zapotrzebowanie społeczeństwa" może zgodzić się co najwyżej "dealer" kultury masowej. Jest to proste: ludzi wykształconych humanistycznie, myślących kategoriami Wartości jest zdecydowanie mniej, niż tych, którym wystarczają "łycha, micha i dycha", wobec czego "rynek" pracujący na rzecz tej ostatniej kategorii z natury rzeczy przynieść musi większe zyski. Czy zatem z punktu widzenia czcicieli bożka rynku opłaci się podnosić poziom (intelektualny, moralny, estetyczny) tych ostatnich? Może wystarczy ograniczyć się do zaspokajania ich "prawdziwego zapotrzebowania", serwując im Big Brothera, Koło Fortuny i Kiepskich? Cywilizacja, według definicji F. Konecznego, jest to sposób urządzenia życia społecznego (prawa, instytucje, organizacje, stosunki produkcji itp.). Wspiera się ona jednak na fundamencie kultury. Bez niej świat zostanie zdominowany przez współczesnego jaskiniowca, otoczonego masą elektronicznych gadżetów, któremu kultura myli się z kulturystyką.

PS. Zdecydowany konserwatysta Kajetan Koźmian (1825) szyderczo prorokuje:
Więc na przekór klasykom stargajmy prawidła,
Gdzie Helikon za piecem, a Muzy u bydła,
Każdy żebrak Homerem, a pastuch Hezjodem,
Witaj wieku szczęśliwy, do pychy powodem.

Jan Przybył
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 5637 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.