Wydrukuj tę stronę
środa, 29 wrzesień 2010 12:53

Sztuka mizantropii

Napisał

Przypadająca 21 września sto pięćdziesiąta rocznica śmierci Arthura Schopenhauera przeszła w Polsce właściwie bez echa. Dużo więcej uwagi temu urodzonemu w Gdańsku filozofowi poświęciło Japońskie Towarzystwo Schopenhauerowskie, ogłaszając konkurs literacki, w którym główna nagroda wynosi pięćset tysięcy jenów. Nie jest to szczególnie zawrotna suma (jakieś pięć i pół tysiąca dolarów), ale cieszy sam fakt, że ktoś chce ją wyłożyć za napisanie eseju o człowieku nieżyjącym już od półtora wieku.

 

Wygląda bowiem na to, że Schopenhauer dziś, podobnie jak za swojego życia, sytuuje się na marginesie głównego nurtu filozofii. Jego myśl nie stanowi źródła inspiracji, lecz co najwyżej przedmiot zainteresowania historyków filozofii, którzy z obojętnością koronera przeprowadzają jej wiwisekcję, śledząc rozmaite inspiracje, konotacje, influencje i konsekwencje. Rzadkim okazem autora, który potraktował przesłanie gdańskiego filozofa poważnie, jest John Gray ? ex-liberał nawrócony na antyglobalizm. Jednak przygotowany przezeń koktajl pod tytułem Słomiane psy, gdzie Schopenhauerowski, klasyczny z ducha pesymizm zmieszany został z niemal scjentologicznymi pomysłami Jamesa Lovellocka, nawet po wstrząśnięciu dla wielu może okazać się niestrawny. 

Ten powszechny desintéressement towarzyszący myśli Schopenhauera może jednak, paradoksalnie, wynikać z jej ponadczasowości. Jak wiadomo, każda epoka przędzie sieć własnych przesądów, które wytyczają ramy obrazu świata żyjących w niej ludzi. Zdarzają się okresy względnej swobody duchowej, w których człowiek może pozwolić sobie na głębszy oddech i spojrzenie z oddali, zdarzają się też i takie, które ? przesadnie koncentrując się na tym, co aktualne i zarazem lokalne ? całą swą energię marnują na ukazywanie doraźnych idiosynkrazji jako rozstrzygnięć nakreślonych przez absolut. W takim wypadku nie tylko trudno docenić możliwość myślenia inaczej, niż się myśli, ale w ogóle trudno zrozumieć, że można myśleć inaczej. Czasy obecne, które nie tyle relatywizują wartości, ile wartościują relatywizację, wykazują tę dziwną skłonność do przedwczesnego wyśpiewywania hymnów do radości i na własną cześć ? i to w momencie, kiedy zza okna dobiega skrzeczący głos bring out your dead!

Oczywiście, system Schopenhauera również głęboko uwikłany był w jego epokę, lokalne przesądy i czasem niezrozumiałe dziś spory ? ostatecznie sam filozof sądził, że jako jedyny w miarę poprawnie rozwija myśl Kanta. Jednakże, czy to ze względów osobowościowych, czy też z uwagi na okoliczności życiowe, Schopenhauer, zwłaszcza pod koniec życia, potrafił wznieść się ponad tumany uczonego kurzu, wzniecane przez akademików, i spojrzeć na cały ten zgiełk z zewnątrz. Jego opinie nabierały wówczas marmurowego spokoju sentencji starożytnych mówców, choć z autorskim dodatkiem specyficznie modernistycznego szyderstwa. Był kimś w rodzaju Katona czy Seneki po przejściach, u którego ostrość widzenia rzeczy ciemnych w otaczającym mroku była skutkiem udanej mutacji służącej lepszej adaptacji do nieprzyjaznego otoczenia.

I z tego właśnie powodu Schopenhauer pozytywnie wyróżnia się w gromadzie stłoczonej na monochromatycznej fotografii z podpisem ?najwybitniejsi filozofowie XIX stulecia?. Od Hegla i całej reszty teutońskich idealistów odróżnia go nie tylko jasny i elegancki styl, ale także umiejętne połączenie ironii i pokory w stosunku do rzeczywistości ? a przede wszystkim wobec siebie. Obca jest mu przy tym teatralna egzaltacja Nietzschego, wyuczona dewocja Kierkegaarda, nałogowy optymizm Milla, talmudyczny rewolucjonizm Marksa czy antymetafizyczne fobie Comte?a. Nieobecność tych cech mogłaby przemawiać na jego korzyść, gdyby nie to, że to ich właśnie pożąda intelektualna publiczność i za nie też otacza kultem wymienione postacie.

Na czym zatem mogłaby polegać wyjątkowość Schopenhauera? Prawdopodobnie nie na tym, że był nieuleczalnym mizantropem i zgryźliwcem, ale że z mizantropii i zgryźliwości uczynił sztukę. Udało mu się to dzięki temu, że los ? wbrew jego oczekiwaniom ? uchronił go od kariery akademickiej, pozwalając uniknąć dwóch intelektualnie degenerujących doświadczeń: pracy grupowej i nauczania. Dzięki temu, mogąc przejść obok pryncypialnych ustaleń tej czy innej filozoficznej sekty, skutecznie uodpornił się na hermetyczny idiolekt, za pomocą którego usiłują one odróżniać się od siebie. W jego prozie nie znajdziemy więc ani nieopanowanego gadulstwa, ani dudniącego ?hokus pokus?, w którym uczeni w piśmie zwykli skrywać swoje w pocie czoła wykute banały i nonsensy. Jednocześnie, nie mając okazji wyżywać się pedagogicznie, nie nabrał komicznego zwyczaju przemawiania w imieniu Prawdy, Dziejów, Narodu, Masy, Klasy, Logosu czy bigosu. Swoje brutalne recepty formułował we własnym imieniu, co najwyżej licząc na niezobowiązujące zrozumienie w oczach podobnych mu starych zgryźliwych tetryków.

(...)

Wyświetlony 1740 razy
Damian Leszczyński

Najnowsze od Damian Leszczyński

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.