czwartek, 30 wrzesień 2010 07:13

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

W kwartalniku "Christianitas" (17/18), obok bloku niezwykle interesujących materiałów dotyczących kontrowersji wokół "Pasji" Mela Gibsona, zamieszczony został artykuł autorstwa Piotra Semki, poświęcony osławionej (czy raczej niesławnej) francuskiej ustawie zakazującej muzułmankom noszenia czarczafu w szkołach publicznych.

Czołowe pióro pobożnej lewicy wyraża w nim następujący pogląd: Spór o chusty nie jest jednoznaczny dla chrześcijańskiego obserwatora. Z jednej strony ? lęk przed islamską ostentacją w szkołach nie jest wydumany. Z drugiej strony ? każdego szczerze wierzącego człowieka musi niepokoić gwałcenie sumienia wyznawcy innej wiary. Ponadto, konserwatyści nie mogą lekceważyć uczucia wstydu, jakie stoi za nakazem osłaniania niewieściego oblicza. Jednakowoż, z drugiej strony przyjęte pod wpływem chrześcijaństwa poczucie znaczenia podmiotowości jednostki ludzkiej każe pytać, czy islamski czarczaf nie stanowi symbolu uprzedmiotowienia kobiety. Ostatecznie, pisze Semka, niełatwo rozwiązać te dylematy w relacji do muzułmańskiej chusty. Po zapoznaniu czytelnika ze swoimi dylematami, publicysta formułuje wprawdzie jednoznaczną konkluzję i twierdzi, że nie wolno zwalczać symboli religijnych, ale ambiwalencja Semki przenika jego cały niemalże tekst. Cóż, parafrazując nieodżałowanego Stefana Kisielewskiego, socjalizm zajadle zmaga się na płaszczyźnie intelektualnej z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju. W normalnym kraju nie istnieje bowiem tak paskudny wytwór rewolucji francuskiej, jakim jest szkoła publiczna. W ramach systemu edukacyjnego współegzystują zróżnicowane szkoły prywatne, w których kwestie takie, jak program nauczania, wymagany ubiór uczniów, zakres obowiązków nauczycieli itp. podlegają decyzjom właściciela, dyrekcji, a w ostatecznej instancji rodziców dziecka. Wyłącznie w socjalistycznym systemie szkolnictwa możliwa jest tak absurdalna sytuacja, że parlament wydaje ustawę precyzującą, jakiego rodzaju nakrycia głowy bądź T-shirty z jakimi emblematami są dopuszczalne w instytucjach edukacyjnych. A już poza wszystkim (jak ktoś mądry zdążył skonstatować) ? państwo determinujące strój swych obywateli w szkole, pracy, świątyni czy też domu jest państwem stricte faszystowskim.

***
Podczas parlamentarnej debaty nad informacją rządu w sprawie zasadności dalszego pozostawania polskich wojsk w Iraku głos zabrał wybitny przedstawiciel Ruchu Narodowego, słoneczko Ursusa, poseł Zygmunt Wrzodak. Wystąpienie owo zawierało wszystkie elementy, z powodu których poseł cieszy się niekłamaną admiracją w elektoracie Ligi Polskich Rodzin: potoczysta i wartka mowa, jasny i klarowny styl, przepiękna literacka polszczyzna. Cóż zatem z wysokości sejmowej trybuny raczył był objawić wielce szanowny poseł? Otóż stwierdził on (cyt. za "Nasza Polska", nr 14/2004) rzecz następującą: Przypomnę również, że polscy patrioci [...] walczyli na tyłach wroga przeciwko okupantowi niemieckiemu i sowieckiemu. Strzelali do okupantów zza węgła. I co, dzisiaj historia powie, że ci ludzie byli terrorystami? Ja z tego miejsca protestuję, żeby wypowiadali się oficerowie polskiego wojska, którzy mówią, że naród iracki, który walczy o swoją niepodległość, walczy z okupantem, że są terrorystami [...] Oni walczą z okupantem i nie ma co się dziwić, tak samo jak nasi wielcy patrioci. No tak, zapewne stałą taktyką w rezerwuarze działaczy i żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Wolności i Niezawisłości było podkładanie ładunków bombowych w miejscach publicznych, zabijanie niewinnych cywilów czy wykorzystywanie budynków kościelnych dla planowania zamachów terrorystycznych. Wiedza historyczna posła Wrzodaka jest doprawdy imponująca i godna pozazdroszczenia. Zresztą mam poważne wątpliwości, czy aby stosuje on takie porównania nieświadomie. Znacznie prawdopodobniejsze jest wyjaśnienie, że Wrzodak lubi wszystkich, którzy nie lubią Izraela. Ot, taką ma właśnie geopolityczną filozofię. W tym zakresie może się więc cieszyć ? znajduje się po jednej stronie z ogromną większością państw Wspólnoty Europejskiej. Z podobnymi poglądami, polityk Ligi Polskich Rodzin ma zatem niepowtarzalną szansę otrzymana etatu unijnego koordynatora do spraw walki z terroryzmem. Oczywiście ? z terrorem Izraela, który wszak upodobał sobie zabijanie Bogu ducha winnych staruszków na wózkach inwalidzkich oraz z terrorem Stanów Zjednoczonych, które lubują się w zabijaniu niczego nieświadomych irackich wieśniaków. Trzeba przyznać, że wiele dałbym, aby móc zobaczyć pana Wrzodaka obok Romana Prodiego na wspólnym zdjęciu po kolejnym szczycie UE. To lepsze niż Andrzej Lepper blokujący z własnym mikrofonem w dłoni obrady parlamentu w Strasburgu i wysypujący zboże przed gabinetem Güntera Verheugena.
***
Monarchista Adam Wielomski, w charakterystycznym dla siebie stylu, przepełnionym nienawiścią wobec "tłuszczy", "motłochu", "hołoty" i "ochlokracji", w następujący sposób usiłuje wyjaśnić fenomen Andrzeja Leppera ("Najwyższy Czas", nr 15-16/2004): Gdy rozpadł się socjalizm totalitarny, gdy na naszych oczach rozpada się socjalizm demokratyczny, lud nie zmienił swoich zapatrywań i cała jego inicjatywa sprowadza się do oczekiwania, aż państwo mu da. Lepperyzm jest politycznym wyrazem tej świadomości roszczeniowej, która została wyhodowana przez klasę polityczną w Polsce. I nie ma co płakać nad niską kulturą polityczną mas i ich "niedorośnięciem" do demokracji. Demagogiczne elity wyhodowały upiora socjalizmu i upiór ten właśnie pożera własnych rodziców, przeistaczając się w ostatnie stadium swojej ultrademokratycznej mutacji. Stadium to zwie się Andrzej Lepper. W tezach Wielomskiego jest z pewnością bardzo wiele prawdy, ale prawdy cokolwiek połowicznej, zgodnej z optyką warszawskich salonów inteligenckich. Część, a może większość, elektoratu "Samoobrony" to bez wątpienia ludzie głęboko zdemoralizowani socjalistyczną urawniłowką, do szczętu przesiąknięci ideałami lewicowego pseudoegalitaryzmu oraz zepsuci schlebianiem im przez cynicznych manipulatorów lub naiwnych (i przez to śmiertelnie niebezpiecznych) idealistów. Jednakże nie zawaham się postawić hipotezy, że gwałtowny w ostatnich kilku latach przyrost liczby wielbicieli naszego narodowego i uwspółcześnionego wariantu Janosika jest wprost proporcjonalny do przyrostu w Polsce liczby ludzi piekielnie sfrustrowanych oraz diabelnie wściekłych ? na przegniły system, na nieudolny rząd, na skorumpowany samorząd, na wszechwładnych lokalnych kacyków, na opieszałą trzecią władzę, na uwikłanych w rozmaite kliki dziennikarzy... Trawestując Milovana Dżilasa, w Polsce narodziła się nowa "nadklasa", do której przynależność jest ściśle uzależniona od... hmm..., powiedzmy to bardzo oględnie, od czynników "pozamerytorycznych". Co więcej, jak mogłoby poświadczyć wcale pokaźne grono przedsiębiorców, wspomniana "nadklasa" zaczyna działać coraz bardziej destruktywnie i, niczym niezbyt sprytny pasożyt, coraz szybciej wyniszcza organizm nosiciela, prowadząc zwolna do zgonu tego ostatniego. Pseudoanalizy lepperowskiego fenomenu, sprowadzające się przeważnie do wyklinania na otępiały lud (choć faktycznie jest otępiały), porównywania lidera "Samoobrony" z Adolfem Hitlerem (choć obydwaj to faktycznie narodowi socjaliści) oraz załamywania rąk nad jego propozycjami ekonomicznymi (choć faktycznie jest nad czym załamywać ręce), nie przybliżają nas w niczym do jego wyjaśnienia. Tymczasem zasadna jest raczej perspektywa zakładająca, że "Samoobrona" to fatalne lekarstwo na prawdziwą chorobę i fałszywa odpowiedź na prawdziwe problemy. Ja jednak czytam sobie taki oto dla przykładu tekścik Elżbiety Isakiewicz ("Gazeta Polska", nr 14/2004): Terytorium Samoobrony zajęte jest przez elektorat, który nie chce słuchać rozumu, co więcej ? który rozumu słuchać nie umie. I chwatit, sprawa załatwiona, zwolennicy Leppera to po prostu bezrozumni kretyni, a my bawimy się dalej. A tymczasem na Titanicu już wesoło przygrywa orkiestra.
***
W kwartalniku "Etos" (nr 61-62), mającym w założeniu przybliżać swym czytelnikom społeczną naukę Kościoła (a w szczególności Jana Pawła II), zamieszczony został niezwykle interesujący blok materiałów poświęconych problemowi prawnej ochrony dziecka poczętego i penalizacji aborcji. Zachęcając każdego do lektury periodyku, ośmielam się wskazać na jeden doniosły problem terminologiczny. Oto bowiem autorzy pisma, w artykułach o jak najbardziej naukowym charakterze, z zadziwiającym uporem definiują permisywne poglądy w sprawie dopuszczalności tzw. przerywania ciąży jako "liberalne". Ja, oczywiście, rozumiem, że jest to przejaw pewnych uproszczeń, świadectwo powszechnie, niestety, przyjętego "etykietkowania" zwolenników depenalizacji aborcji czy efekt dwuznaczności terminu "liberalizacja". Jednak mimo wszystko czuję się zobligowany do zabrania głosu. Otóż będąc liberałem, opowiadam się zdecydowanie za karalnością aborcji (w szczególnie odrażających wypadkach łącznie z karą śmierci), a dokonujących jej za pieniądze lekarzy uważam za ekwiwalent "morderców na zlecenie". Pomiędzy zajęciem takiego stanowiska i liberalną autoidentyfikacją nie zachodzi żadna sprzeczność. Autentyczni liberałowie (a nie utylitaryści spod znaku np. Jamesa Milla i Jeremy'ego Benthama) wierzą bowiem w przysługiwanie każdej osobie przyrodzonych praw naturalnych do życia, wolności i własności. Dlatego żaden człowiek, uznający nasciturusa za człowieka, ale opowiadający się za depenalizacją aborcji, nie może konsekwentnie określać się mianem "liberała". Warto o tym pamiętać, by nie kreować niepotrzebnego antyliberalnego frontu walki, podczas gdy prawdziwy przeciwnik czai się zupełnie gdzie indziej. Liberalizm po prostu nie jest doktryną antychrześcijańską czy antykatolicką..
***
Pewien mój znajomy (można go nazwać Jeszcze Starszym Liberałem) zwykł mawiać, że tygodnik "Wprost" jest pismem dla blondynek o dobrych instynktach (z góry przepraszam pp. feministki za seksizm tego wyrażenia). Otóż blondynka o dobrym instynkcie jest osobą o obojętnej płci, która apriorycznie odczuwa niechęć względem wszelkiego socjalizmu, wierzy w zalety porządku spontanicznego, woli system wolnorynkowy od zinstytucjonalizowanego lewicowego niewolnictwa, bardziej ceni wolność niż równość itd. Jednakże nasza blondynka na poparcie swoich opinii wysuwa częstokroć nieprzemyślane argumenty, pojmuje kapitalizm jako ustrój, w którym rządzą kapitaliści (a nie konsumenci), opisuje pana Jana Kulczyka jako paradygmatyczny przykład self-made mana, obwołuje Wielką Nadzieję Białych, tj. Jana Marię Władysława Rokitę spadkobiercą idei Ludwika von Misesa i całej Szkoły Austriackiej, uznaje Andrzeja Olechowskiego za polityka wolnorynkowego, a Leszka Balcerowicza za reinkarnację Turgota, Say'a i Nocka razem wziętych, potrafi wzlecieć z zachwytu w nieboskłon na wiadomość o projekcie podatku liniowego w wysokości 22% (i nie ma to nic wspólnego z faktem, że sama na tej zmianie skorzysta ? to wszak czysty przypadek) i tak dalej, i tak dalej. Z tych względów "Wprost" ma wybitny potencjał irytacyjny dla autentycznej prawicy. Nie ma bowiem nic gorszego aniżeli nieudolna obrona przez innych tego, w co sami wierzymy. Aby nie pozostać gołosłownym, podam drobny przykład. W numerze 15/2004 jeden z czołowych krajowych publicystów ekonomicznych Michał Zieliński słusznie i nawet zabawnie wyśmiewa pomysły polskich urzędów i mass mediów, które na własny użytek (w duchu aggiornamento) objąłem kryptonimem: "Hilary Minc. Reaktywacja". Chodzi oczywiście o nową "bitwę o handel" oraz o nagonkę na tzw. spekulantów. Donosiki, kontrole, kary, ostracyzm ? wszystkie chwyty są tu dozwolone, aby tylko dowieść skołowanemu ludowi, że akcesja nie ma kompletnie nic, ale to nic wspólnego, ze wzrostem cen po 1 maja 2004 roku, i że wszystkiemu winni są krwiopijczy rzeźnicy, piekarze, sklepikarze i inni wrogowie ludu pracującego miast i wsi. Pan Zieliński chłoszcze tedy bezlitosnym biczem swej satyry owych domorosłych tropicieli, czym wyróżnia się zdecydowanie na korzyść w klangorze establishmentowych mediów. No i kiedy zaczynam się już cieszyć, że będę mógł przedstawić Czytelnikom jakiś rozsądny artykuł, trafiam nagle na taki oto kwiatek: Prawo UE [...] w ogóle czegoś takiego jak "państwowa kontrola cen" czy "ceny urzędowe" nie zna... Ot i pięknie. Biorąc pod uwagę fakt, że chyba nie sposób nie wiedzieć o takim orwellowskim tworze, jak Wspólna Polityka Rolna (polegająca właśnie na odgórnym regulowaniu cen produktów rolnych), początkowo zastanawiałem się, czy Zieliński jest z Marsa (tam przecież mogli o CAP-ie nie słyszeć), czy też robi czytelników "Wprost" w kolokwialnego balona. Tertium non datur. Niezależnie, którą ze wskazanych tutaj odpowiedzi będziemy skłonni uznać za trafną, nasze blondynki o dobrych intencjach po lekturze tekstu Zielińskiego znowu będą usiłowały mnie przekonać, że UE to nie żaden "eurosocjalizm", jeno ustrój wolnorynkowy, któremu nieznane jest zjawisko kontroli cen...
***
Wojna agorowsko-springerowska pod flagą europejską ostatnimi czasy jęła nabierać prawdziwych rumieńców. Oto bowiem na łamach "najlepszego pisma od Atlantyku po Ural" (tj., rzecz jasna, "Gazety Wyborczej") trzech dość średnich rangą oficerów samozwańczej policji myśli oskarżyło flagowy okręt konkurencyjnego wydawnictwa (czyli tygodnik "Newsweek") o podsycanie wśród czytelników uczuć antysemickich. Pretekstem do ataku okazał się artykuł dotyczący problematyki zwrotu utraconego przez Żydów mienia. Wkrótce za przykładem tej "nieświętej trójcy" podążył tabunek zawsze gotowych intelektualistów, skłonny do poparcia nawet najbardziej jaskrawych andronów, jeżeli tylko promowane są one przez Oberredaktora Trzeciej Rzeczpospolitej i jego wesołą gromadkę. No i rozpętało się piekiełko... Wymierzone w "Newsweek" zarzuty są tak absurdalne, że chyba szkoda lasów na ich głębsze omawianie w tym miejscu. Nasuwają się tutaj jednak dwie refleksje. Po pierwsze, "Gazeta Wyborcza" po raz kolejny instrumentalnie wykorzystuje "problematykę żydowską" dla urzeczywistniania swych stricte ekonomicznych czy politycznych zamierzeń. Zamiast rzetelnej i poważnej dyskusji o reprywatyzacji, stanie świadomości społecznej w odniesieniu do kwestii respektowania zasad własności prywatnej czy choćby celowości prawnego uprzywilejowania jednej narodowości w procesie restytucji mienia, "Gazeta Wyborcza" ponownie zaczyna wymachiwać straszakiem antysemityzmu. Co więcej, pismo czołowego specjalisty od dziejów honoru w Polsce ma w głębokim poważaniu fakt, zweryfikowany przeze mnie empirycznie, że niesprawiedliwe oraz bezpodstawne zarzucanie rozmaitym osobom skłonności antysemickich wywołuje dokładnie takie reakcje wśród czytelników, którym dziennikarze "Wyborczej" pragną (według deklaracji) zapobiec. Druga rzecz, którą warto wyeksponować, to nadzwyczaj konsekwentne stosowanie przez pismo mentalności Kalego. Oto bowiem jednym z kluczowych przejawów inspirowania u czytelników antysemickich odczuć miało być wytłuszczenie przez "Newsweek" wypowiedzi tzw. prostych ludzi o faktycznie antyżydowskim zabarwieniu. Ten zarzut na łamach "Gazety Wyborczej" jest niezwykle zabawny. Mam na tyle dobrą pamięć, aby nie zapominać wydarzeń jeszcze z początku lat dziewięćdziesiątych. Wówczas to gazeta opublikowała na rozkładówce ogromny wywiad z doskonale nam znanym Bolesławem Tejkowskim, także wytłuszczając co bardziej groteskowe sformułowania lidera Polskiej Wspólnoty Narodowej. A zatem, jak pisał Sienkiewicz, gdy Michnik wytłuszczać to dobrze; gdy "Newsweek" wytłuszczać to źle... Kali wiecznie żywy. Początkowo zrobiło mi się więc żal "Newsweeka". Następnie jednak doszedłem do wniosku, że być może, nie ma tego złego, co by później na dobre nie wyszło. Być może, dzięki temu bezpardonowemu atakowi agorowskiego organu, "Newsweek" stanie w przyszłości w obronie bezzasadnie atakowanych niewygodnych polityków i publicystów, którym krąg "Wyborczej" i Unii Wolności uwielbia zarzucać faszyzm, apologię hitleryzmu, antysemityzm i cały szereg tym podobnych brzydkich rzeczy. Być może, kiedy następnym razem Władysław Frasyniuk z pełną dezynwolturą zarzuci Januszowi Korwin-Mikkemu chwalenie narodowego socjalizmu (JKM narodowym socjalistą... hihi!), "Newsweek" odważy się skrytykować takowe pomówienia. Pożyjemy, uwidzimy ? w każdym razie istnieje w tym względzie jakaś nadzieja.
***
Profesor Bronisław Łagowski jest bez wątpienia wybitnym erudytą, a jego generalne przemyślenia są z pewnością godne poważnego namysłu oraz szerszego upowszechnienia. Zarazem jednak ma on doprawdy fenomenalną umiejętność wysnuwania z tych ogólnych supozycji iście kuriozalnych konkretyzacji oraz wysuwania zaiste zdumiewających analogii. Ot, na przykład w "Przeglądzie" (18/2004) Łagowski ostro krytykuje demokratyczną demagogię i trafnie zauważa: Gdy demokracja wyzwala się z tradycyjnych instytucji i norm strzegących przyzwoitości, dobrych obyczajów i podtrzymujących rozróżnienie na ludzi porządnych i łajdaków, pierwsze miejsca na scenie politycznej zajmują oskarżyciele. Stwierdzenie to dość precyzyjnie unaocznia mechanizm wyborczych zwycięstw polityków lewicy wszelkiej maści. Dostrzeżona przez profesora Łagowskiego prawidłowość dotyczy, w jego opinii, wszelkich form ustroju demokratycznego, poczynając od starożytnych Aten, a kończąc na współczesnej demokracji pseudoliberalnej. Przypomina on w tym kontekście grecką instytucję sykofantów, czyli dobrowolnych, półprywatnych oskarżycieli, którzy lubowali się w stawianiu zarzutów wybitnym jednostkom, skazywanym w następstwie takowych donosików już to na ostracyzm, już to na karę śmierci. Ów los spotkał odpowiednio Temistoklesa i Sokratesa. Po ciekawej analizie historyczno-politycznej następuje wszelako wspomniana powyżej aplikacja ogólnych wywodów do dzisiejszych czasów. Okazuje się wtenczas, że, w przekonaniu Łagowskiego, współcześni sykofanci wzięli sobie na cel... Aleksandra Gudzowatego i Jana Kulczyka. Hmm, pan Gudzowaty jako Temistokles i pan Kulczyk jako Sokrates ? analogia wbijająca w fotel i wywołująca u autora rubryki niepohamowane wybuchy radosnego śmiechu. Podobnie zresztą, jak pomieszczona w tym samym numerze "Przeglądu" wypowiedź Leszka Millera, który jest uprzejmy wyrażać przekonanie, że Sojusz Lewicy Demokratycznej jeszcze zdyskontuje swoje sukcesy na polu integracji europejskiej i polityki gospodarczej. Tym samym w mej skromnej ocenie, SLD do złudzenia zaczyna przypominać głównego bohatera znanego filmu pt. "Szósty zmysł"; jest bowiem martwy, tylko jeszcze o tym nie wie. Ale w końcu się dowie...
***
Przyjazd do Warszawy (w ramach Europejskiego Forum Ekonomicznego) gromadki lewaków w garniturach i koszulkach z podobizną Che Guevary wywołał w mass mediach falę komentarzy na temat doktryny antyglobalizmu czy alterglobalizmu. Maciej Rybiński napisał zatem w "Rzeczpospolitej" (nr 102/2004): Pewne wątpliwości w sens alterglobalizmu powinno [...] wzmagać, przede wszystkim u przesłuchiwanych w mediach ekspertów ekonomicznych, poszukiwanie dróg do dobrobytu powszechnego przez mnożenie zakazów, nakazów, biurokracji i kontroli. Budowanie nowych barier zamiast znoszenia starych powinno w ekspertach budzić grozę. A oni, wbrew swojej lepszej wiedzy, przytakiwali młodym entuzjastom globalnej biurokracji. Jeśli ktoś wierzy, że z powszechnej kontroli cen wyniknąć może powszechna szczęśliwość jest albo głupcem, albo manipulantem. Zamiast przytakiwać alterglobalistom i podtrzymywać ich złudzenia, należałoby im raczej tłumaczyć, że trzeba znosić wszelkie biurokratyczne ograniczenia w przepływie technologii i towarów. Rybiński ma oczywiście rację z merytorycznego punktu widzenia, ale przecenia zarazem zdolność alterglobalistycznych "młodych małpiszonów" (posługując się terminologią Stanisława Tyma) do racjonalnej refleksji i dyskusji. Z równym sensem i nadzieją na sukces można byłoby przekonywać imć Fidela Castro do zalet konserwatywnego liberalizmu.
***
Mass media doniosły również, że w Polsce (bodajże w Gorzowie Wielkopolskim) jest budowany pierwszy na świecie pomnik... kloszarda. Czyżby miało to stanowić antycypację kondycji polskiej gospodarki po deszczu "europejskich dobrodziejstw"?
Stary liberał
Wyświetlony 6653 razy

Więcej w tej kategorii: « Dziesięć pytań Wzorzec »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.