czwartek, 30 wrzesień 2010 12:55

Furia bezsilności, bezsilność furii

Napisane przez

Polityk, którego się już powszechnie uważa za przyszłego premiera rządu polskiego, Jan Rokita, ogłosił był właśnie, że jego partia, Platforma Obywatelska, wyrusza na wojnę z Samoobroną. Po tym historycznym oświadczeniu notowania Andrzeja Leppera i Samoobrony natychmiast poszły w górę i prawie zrównały się z notowaniami Platformy, z czego wynika, że trafiła kosa na kamień.

 

Tej "wojnie" Rokity z Lepperem towarzyszy histeria medialna i jaką by gazetę wziąć do ręki, kiedy by otworzyć telewizor czy odbiornik radiowy, zewsząd dobiega histeryczny jazgot o zagrożeniu dla polskiej demokracji, jakie stanowi Andrzej Lepper i jego partia, o rodzącym się faszyzmie, a pewien wybitny socjolog określił właśnie to, co robi Lepper, jako "polityczną pedofilię". Tak oryginalne wejście do tego swoistego "dyskursu politycznego" zapewne umożliwi owemu uczonemu mężowi zdobycie trwałego miejsca w kronikach, ale wątpliwe, żeby specjalnie przeszkodziło Andrzejowi Lepperowi w dalszym zdobywaniu zwolenników i poparcia społecznego. Wygląda bowiem na to, że im gwałtowniej, im bardziej prymitywnie, z im większą furią atakują go media i uczeni, zatroskani stanem państwa polskiego, tym większa popularność ich wroga numer 1, za jakiego ogłoszono lidera Samoobrony.
Ta furia i ta histeria przypominają do żywego wydarzenia sprzed 14 lat, kiedy na polskiej scenie politycznej pojawił się nieznany nikomu Stanisław Tymiński. Stanisława Tymińskiego nikt, początkowo, poważnie nie traktował i jego pojawienie się "poważni znawcy" uważali za element folkloru politycznego. Dopiero kiedy Tymiński odważył się wprost zaatakować narodową świętość, za jaką w kręgach inteligenckich uchodził Tadeusz Mazowiecki, i ośmielił się nazwać go publicznie zdrajcą, kiedy oburzeni do żywego obrońcy ówczesnego status quo zaatakowali go z furią i bez wszelkich hamulców, dopiero wtedy jego notowania skoczyły gwałtownie w górę i Stanisław Tymiński wyrósł momentalnie na prawdziwego konkurenta i kandydata do stanowiska prezydenta. Jak jeszcze niektórzy z nas pamiętają, bez kłopotu wyeliminował z dalszej rozgrywki Tadeusza Mazowieckiego i, kto wie, gdyby nie pełna i powszechna mobilizacja, gdyby nie cysterny kłamstwa i gnoju, które wylano na jego głowę, może nawet wygrałby i z Lechem Wałęsą.
Wygląda na to, że Rokita i jego bataliony wojenne zapomnieli o tej lekcji historii i będziemy mieli swoistą "powtórkę z rozgrywki". Stanisław Tymiński zaatakował bowiem ówczesny, kształtujący się bardzo szybko układ pookrągłostołowy, trafił w odczucia milionów Polaków, którzy podejrzewali, że układ ten jest fałszywy, a osobliwie, że prowadzi do pauperyzacji ogromnych rzesz mieszkańców, bo rządy Tadeusza Mazowieckiego i drużyny Lecha Wałęsy nie przyniosły poprawy kondycji społecznej i ekonomicznej większości obywateli. Wyciągnięto, schowane już do lamusa i płowiejące szybko sztandary "Solidarności", a w obronie status quo zaangażowano wszystko, co było. W tamtym czasie dla inteligencji polskiej Tadeusz Mazowiecki był wciąż wielkim autorytetem, autorytetem był Jerzy Turowicz i ludzie wywodzący się ze "Znaku" i "Tygodnika Powszechnego", dla wielu milionów coś pozytywnego oznaczało nazwisko Lecha Wałęsy, po stronie tzw. postkomunistycznej był jeszcze autorytet Jaruzelskiego i innych. Z zagranicy wspierali ich wybitni przedstawiciele emigracji, jak np. "Kultura" Jerzego Giedroyca, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Nowak Jeziorański i inni. Mobilizacja ich wszystkich na ten jeden raz wystarczyła, aby zagrożenie, jakie w ich oczach uosabiał Stanisław Tymiński, zostało zażegnane.
Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Nie ma już żadnych autorytetów, które liczyłyby się poważnie w obronie starego układu. Nie ma już autorytetu Tadeusza Mazowieckiego, nie żyją Jerzy Giedroyc i Gustaw Herling-Grudziński, afera Rywina umoczyła w niezbyt przezroczystej cieczy autorytet moralny Adama Michnika i jego "Gazety Wyborczej", pomimo wszystkich starań mediów i błyskotliwych wypowiedzi podczas obrad Komisji Śledczej, nie wyrósł na autorytet Jan Maria Rokita ani żaden inny z polityków Platformy Obywatelskiej. Platforma, która zgarnęła pod swoje skrzydła wszystko, co się dało, z upadłej Unii Wolności i AWS-su, składa się z polityków w oczywisty sposób należących do starego układu i obrońców status quo i nie jest w stanie tego zmienić uroda i wdzięk prof. Zyty Gilowskiej. Afera Rywina, haniebny rozwój sprawy FOZZ, dziesiątki i setki afer rozgrywanych publicznie w ostatnich latach, zapaść w zakresie służby zdrowia, zapaść edukacyjna, kryzys finansów publicznych, upadek rolnictwa, górnictwa, hutnictwa etc. etc., wszystko to razem ustawia obrońców tego układu w sytuacji dużo bardziej niewygodnej niż to miało miejsce w roku 1990. W istocie, stanowi to wodę na młyn Andrzeja Leppera i wiatr w jego żagle. I wiatr ten wieje tym gwałtowniej im większa jest bezsilna furia jego przeciwników. Atakuje bowiem zastany układ bez ogródek i zahamowań, albowiem zdaje sobie sprawę, że trafia tym samym w nastroje szerokich rzesz społecznych.
Histeryczna obrona tego status quo do niczego dobrego doprowadzić nie może. Nawet jeśli Platforma i jej sojusznicy osiągną "sukces" w postaci znaczącego udziału w podziale mandatów w przyszłym Sejmie, to ten sukces będzie tylko odwleczeniem zmian, jakie są konieczne. Może uda im się spowodować, że w przyszłym Sejmie partia Leppera nie przekroczy 30% i będą w stanie zmontować koalicję, która nie dopuści go do przejęcia władzy. Będzie to jednak tylko gra na zwłokę.
Jedynym wyjściem z tej nieprzyjemnej sytuacji byłaby zmiana ordynacji wyborczej do Sejmu i wprowadzenie JOW. Jeszcze przed laty, kiedy po raz pierwszy o tej propozycji usłyszał, Andrzej Lepper ogłaszał się zwolennikiem takiego rozwiązania. Rozumiał bowiem, że jest to sposób na uderzenie w status quo. Później jednak zdał sobie sprawę, że dla haseł populistycznych znacznie lepsze możliwości stwarza partyjny system wyborczy i postanowił pójść sprawdzoną historycznie drogą wykorzystywania niezadowolenia społecznego i sytuacji kryzysowych. Mija już 15 lat od Okrągłego Stołu i Polacy czekają na jakąś zasadniczą zmianę. Jedyną partią, w której nie ma nikogo z ludzi "starego rozdania", jest Samoobrona i to daje jej wyjątkową szansę w rozgrywce partyjnej. Natomiast w JOW potrzebne jest zupełnie co innego: potrzebni są ludzie budzący zaufanie osobistym autorytetem w swoich okręgach wyborczych. Samoobrona takich ludzi nie ma, jej szanse są, w takim konkursie, mizerne. Oczywiście, takich ludzi nie ma też i Platforma Obywatelska ani żadna inna z obecnie działających na scenie politycznej partii. Dowiodły tego wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Ale tacy ludzie w Polsce są i trzeba umożliwić ich wyłonienie. Tylko taki ruch może liczyć na obudzenie nadziei Polaków na rzeczywistą zmianę i tylko taki ruch może postawić tamę populizmowi i demagogii.

(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM)
Jerzy Przystawa
Wyświetlony 5676 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.