sobota, 02 październik 2010 13:06

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

 

Najwyższy Czas (nr 50/2003) przedrukowuje fragment tekstu z bliżej mi nieznanego miesięcznika "Charaktery", poświęconego nieskazitelnej postaci redaktora naczelnego Gazety Wyborczej: "Adam Michnik to niezwykła inteligencja.

Niepojęty błysk w głowie. Inteligencja z dziecięcą łatwością łącząca odległe od siebie rzeczy i myśli po to, by tworzyć nowe, błyskotliwe [och, jakże błyskotliwe... ? S. L.] idee. Michnik uwodzi świat [mnie na przykład nie bardzo ? S. L.] swoją inteligencją. Mnie (i nie tylko mnie) w każdym razie uwiódł, i to nie raz. Był czas, kiedy myślałem, że ta niespotykana inteligencja i błyskotliwość po prostu się marnuje. Dziś wiem, że nie [...] Choć dla wielu ludzi inne strony czy cechy Adama Michnika [np. tolerancja dla odmiennych opinii, poparcie dla przejrzystości w polityce, niezaprzeczalny urok osobisty? ? S. L.] są ważniejsze, dla mnie nie ma ważniejszej niż ta właśnie niepojęta krystaliczna inteligencja. Ta rabinacka zdolność do tworzenia syntez, wymyślania alternatyw [np. albo przystąpienie do Unii Europejskiej albo słowiański grajdoł? ? S. L.], tworzenia paradoksów i budowania przewidywań. Jeśli czegoś mi żal, to tego tylko, że inteligencję Michnika dobrze znają salony (i to, niestety, nie wszystkie), a pewnie lepiej byłoby, gdyby znały ją sale wykładowe, trybuny [ach, ta meksykańska fala po recytacji "Z dziejów honoru w Polsce ? S. L.] i ludzie z ulicy. Tyle że ? jak widzę ? większość polskich sal wykładowych, trybun i ludzi z ulicy bynajmniej nie potrafi (nie chce?) jej docenić [...] Adam Michnik jest obiektem nienawiści. Nienawiści prostaków, nienawiści antysemitów, nienawiści "kolesiów"". Uff, niech się schowają żywoty świętych ? hagiografia prima sort. Z pewnością można powiedzieć, że autorowi tegoż panegiryku nie jest wszystko jedno... A swoją drogą, Adamowi Michnikowi należałoby złożyć wyrazy współczucia. Nikt bowiem nie jest nas w stanie skuteczniej ośmieszyć, aniżeli zbyt roznamiętnieni poplecznicy.

***
"Gazeta Polska" (nr 49/2003) publikuje znakomity artykuł językoznawcy Pawła Binka, poświęcony ideologii politycznej poprawności. Spośród licznych przykładów, które ukazują spustoszenie poczynione w niektórych umysłach przez tą współczesną wersję orwellowskiego "Newspeaku", najbardziej ubawiły mnie dwie kwestie: 1: Tytuł jednego z coraz liczniejszych polskich pisemek feministycznych, który brzmi ? "Domina. Pismo kobiety samowyzwolonej z terroru męskich bydlęcych złośliwych poniżających godność kobiety strasznych i brudnych rąk". Prawda, że nazwa ta wygląda na efekt podłej intrygi ukutej przez męskie szowinistyczne świnie w celu ośmieszenia "ruchu emancypacji kobiet"? 2: Postulat niektórych fanatycznych adeptek tzw. gender studies (która to pseudonauka, nawiasem mówiąc, coraz częściej zaczyna zdobywać przyczółki na krajowych uniwersytetach), aby zajęcia ze studentami, określane dotychczas z pozoru niewinnym mianem "seminarium", zmieniły swoją nazwę na "ovarium". Po prostu część koleżanek ideowych nieopierzonych jeszcze polskich sufrażystek umyśliła sobie, że wyraz "seminarium" wywodzi się etymologicznie z łacińskiego semen (czyli nasienie). Aby zapewnić zatem językową równość płci i zniwelować maskulinistyczną hegemonię w sferze lingwistycznej, feministki proponują wspomnianą zamianę (jak łatwo odgadnąć, słowo "ovarium" pochodzi od łacińskiego ovum, czyli "jajo"). W tekście Binka znajdziemy szereg innych absurdalnych, aczkolwiek niewątpliwie zabawnych, przykładów politycznie poprawnego słownictwa, jak używanie terminów human animals (ludzkie zwierzęta na określenie ludzi) i nonhuman animals ("nieludzkie zwierzęta" ? na określenie pozostałych "nie-roślin"), nazywanie małych dziewczynek "przedkobietami" (pre-woman), jak również posługiwanie się neologizmem "Zulag" (gra słów, która nawiązuje jednocześnie do wyrazów "zoo" i "gułag"). Póki co, wszystkie te przypadki budzą wśród czytelników zdrowy śmiech. Obłęd political correctness nie ogarnął bowiem jeszcze Polski w stopniu porównywalnym ze Stanami Zjednoczonymi czy Europą Zachodnią. Należy jednak uważać ?intelektualni pałkarze (czy raczej pałkarki) stopniowo zdają się rosnąć w siłę... Być może słowa te niektórym wydają się nadmiernie surowe. Z drugiej jednakże strony trudno nie lękać się osób, które postulują wspomniane wyżej nowelizacje językowe.
***
W wywiadzie dla czasopisma "Res Humana" (5/2003) Józef Oleksy stwierdza, że lewica winna stawiać ochronę konsumenta ponad "konkurencją rynku i rywalizacją ekonomiczną". Cóż to mogłoby być za urocze hasełko wyborcze dla rzeszy konsumentów: "Śpij spokojnie, Oleksy czuwa"... Ze swej strony, jako pełnoprawny konsument, serdecznie jednak prosiłbym szanownego parlamentarzystę, aby zechciał mnie nie ochraniać. Jakoś się bez tego obejdę. W dalszej części numeru diva Sojuszu Lewicy Demokratycznej, senatoressa Maria Szyszkowska ubolewa, że w kraju ciągle niezalegalizowaną pozostaje prostytucja, a przecież taki krok może przynieść dochody dla budżetu państwa. Ech, lewica to nawet kobietom lekkich obyczajów nie odpuści. Trzeba wszak przyznać, że po tzw. legalizacji możnaby przeprowadzić niezwykle efektowną (i, jak podejrzewam, efektywną) kampanię reklamową, której motto brzmiałoby mniej więcej tak: "Obywatelu! Pijąc wódkę, paląc papierosy i korzystając z usług panienek ? ratujesz budżet państwa". To doprawdy genialne remedium na kryzys finansów publicznych.
***
"Gazeta Wyborcza" (nr 292/2003) publikuje artykuł Janusza Ostrowskiego, pracownika naukowego Uniwersytetu Warszawskiego i sygnatariusza osławionego (a raczej niesławnego) "Listu otwartego do europejskiej opinii publicznej", w którym stanowczo odrzuca on "sposób rozumowania, w ramach którego sama konstytucja [europejska ? dop. S. L.] nabiera charakteru kontraktu, zwyczajnej umowy, a więc czegoś z natury rozwiązywalnego ? w przeciwieństwie do religijno-kulturowych wartości wypływających ze wspólnoty dziejowego losu". Słowa te, jako w dużej mierze typowe dla polskich zwolenników akcesji, są znamienne z jednego względu. Trzeba bowiem zauważyć, że w perspektywie Ostrowskiego konstytucja europejska (ergo Unia Europejska) jest traktowana w sposób nieledwie metafizyczny, a rzetelna debata o geopolitycznych i ekonomicznych reperkusjach procesu integracyjnego jest zastąpiona przez niemal mistyczne spekulacje i dywagacje o "wspólnocie dziejowego losu". Do problematyki "budowania europejskiej jedności" nie stosuje się więc właściwego dla relacji kontraktowych rachunku zysków i strat. Co ciekawe, Ostrowski jednocześnie stwierdza, że dyskurs o interesie narodowym cechuje się mgławicowością, emocjonalnością, "metafizyką narodowej jedności" i romantycznym oglądem strefy politycznej. Wolno chyba rzec ? medice cura te ipsum. Nie kto inny, jak właśnie Ostrowski, odżegnuje się przecież od prowadzenia racjonalnej, chłodnej i trzeźwej dyskusji o integracji europejskiej, odwołując się do jakichś mitologicznych formuł.
***
Po jakże satysfakcjonującym fiasku brukselskiej konferencji w sprawie konstytucji Unii Europejskiej, w krajowych mediach rozległ się donośny klangor, wieszczący nadejście do Polski siedmiu plag egipskich wskutek przeciwstawienia się przez rząd planom nowego Trójprzymierza (Francja, Niemcy, Belgia). Bodaj najczęściej (obok upokarzających apeli o unijną mamonę) pojawiał się straszak powstania "Europy a'la carte" lub, inaczej mówiąc, Europy wielu prędkości. Przypomnijmy, że projekt ten przewiduje wytworzenie się w ramach UE tzw. twardego jądra, czyli grupy państw uczestniczących w zacieśnionej integracyjnej współpracy, obejmującej kwestie ekonomiczne i fiskalne oraz politykę zagraniczną i obronną. W kooperacji miałyby uczestniczyć Niemcy, Francja, kraje Beneluksu (i może jeszcze ktoś). Spośród licznych kasandrycznych wypowiedzi gwiazd i gwiazdeczek naszego dziennikarstwa najlepiej utkwiła mi w pamięci relacja Katarzyny Kolendy-Zaleskiej, która zanalizowała to zagadnienie z właściwą sobie przenikliwością, obiektywizmem i umiejętnością kojarzenia faktów... Dziennikarka stwierdziła bowiem najpierw, że powstanie Europy dwóch prędkości oznacza pozostawienie Polski na marginesie rozwojowym, albowiem realizacja tej koncepcji doprowadzi do radykalnego zróżnicowania tempa rozwoju gospodarczego na kontynencie. Podczas gdy kraje "awangardy" (w której Polska oczywiście się nie znajdzie) będą rozwijać się z oszałamiającą szybkością, reszta Europy pozostanie daleko z tyłu. No cóż, wypowiedź jak wypowiedź; mamy tolerancję religijną ? każdemu wolno wierzyć nawet w bajki o żelaznym wilku, a co dopiero w cudowną siłę integracji na unijną modłę. Problem polega wszakże na tym, że dosłownie dwa zdania później pani Kolenda-Zaleska konstatuje, zresztą zgodnie ze stanem faktycznym, że kraje chcące utworzyć "twarde jądro" przeżywają bardzo poważne problemy ekonomiczne... Jak pogodzić świadomość gospodarczych kłopotów Niemiec czy Francji z przekonaniem o "nadświetlnym" tempie ich rozwoju, jeśli kraje te zdecydują się na dalsze pogłębianie integracji, a więc utrzymanie brnięcia w socjalizm ?prawdopodobnie wie to tylko pani Kolenda-Zaleska. Chociaż może przesadzam ? wiedzą to zapewne jeszcze Andrzej Olechowski, Aleksander Smolar, Marcin Święcicki et consortes Ja jednak wolę pozostać przy zasadach arystotelesowskiej logiki, dostrzegając tutaj fundamentalną sprzeczność, nie jedyną zresztą w prointegracyjnym dyskursie.
***
"Gazeta Wyborcza" (nr 296/2003) przytacza wypowiedź posła Jarosława Kaczyńskiego, który podczas debaty budżetowej raczył zaprotestować przeciwko obniżeniu dotacji dla partii politycznych, dzieląc się z tzw. Wysoką Izbą refleksją, że ewentualna redukcja pieniędzy dla naszej ukochanej klasy politycznej wręcz zmuszałaby rzeczoną do korupcji. Warto koniecznie zapamiętać, jak to "prawicowy" Kaczyński stwierdza, że bieda (a zresztą, jaka tam bieda...) zmusza ludzi do złodziejstwa. Zawsze wydawało mi się, że argumentacja usprawiedliwiająca przestępczość materialnymi warunkami egzystencji, a nie brakiem zasad moralnych, należy do tradycyjnego arsenału lewicy. Mimo takich wypowiedzi, prezes PiS na pewno w dalszym ciągu będzie uważał się (i, co gorsze, będzie powszechnie uważany w opinii publicznej) za przedstawiciela prawicy. Tymczasem lewicowość Prawa i Sprawiedliwości zdecydowanie wykracza poza wąsko rozumiane sprawy gospodarcze, quod erat demonstrandum.
***
W nawiązującym do tradycji i doktryny chrześcijańsko-demokratycznej piśmie "Znaki Nowych Czasów" (nr 7) Paweł Gospodarski dowodzi: "Odnosi się chyba słuszne wrażenie, że zarówno administracja państwowa, jak i gospodarcza (przedsiębiorstwa) zaczynają upodobniać się do gangów. Tak naprawdę jedyna różnica miedzy gangiem a urzędem lub firmą polega tylko na tym, że urząd lub firma działają w interesie publicznym, a gang we własnym. Ich metody działania różnią się wprawdzie, ale niewiele". Pozostawiając na boku budzące dość poważne wątpliwości tezy dotyczące sfery gospodarczej, warto zauważyć, że prawdopodobnie wśród czytelników "Opcji na Prawo" istnieje silny konsensus, iż urzędnicy państwowi w dzisiejszej Polsce najczęściej działają w interesie własnym bądź też w interesie grupek lobbystycznych, a znacznie rzadziej w interesie publicznym, realizując ideę dobra wspólnego. Czy więc III Rzeczpospolitą można nazwać państwem gangsterskim? W świetle przytoczonej definicji ? jak najbardziej. Praktyka społeczno-polityczno-ekonomiczna także zdaje się potwierdzać takową ocenę.
***
W "Dziś" Mieczysława F. Rakowskiego (nr 12/2003) mieszkająca na stałe w Szwecji młoda wilczka feministycznego nurtu doktryny socjaldemokratycznej Magda Manwaring w wyraźnie aprobatywnej tonacji informuje czytelników, że w owym pięknym skandynawskim kraju, Mekce zwolenników państwa opiekuńczego, publiczne szkoły zalecają wychowankom podejmowanie "współżycia przed ślubem z różnymi friends". Zalecenia takowe stanowią, jak wolno mniemać, integralny element szkolnego curriculum. Cóż, widmo krąży po Europie, widmo postępu. A u nas intelektualiści ciągle walczą z obskurantyzmem i klerykalizmem.
***
Była Rzecznik Praw Obywatelskich profesor Ewa Łętowska zauważa z przekąsem w "Newsweeku" (nr 51-52/2003): "Specjaliści prawa ubezpieczeń notują zjawisko dobrze wróżące ich branży: ludzie nie chcą się godzić z tym, że nikt nie odpowiada za pewne rodzaje szkód i ryzyka. Temu m.in. należy przypisywać bujny rozwój ubezpieczeń i wzbogacenie listy nieszczęśliwych wydarzeń, od których można się ubezpieczyć [...] Przekonanie, że państwo i prawo powinny zapewnić wolność od ryzyka towarzyszącego naszemu życiu, jest uniwersalnym znakiem naszej epoki". Czyżbyśmy wkrótce mieli do czynienia z prawdziwie egzotycznym sojuszem ? Ewa Łętowska i znany przeciwnik instytucji ubezpieczenia Janusz Korwin- -Mikke wstępujący razem na barykady i rozpoczynający antyubezpieczeniową krucjatę? Bez wątpienia taka koalicja byłaby w dzisiejszych czasach bardzo użyteczna.
***
Tygodnikowi "Wprost", w chwilach wolnych od apoteozowania Jana Kulczyka i jego czcigodnej połowicy oraz portretowania ich niemal jako Adamów Małyszów wolnorynkowej ekonomiki, zdarza się zamieszczać całkiem interesujące artykuły. W numerze 51-52/2003 Aleksander Piński pisze o George'u Sorosu i jego biznesowych przedsięwzięciach. Starego Liberała najbardziej ubawiła zmiana poglądów "filantropa", która zaszła w ostatnich latach. Soros miał m.in. wypowiedzieć następujące zdanie: "Kapitalizm ze swoją niepewnością jest źródłem wielu ludzkich tragedii". No proszę, jak to strata 1/3 majątku wskutek nietrafionych inwestycji potrafi zmodyfikować światopogląd jednostki... Czyżby jednak, jak mawiał Marks, byt określał świadomość (przynajmniej w przypadku Sorosa)? W tym samym numerze pisma możemy przeczytać, co były kanclerz Niemiec Helmut Kohl myślał o obecnym prezydencie Francji Jacquesie Chiracu, zwierzając się swojemu współpracownikami po dyplomatycznym spotkaniu: "Ależ ta trąba mnie irytuje". Nie wiem, jak Państwo, ale ja po przeczytaniu tejże wypowiedzi nabrałem do Kohla znacznie większej dozy sympatii niż dotychczas.
***
Od dobrych kilku lat w polskich czasopismach, tak lewicowych, jak i prawicowych, trwa istny festiwal myśli ideologa rosyjskiego eurazjatyzmu Aleksandra Dugina, motywowany tak względami intelektualnymi (antyamerykanizm zawsze modny), jak i zwykłą ciekawością poznawczą. Osobiście poglądy Dugina zawsze wydawały mi się zgoła nudnawą mieszanką rosyjskiego tradycjonalizmu, popłuczyn po doktrynie niemieckiej rewolucji konserwatywnej, antyglobalistycznych frazesów i zwykłego absurdu. Jako dowód na ten ostatni aspekt myśli duginowskiej mogę przedstawić, zamieszczoną we "Frondzie" (nr 31), wypowiedź czołowego euroazjaty na temat przegranej słynnego duetu Tatu w konkursie Eurowizji. Otóż zdaniem Dugina, osobą bezpośrednio odpowiedzialną za zwieńczenie niepowodzeniem aspiracji duetu jest... Zbigniew Brzeziński, w którego imieniu łapówkę jurorom wręczył sam... George Soros. Wynika z tego, że Soros w chwilach wolnych od spekulacji, "filantropii", walki z obmierzłym kapitalizmem i pomstowania na George'a W. Busha (zresztą po części zasadnego) zajmuje się także ustawianiem wyników konkursu Eurowizji. Prawdziwy człowiek Renesansu... Pytanie o wartościowość wywodów Dugina w świetle wysuwania przezeń takich sugestii pozostaje dla mnie ciągle bez satysfakcjonującej odpowiedzi.
***
W lewicowym (a właściwie precyzyjniej byłoby powiedzieć: lewackim) kwartalniku "Bez Dogmatu" (nr 58) Piotr Szumlewicz dowodzi, że jednym z podstawowych celów lewicy jest osiągnięcie emancypacji "od wszelkich form represji, niezależnie od tego, czy dotyczy ona robotników, homoseksualistów, kobiet czy jakichkolwiek innych pokrzywdzonych grup społecznych". Mam jednak poważne wątpliwości, czy faktycznie deklarowane zamierzenia autorów kwartalnika są zgodne z rzeczywistością. Czy lewacy chcieliby uwolnić od represji przedsiębiorców, niejednokrotnie z premedytacją niszczonych przez organy państwa? Czy chcieliby wyemancypować zwykłego szarego obywatela spod tyranii jakiegoś domorosłego urzędniczego dyktatorka, od którego zależy choćby uzyskanie pozwolenia na budowę? Czy chcieliby zapobiegać (albo chociaż nie pochwalać i nie dotować z publicznych pieniędzy ? nie żądajmy za wiele...) dokonywanemu w imię tzw. wolności sztuki poniżaniu uczuć religijnych katolików poprzez, np. zanurzanie ikony Maryi w urynie czy masturbację nad krucyfiksem? Przypuszczam, że wątpię. Jestem natomiast przeświadczony, że lewica uwielbia wybierać sobie grupy społeczne, którym gotowa jest nadać uprzywilejowany status "prześladowanych". W zależności od kontekstu mogą to być Palestyńczycy lub Żydzi, rolnicy w krajach Trzeciego Świata lub broniący protekcjonizmu ekonomicznego rolnicy zachodni, krzywdzona przez wraży kapitalizm wielkoprzemysłowa klasa robotnicza lub ignorowani obrońcy środowiska naturalnego. W każdym razie, emancypacyjne hasła lewicy zawsze są selektywne. Zauważmy na marginesie, że wspominany numer kwartalnika obfituje w liczne ciekawe opinie. Ot, dla przykładu taka konstatacja Andrzeja Dominiczaka: "Jan Paweł II odrzuciłby świat, w którym nie ma biedaków lub jest ich garstka, gdyż świat taki zagraża wpływom, potędze i interesom finansowym kościoła. Bezrobotni otrzymujący godziwe zasiłki, ich rodziny i dzieci nie potrzebują kościoła [...] Kościół bez głodnych i biednych nie przetrwa". Wydawać by się mogło, że prawdziwości tej tezy przeczyłby przykład niezwykle religijnych (choć czasami w dość oryginalny, niestereotypowy i dziwaczny sposób) Amerykanów. To wszystko jednak tylko pozory. W tej Ameryce, panie dzieju, przecież bida z nędzą. Starsi czytelnicy "Opcji na Prawo" pamiętają pewnie, jak to nasza zgrzebna PRL musiała wysyłać do USA śpiwory w ramach akcji pomocy tamtejszym bezdomnym. Poza tym niespecjalnie przepadając za stricte gospodarczą warstwą nauki społecznej Kościoła Stary Liberał musi przyznać, że doprawdy potrzeba wyjątkowej intelektualnej hucpy, aby zakładać, iż Jan Paweł II z satysfakcją spogląda na istnienie na świecie nędzy, gdyż fakt ów pozwala mu na utrzymanie wpływów Kościoła.
***
Tomasz P. Terlikowski przybliża ("Arcana", nr 53) sylwetkę australijskiego "bioetyka" Petera Singera. Zapoznajmy się więc z kilkoma szczególnie oryginalnymi supozycjami tegoż, które stanowią zapewne jego twórczy wkład w dziedzinie refleksji etycznej: "Argumenty za niejedzeniem ryb są o wiele silniejsze od argumentów przeciwko aborcji"; "Dzieci ludzkie nie rodzą się ani samoświadome, ani zdolne do uchwycenia swego istnienia w czasie. Nie są osobami" (a zatem rodzice mogą zupełnie swobodnie podejmować decyzje o uśmierceniu noworodka); "Jeśli chodzi o dzieciobójstwo, nasza kultura powinna uczyć się od innych, szczególnie teraz, gdy [...] musimy ograniczać liczebność rodziny". Zwłaszcza to ostatnie zdanie jest prawdziwą perełką.
Stary liberał
Wyświetlony 8045 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.