niedziela, 03 październik 2010 21:10

Ostatnia wioska

Napisane przez

Pogranicze Gujany i Brazylii. Pięćdziesiąt lat temu okolica ta roiła się od tubylców z plemienia Wai Wai. Do naszych czasów Indianie ci w większości wymarli albo zostali wybici przez garimpeiros. Pozostała reszta stopniowo porzuca dzikie życie w dżungli. Młodzi przenoszą się na łono cywilizacji, a tam prawie natychmiast tracą plemienną tożsamość i toną w morzu bezimiennej biedoty. Dzikich Wai Wai przetrwało niewiele ponad dwustu. Dzikich, czyli takich, którzy wciąż jeszcze żyją w kulturze pierwotnej: groty do swoich strzał wyrabiają z połupanych kamieni; cięciwy łuków z trzewi i ścięgien tapira; drewniane ostrza dzid utwardzają w ognisku; jadają wyłącznie to, co da im tropikalny las, i unikają kontaktu ze światem zewnętrznym. Tylko ich stroje coraz częściej pochodzą z importu.



Ostatni dzicy Wai Wai wiedzą sporo o naszej cywilizacji. Słyszeli opowieści, trochę widzieli na własne oczy. Znają nawet pieniądze. Tyle że w ich świecie są one całkowicie nieprzydatne.
Do najbliższego sklepu musieliby najpierw płynąć czółnem, a następnie iść piechotą w sumie kilkanaście dni. W jedną stronę! Co ja mówię "sklepu", to nawet nie jest porządny stragan ? ot, drewniana szopka wielkości szafy, ustawiona na pograniczu dwóch światów ? dżungli i cywilizacji. Cywilizacja dostarcza tam, od czasu do czasu, niewielki asortyment plastikowej tandety Made in China, a Indianie przynoszą suszone mięso upolowanych zwierząt oraz wędzone ryby. Handel jest wymienny. Papierowe pieniądze przyjmowane są jedynie w drodze absolutnego wyjątku.
Wyruszając na wyprawę do Wai Wai-ów wiedziałem o tym i byłem przygotowany wymieniać towar za towar. Tuż po przybyciu do ich wioski postanowiłem kupić łuk, strzały, przepaskę biodrową oraz kilka innych artykułów pierwszej potrzeby. Chciałem w ten sposób zyskać przychylność Indian. Biały, czyli gringo, który ubiera się tak jak oni wzbudza szacunek. Oddałem więc ubranie, które miałem na sobie w zamian za tubylcze stroje i ozdoby.
Łuk był mi niezbędny jako atrybut męskości ? bo tylko baby i dzieci nie noszą broni. Nawet mali chłopcy robią sobie łuki-zabawki i nigdy się z nimi nie rozstają. Potem wynająłem szałas, kupiłem zapas żywności oraz zapewniłem sobie usługi dwóch najlepszych tropicieli dzikiej zwierzyny.
Niestety, trochę przeszarżowałem z hojnością i teraz wszyscy chcieli ze mną handlować, a mnie wkrótce zabrakło przedmiotów na wymianę. Bezradny zaproponowałem pieniądze. Wówczas przekonałem się, ile są warte w dżungli.

Indianie wyznaczali ceny w rodzaju: "jeden pieniądz", "dwa pieniądze". Nie liczyły się nominały, tylko SZTUKI. Banknot był przedmiotem ? podobnie jak haczyk na ryby albo maczeta. Nie miał wprawdzie żadnej wartości użytkowej, ale ładnie wyglądał i można go sobie było pooglądać.
Zawartość mojego portfela zamieniła się nagle w wygniecione papierki z obrazkami. A pośród nich najmniej warte okazały się dolary USA ? na nikim nie robiły wrażenia, bo w dżungli, wszystko jest zielone jak dolary. W dodatku przy pocieraniu szorstkim paluchem dolary brudzą, więc Indianie doszli do wniosku, że zapleśniały i są zepsute.
Na szczęście miałem także dolary Made in Guyana. Na światowym rynku walutowym warte niewiele i z każdą sekundą coraz mniej, ale u Wai Wai-ów dużo lepsze od amerykańskich, bo kolorowe! Wtedy po raz pierwszy w życiu przekonałem się, że są jeszcze na Ziemi takie miejsca, gdzie pieniądze się nie liczą. W świecie Indian walutą jest praca, sól, żelazne groty do strzał, noże, siekiery, strzelby. A ja mam zawsze przy sobie jeszcze coś...

(?)
Wojciech Cejrowski
www.ccc.art.pl
Wyświetlony 6001 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.