niedziela, 03 październik 2010 21:16

Wszystko już było

Napisane przez

Od lat z ust większości polityków naszego kontynentu płyną nieprzerwane strumienie kojących serca słów o wspólnym europejskim domu, budowie wielkiej ojczyzny bliskich sobie narodów, unii bez granic. Można odnieść wrażenie, że każdy mówca, pragnący być postrzegany jako mąż stanu, trzyma się zasady, by nie wypowiedzieć dłuższego zdania, które nie zawierałoby nawiązania do europejskiej integracji i świetlanej przyszłości, jaką ona oznacza. Codzienność takiej frazeologii, sączącej się z konferencji, spotkań i wtórujących im relacji mediów, wywołuje wrażenie, że na naszych oczach spełnia się marzenie pokoleń.

Czyżbyśmy rzeczywiście byli tymi, którym dane będzie żyć w świecie bez narodowych egoizmów, konfliktów, nieufności i obaw o dążenia sąsiadów? Minione epoki, w przeciwieństwie do wizji roztaczanych przez najgłośniejszych polityków Europy, jawią nam się jako otchłań straszliwych wojen, wrogości i nieszczęść, wśród których nikomu nawet do głowy nie przychodziły pomysły w rodzaju zniesienia granic czy międzynarodowego parlamentu.
A przecież hasła zjednoczenia kontynentu grzmiały głośno także w czasie, gdy zbierały się nad nim gradowe chmury. Zapewnienia o przyjaźni i dobrych intencjach niezliczoną ilość razy padały ze strony tych, którzy w rzeczywistości przygotowywali się do łupieżczego najazdu. Bywało, że frazesy o budowie europejskiej wspólnoty głoszono ze wszystkich stron na moment przed największymi tragediami w dziejach.
Już rok po zjeździe gnieźnieńskim następca Ottona III ? Henryk II ? rozpętał trwającą 17 lat wojnę, w czasie której łupił Polakom Śląsk, a Chrobry nie pozostawał mu dłużny, opanowując południowe ziemie cesarstwa ? aż po Łabę. Krzyżacy, dokonując w XIV w. eksterminacji ludności Gdańska i Kujaw głosili, że ich celem jest "utrwalenie chrześcijaństwa na Wschodzie". Nie tak dawno nasza strona polsko-niemieckiej komisji podręcznikowej przyjęła pogląd, według którego teutoński zakon "pełnił też zachodnią misję cywilizacyjną". Ideę "Stanów Zjednoczonych Europy" Henry Feugueray podnosił w czasie, gdy "Święte Przymierze" topiło we krwi Wiosnę Ludów. Krótko przed wojną francusko-pruską Wiktor Hugo, w artykule pt. "Przyszłość", wyrażał przekonanie, że wiek XX będzie stuleciem szczęśliwości całego kontynentu. Mimo że w wizji autora "Nędzników" nastąpić miało zjednoczenie wszystkich narodów, ich wspólną stolicą miał być, oczywiście, Paryż. Trudno się tu oprzeć wrażeniu, że nawet najszlachetniejszy internacjonalizm musi być jednak podszyty naturalną zasadą, że wśród wszystkich bliskich ? niektórzy są nam "bliżsi". Tak jak i w każdej grupie równych prędzej czy później okazuje się, że niektórzy są "równiejsi". Obecne tendencje w Unii Europejska nie są tu żadnym wyjątkiem.
Podpisanie paktu reńskiego w Locarno w 1925 roku francuski minister spraw zagranicznych Aristide Briand podsumował jako "otwarcie nowej ery współpracy międzynarodowej i początek Stanów Zjednoczonych Europy". Nie pierwszy i nie ostatni raz najpiękniejszymi słowami okraszano cyniczny plan, który tym razem miał otworzyć drogę do rewizji granic ? przede wszystkim Niemiec z Czechosłowacją i Polską. A wszystko odbywało się przy wtórze zachwytów szefa MSZ Francji (najważniejszego wówczas sojusznika Polski!) nad "budującym lepszą przyszłość kontynentu" niemieckim mężem stanu ? Gustavem Stresemannem. Nawet komitet przyznający mu pokojową nagrodę Nobla w 1926 roku nie dostrzegał, że konsekwentne podważanie granic w sercu kontynentu, choć przeplatane pełnymi humanizmu oracjami, prędzej czy później doprowadzi raczej do wojny, niż utrwalenia pokojowego ładu.
Czytelnicy prozy Irwina Shawa (a także widzowie ekranizacji jego powieści w reżyserii Edwarda Dmytryka) są czasem zaskoczeni tym, że hitlerowscy oficerowie rozmawiają z paryżankami ? poderwanymi po wkroczeniu wermachtu do ich miasta ? o zjednoczeniu Europy! Bohaterowie "Młodych lwów" są przekonani, że właśnie urzeczywistnia się uniwersalistyczna idea wspólnej, wielkiej ojczyzny. Nie jest to tylko literacka fikcja, lecz raczej zapis dość powszechnego stanu umysłów. W 1941 r. Leon Degrelle przemawiał do żołnierzy Legionu Walońskiego, wyruszającego na front wraz z armią Hitlera: "Nie możemy pozostać bezczynni, gdy miliony synów Europy biegną do ataku. Walczymy o Europę będącą naszą wielką, wspólną ojczyzną". Nie jest przypadkiem, że w większości krajów podbitych przez Trzecią Rzeszę powstały oddziały ochotników pragnących walczyć u jej boku.
Rzecz jasna, kraje cywilizowane nie uważają już wojny za dobre narzędzie polityki. Pogląd o "przestarzałości" wojen upowszechnił się zwłaszcza wśród tych, którzy wielkie wojny rozpętali i na koniec stali się ofiarami własnych agresji. Minęły też czasy, w których siła militarna stanowiła podstawę potęgi. Jej miejsce zajęła gospodarka wraz ze zdolnością ekonomicznej ekspansji. Dzięki temu te same cele można osiągać zachowując walor całkowicie odmiennej estetyki.
(?)
Artur Adamski
Wyświetlony 4592 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.