czwartek, 11 listopad 2010 17:04

Ideologia podlotka

Napisane przez

W związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu Europejskiego (planowanymi na kwiecień 2004 roku) media zaczęły się zastanawiać nad listami, które miałyby w tych wyborach startować. Oprócz partii istniejących od dłuższego lub krótszego czasu (w przypadku Polski raczej krótszego) w wyborcze szranki stanąć mają ugrupowania jeszcze na naszej scenie politycznej nie znane. Pochopnie przed szereg wystąpiło Stowarzyszenie "Ordynacka", mające być politycznym zapleczem prezydenta Kwaśniewskiego. Jednak zostało szybko skarcone przez związanych z tym środowiskiem polityków SLD, aby nie stawało się konkurencją dla "przewodniej siły narodu", przynajmniej jeszcze nie teraz. O diety europosłów walczyć chce też nowa partia, reprezentująca nurt praktycznie zupełnie nowy w Polsce. Tym ugrupowaniem są Zieloni 2004.

W Polsce dotąd ugrupowania "zielone" nie odgrywały prawie żadnej roli. Owszem, istniały takie partie, jak Zieloni RP czy Polska Partia Zielonych, ale były to ugrupowania raczej tylko i wyłącznie ekologiczne, nie mające w swym programie innych celów ważnych dla europejskich zielonych. Często bardziej przypominały nurt prawicowo-ekologiczny (tak, coś takiego istnieje!), reprezentowany w Niemczech przez Ekologiczną Partię Demokratyczną, będącą odłamem... chadeków. Ich wpływy w Polsce były zresztą minimalne. Partia, której nazwa świadczy wyraźnie o chęci zdobycia kilku stołków w Strasburgu, nawiązuje bezpośrednio do ruchu zielonych z Europy Zachodniej. Podkreśla to m.in. chęcią bycia "partią przodu", w przeciwieństwie do partii lewicy czy prawicy (jest to nawiązanie do podobnie brzmiącego stwierdzenia Joschki Fischera, przewodniczącego niemieckich Zielonych).
Aby zrozumieć, dlaczego to ugrupowanie powstało dopiero teraz i dlaczego nie można traktować go jak kolejnej nic nie znaczącej plamki na polskiej mapie partyjnej (w stylu nowej próby jednoczenia poprzez podział polskiej centroprawicy pana Macieja Płażyńskiego czy poszukiwania prawdziwego socjalizmu w "Nowej Lewicy" Piotra Ikonowicza), należy poznać genezę ruchu, z którego się zrodziło. Cofnijmy się więc do lat sześćdziesiątych poprzedniego wieku.

Szczypta historii
Były to lata bardzo burzliwe. W Wietnamie trwała wyczerpująca wojna, we Francji rządził silną ręką gen. De Gaulle, w Niemczech dorastało pierwsze pokolenie nie splamione zbrodniami nazistowskimi, nie rozumiejące, dlaczego przyszło mu żyć w podzielonym kraju i z piętnem zbrodniarzy. Znudzonej młodzieży, żyjącej w państwach dobrobytu, bardzo łatwo było zaszczepić nową ideologię. Bunt przeciwko nie rozumiejącym ich dorosłym, zajętym zarabianiem pieniędzy oraz zwalczaniem niewinnych komunistów w Azji (za spopularyzowanie mitu, że USA było agresorem podczas wojny w Wietnamie, a nie sprzymierzeńcem armii południowowietnamskiej, zachodnie media po dziś dzień nie przeprosiły i nie mają zamiaru przeprosić) przejawiał się w negowaniu wszelkich podstaw życia społecznego. Wrogiem stał się więc nieludzki system gospodarczy ? kapitalizm ? wyzyskujący robotników i w imię zysku mordujący rousseaussowskich "dobrych dzikusów", oraz rodzina, zniewalająca człowieka i nie pozwalająca mu na swobodny rozwój osobowości. W Niemczech doszedł do tego faszyzm, będący synonimem wszelkiego zła. System rządzący w Niemczech utożsamiany był z rządami NSDAP. Wielka koalicja rządowa, złożona z socjaldemokratów, chadeków i liberałów jawiła się jako "nowy rok '33". Wynikało to z tego, że młodzi znali faszyzm już tylko z podręczników szkolnych i opowiadań rodziców (student z roku 1967 mógł urodzić się najwcześniej pod koniec wojny). Nie wiedzieli więc, że totalitaryzm jest znacznie groźniejszy, niż im się wydawało. Ruch hippisowski, popierany przez różnej maści pedagogów i psychologów (np. dr B. Spock czy prof. T. Leary) zataczał coraz szersze kręgi. Jak zwykle goniąca za sensacją prasa i telewizja były mocno zainteresowane nowym ruchem, dzięki czemu zyskiwał on coraz większy rozgłos. Jedynie w latach 1967/68 osiem artykułów tytułowych niemieckiego tygodnika "Der Spiegel" było poświęconych studenckiej opozycji pozaparlamentarnej. Zastrzelenie 2 czerwca 1967 roku podczas demonstracji niemieckiego studenta Benno Ohnesorga spotęgowało poczucie, że "oni" (czyli starzy) są po przeciwnej stronie barykady niż "my" (młodzi).
Rok 1968 był kulminacją rozruchów. Najostrzejsze formy przybrały one we Francji, gdzie w maju demonstracje przybrały formę niemalże rewolucji. Doszło do starć z policją i skrajnie prawicowymi grupami młodzieżowymi (w rozruchach brał udział np. dzisiejszy przywódca francuskich liberałów, Alain Madelin), podpaleń gmachów publicznych, samochodów. Choć rebelia wyglądała na spontaniczną akcję młodzieży, była jednak wspierana (i w zasadzie kierowana) przez ugrupowania komunistyczne i anarchistyczne. Manifestanci nie kryli się ze swoimi poglądami, dzierżąc wysoko czerwone flagi oraz wizerunki Ernesta "Che" Guevary i Mao Tse Tunga.
Na szczęście premierowi Georgesowi Pompidou udało się rozprawić z rebelią, która nie powstrzymana, mogłaby nieodwracalnie zachwiać systemem demokratycznym w zachodniej Europie, co na pewno byłoby na rękę Związkowi Radzieckiemu. Niestety, nie obyło się bez ofiar śmiertelnych.
Walka zielonych z systemem w Niemczech, znacznie bardziej przypominała akcje dziewiętnastowiecznych anarchistów, aniżeli komunistów podczas rewolucji październikowej. Poza demonstracjami wspierali oni także lewackich terrorystów z takich organizacji, jak np. "Frakcja Czerwonej Armii" (RAF ? Rote Armee Fraktion) czy "Komórki Rewolucyjne". Pierwsza z organizacji "wsławiła" się m.in. porwaniem przewodniczącego związku pracodawców Schleyera w 1977. Wsparcie od młodych rewolucjonistów otrzymali także palestyńscy terroryści, którzy uprowadzili i zamordowali izraelskich sportowców podczas olimpiady w Monachium. Ulrike Meinhof, jedna z przywódczyń RAF, napisała z więzienia w Kolonii, w którym była osadzona, długą notatkę dotyczącą tego wydarzenia, w której twierdziła, że był to "przykładny atak rewolucyjny", będący "jednocześnie antyimperialistyczny, antyfaszystowski i internacjonalistyczny". Swoją drogą, antyizraelskiego nastawienia niemieckich rewolucjonistów nie da się sprowadzić do negowania syjonizmu i współczucia wobec Palestyńczyków. Niemiecki historyk Gerd Koenen uważa (i myślę, że warto mu wierzyć, gdyż jako były lewacki aktywista zna bardzo dobrze mentalność ówczesnego "zielonego" środowiska), że wynikało ono z chęci odcięcia się od przeszłości swojego narodu, który jeszcze przez wiele lat będzie się kojarzył z okropnościami drugiej wojny światowej. Na przeszkodzie zapomnienia shoah stały ofiary hitleryzmu, czyli właśnie Żydzi. Przeszkodę tę trzeba było więc usunąć, mordując izraelskich sportowców lub podkładając 9 listopada 1969 roku bombę pod centrum gminy żydowskiej w Berlinie Zachodnim, w rocznicę nocy kryształowej. Zamach ten, na szczęście, się nie udał. Myślę, że problem młodych lewaków mógłby zostać znacznie prościej rozwiązany ? wystarczyłoby parę wizyt u psychologa.

(?)
Wyświetlony 7082 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.