piątek, 12 listopad 2010 11:15

Śniadanie na Jukatanie

Napisane przez

W tropiki jeżdżę od 18 lat, zwiedziłem 50 krajów świata, a wciąż zapytany o najpiękniejsze miejsce na ziemi, odpowiadam - półwysep Jukatan w Meksyku.

Śniadanie kolonialne

Do Meridy przyleciałem wcześnie rano, zanim miasto poderwało się ze snu. Ruszyłem więc wprost do hotelu. Wybrałem taki, który mieścił się w starej kolonialnej zabudowie, przyległej do placu centralnego. Właściciel twierdził, że pięćset lat temu to był dom Corteza ? konkwistadora i zdobywcy Meksyku. Mury z kamienia, drewniane podłogi, kolumny podpierające belkowane stropy.
Domostwo było ułożone w kwadrat wokół patio ? wewnętrznego ogrodu. Powietrze pachniało słodko, bo właśnie owocowały krzewy ananasa. A obok kilka palm bananowych, migdałowce i kwitnące drzewa pomarańczy. Wybrałem pokój na pierwszym piętrze. Okno wychodziło na zewnątrz budynku, na ulicę, a podwójne przeszklone drzwi na antresolę od strony patio. Hotelowa muchacha (służąca) przyniosła mi kawę, trzy owoce mango i poranną gazetę. Bambusowy stolik i fotel wystawiła z pokoju na antresolę, żebym mógł przy śniadaniu cieszyć się słońcem i obserwować ogród pode mną. Dokładnie naprzeciwko drzwi od mojego pokoju miałem koronę drzewa pomarańczy obsypaną kwiatami.
Zachwycony usiadłem w fotelu i wtedy na wprost mojej twarzy zobaczyłem pierwszego w życiu kolibra. Wisiał w powietrzu i spijał nektar.Wtedy zakochałem się w Meksyku po raz pierwszy. Dopiero po miesiącu pobytu na Jukatanie trochę się przyzwyczaiłem do tego, że człowiek sobie siedzi, pije kawę albo czyta gazetę, a w jego pobliżu latają kolibry, owocują ananasy, papaje i banany.
Śniadanie karaibskie
Z Meridy pojechałem na wybrzeże karaibskie, do wioski Playa del Carmen. Turkusowe, ciepłe morze, piasek bielusieńki i miękki jak mąka, ogromne różowe muszle wyrzucone na brzeg (nikt ich tu nie zbiera, bo po pierwsze, jest ich pełno, a po wtóre, ważą po trzy kilo), a za plecami szeleszczące gaje palmowe. Idylla. Tylko czasami przerywa ją głuche BUM! ? to dojrzały kokos ląduje twardo na ziemi.
Wybrałem jeden z kilku hotelików zbudowanych wprost na plaży. Bambusowe paliki wbija się głęboko w piach, jeden przy drugim, i tak powstają ściany. Potem nakrywa się tę konstrukcję strzechą z palmowych liści, wstawia lampkę oliwną, zawiesza hamak i pokój gotowy.
Są oczywiście wersje bardziej luksusowe z podłogą wyłożoną kafelkami, z normalnym łóżkiem, łazienką i elektrycznością, ale wszystkie łączy jedno: z pokoju wychodzi się wprost na plażę, a kiedy człowiek rano otwiera drzwi, widzi morze odległe zaledwie o piętnaście kroków.
Siedząc na przyzbie takiego domku, obserwując wschód słońca i kolorowe łodzie rybaków, zakochałem się w Meksyku po raz drugi.W takich chwilach nawet największy patriota myśli, że nie chce wracać do domu.
Na śniadanie poszedłem do kafejki zbudowanej na dachu czyjegoś domu. I znów siedziałem na wysokości korony drzewa, tylko że tym razem była to palma kokosowa, a muchacha obok kawy i gazety postawiła przede mną pokrojony owoc papai skropiony sokiem z limonów.

(...)
Wojciech Cejrowski
www.ccc.art.pl
Wyświetlony 7110 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.