piątek, 12 listopad 2010 15:05

Kłamstwo aborygeńskie (i nie tylko)

Napisane przez

Tak się składa, że na kontynencie australijskim mam wielu kolegów i przyjaciół - od dziennikarzy oraz historyków (w tym wypadku nie wymienię żadnych nazwisk) po tzw. szarych ludzi. Jednym z nich jest Zbyszek Koreywo – były żurnalista polonijnego "Tygodnika Polskiego".

Od razu wyjaśniam, dlaczego "były". Kilka tygodni temu w polsko-australijskim "Typolu" doszło do zamachu stanu. Redakcyjną władzę przejęli polityczni "poprawnisie" z p. Józefą Jarosz na czele ? katoliczką, jak zaświadcza zainteresowana, od czasów co najmniej Bolesława Chrobrego. Zamach poparł p. Janusz Rygielski, prezes Rady Naczelnej Polonii Australijskiej. Pan ów stwierdził ("TP",11.06.2003) w iście pytyjski sposób, że "media etniczne są analizowane i władze australijskie informowane są o prezentowanych tendencjach politycznych" (potwierdza to, oczywiście, tezę o "nieistnieniu" cenzury w przybranej ojczyźnie Mela Gibsona). Domyślam się, że w tym konkretnym przypadku chodzi, między innymi, o krytykowanie przez krnąbrnych dziennikarzy "Typola" antypolskich tendencji przeżerających, na przykład, Australijczyków... maltańskiego pochodzenia. W każdym razie teraz jest już "po ptakach", co uświadamia nam flagowy artykuł p. Mariana Kałuskiego, pomieszczony w zweryfikowanym ("odnowionym") "Typolu" z rzeczonego 11 czerwca AD 2003. Cóż, p. Kałuski niczym Aleksander Kwaśniewski optuje (co prawda bezpiecznie, bo z dalekiej Australii) za naszym szczęściem w Unii Europejskiej. Mówiąc poważnie: "wykończono" jedno z najodważniejszych i najbardziej pryncypialnych pism polonijnych na świecie. Została forma (logo itd.), uszła wraz z p. Grażyną Walendzik et consortes nieskażona konformizmem treść. Oczami wyobraźni widzę pracowników ambasady RP w Australii zacierających z radości spotniałe postkomunistyczne tudzież "uniowolnościowe" rączki.
Powróćmy jednak do tematu zasygnalizowanego w tytule. Wymieniony Zbyszek Koreywo, twardy przeciwnik politycznej poprawności, popełnił był kiedyś artykuł, w którym opisał przypadek pewnego australijskiego polityka twierdzącego, że szanowni Aborygeni nie wynaleźli koła. Oczywiście, miejscowa lewica z wprawą "white pointera" (żarłacza-ludojada) rozszarpała "rasistę" na strzępy. Nikogo nie obchodziło, że tubylcy rzeczywiście nie mieli zielonego pojęcia o kole. No bo ? cytując Koreywę ? "nie o prawdę tu chodzi w tym całym szaleństwie i właśnie prawda jest pierwszą ofiarą politycznej poprawności".
Niewątpliwie Aborygeni są obecnie australijskimi "świętymi krowami". Zdecydowana większość miejscowych badaczy przeszłości podkreśla ich szlachetność, pokojowe nastawienie i gehennę, jaką zgotowali tym uprzejmym ludziom występni biali osadnicy. Szczególnie odnosi się to do rdzennych Tasmańczyków, którzy w XIX wieku podobno zostali celowo wytępieni przez kolonistów.
Zajmijmy się bliżej tą sprawą. Już w 1948 r. Clive Turnbull pisał w książce "Black War", że "polityka eksterminacyjna nie odnosiła się tylko do nazistowskich Niemiec [ale i do Australii ? DR]". Kilkadziesiąt lat później jego słowa potwierdziła Lyndall Ryan w pozycji "The Aborigines of Tasmania". Napisała, że Tasmańczycy byli ofiarami świadomej polityki ludobójstwa (genocide). Podobnie uważają Lloyd Robson oraz Rhys Jones i Tom Haydon. Ci ostatni w pracy "The Last Tasmanian" jasno dali do zrozumienia, że podbój Australii był "holokaustem dokonanym przez niemiłosiernych Europejczyków".
Wszystko byłoby cacy, ale oto w historycznym światku Australii pojawia się Keith Windschuttle z wydaną rok temu w formie tomu pierwszego książką "The Fabrication of Aboriginal History: Van Diemen's Land, 1803-1847", w której mocno podważa główne tezy głoszone przez współczesnych naukowców. Windschuttle, dodajmy, w dużym stopniu oparł swoje sądy na wcześniejszych pracach, w tym na książce klasyka tematu i naocznego świadka wydarzeń, Jamesa Erskine Caldera ("The Native Tribes of Tasmania").
Przede wszystkim zauważył, że w walkach na Tasmanii zginęło więcej białych niż tubylców (187 do 118; w czasie kolonizacji wyspy liczba Aborygenów dochodziła zaledwie do dwóch tysięcy). Autor podważył również pogląd, że tubylcy toczyli świadomą "wojnę narodową" z Europejczykami. Przecież dla tych prymitywnych nomadów pojęcie "narodowego celu" musiało być czystą abstrakcją. Windschuttle twierdzi, że rdzenni Tasmańczycy byli ludem raczej agresywnym. Dokonywali okrutnych rajdów na izolowane farmy, nadziewali na włócznie bezbronne kobiety i dzieci. Pomimo tego znajdowali wielu obrońców, tak w tasmańskim rządzie, jak i wśród kolonistów.

(?)
Dariusz Ratajczak
Wyświetlony 4399 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.