sobota, 13 listopad 2010 12:51

Sprywatyzować Pegaza

Napisane przez

"Problematyka finansowania kultury w Polsce jest niezwykle wdzięcznym tematem wielu konferencji i sympozjów, na których mądre głowy zajmują się głównie biciem piany i biadoleniem nad faktem niedofinansowania owej szczytnej dziedziny życia.

W takiej atmosferze osoba postulująca odciążenie budżetu z wydatków na kulturę skazuje się na ostracyzm, a nawet przyrównanie do barbarzyńskich talibów, którzy w pył roznieśli buddyjskie rzeźby w Bamjanie. Ba, podczas zeszłorocznej debaty w Muzeum Narodowym premier Leszek Miller stwierdził, że "kultura jest naszym zbiorowym obowiązkiem" i "nie można jej pozostawić mechanizmom rynkowym". W tym momencie jakikolwiek sensowny dyskurs na temat sposobów rozwiązania problemów związanych z finansowaniem działalności kulturalnej przestaje mieć rację bytu. Warto jednak pokusić się o kilka obrazoburczych analiz i propozycji.

Polski model finansowania kultury i kierunki zmian
Pomimo przemian ustrojowo-gospodarczych w roku 1989 i odejścia od supermecenatu państwa w kulturze, sektor publiczny pozostaje nadal głównym aktorem w tej dziedzinie. W 2000 roku publiczne wydatki na kulturę wyniosły ok. 2,5 miliarda złotych (73 zł per capita), co stanowi 0,41% produktu krajowego brutto. Środowiska artystyczne biją na alarm, twierdząc, że owe wydatki są zatrważająco niskie w porównaniu do unijnych. Trudno nie przyznać im racji, w najbardziej zetatyzowanych krajach piętnastki sytuacja kształtuje się następująco: Dania ? 216 euro per capita, Francja i Szwecja ? 200 euro per capita. Polska, aby godnie prezentować się jako członek Unii Europejskiej, będzie musiała dogonić w kategorii publicznych wydatków na kulturę najbiedniejsze kraje wspólnoty (Hiszpania ? 60 euro per capita). Jak to wpłynie na poziom obciążeń podatkowych, chyba nie muszę tłumaczyć.
Przeważająca część wydatków związana jest z ochroną dziedzictwa narodowego oraz sztuką widowiskową (teatrem, tańcem, muzyką). W ostatnich latach można zauważyć wzrost środków kierowanych na promowanie sztuki współczesnej, trend ten jest charakterystyczny dla krajów z północy Europy. Nie można zapomnieć, oczywiście, o dotacjach przekazywanych na rzecz instytucji kultury, które stanowią bardzo znaczącą część funduszy przeznaczanych na kulturę. Poruszając problem instytucji kultury, warto wspomnieć o funkcjonowaniu owych podmiotów, które przypomina czasy słusznie minione. Najbardziej absurdalny jest fakt, że gros placówek kulturalnych to zakłady budżetowe, a więc tym samym nie mają żadnej motywacji, by szukać pozapublicznych środków finansowania, gdyż przychody ze źródeł prywatnych pomniejszają dotację publiczną w roku następnym.
Jak już wcześniej wspominałem, ewentualna integracja z Unią Europejską będzie się wiązała ze wzrostem wydatków na kulturę jak również z reorganizacją systemu finansowania kultury. Możemy się spodziewać dalszej decentralizacji rozdysponowywania funduszy, wzrostu znaczenia instytucji typu quangos (skrót od quasi-nongovernmentals), będących pośrednikami między ministerstwami kultury a instytucjami kultury. Kolejny prawdopodobny kierunek zmian to rozwój finansowania pośredniego, w tym rozwiązań o charakterze fiskalnym.
Bardzo znaczącego wzrostu wydatków można oczekiwać w zakresie bezpośredniego wspierania artystów w formie stypendiów, grantów na podróże, dotacji na projekty artystyczne i tzw. work-grants. Interwencjonizm będzie sięgał zapewne jeszcze dalej i luminarze polskiej kultury będą promować takie pomysły, jak zapewnianie minimalnych dochodów młodym artystom, finansowanie honorowych emerytur, dopłacanie do korzystnych pożyczek dla artystów czy tworzenie specjalnych funduszy na zakup materiałów. Ba! Któż nie poprze skopiowania programów działających w Holandii, gdzie wprowadzono karty redukujące lub zwalniające z opłat wstępu do muzeów, galerii, etc. Za pieniądze podatników można również, wzorem Włoch, organizować przedstawienia i koncerty w miasteczkach i wsiach. Niektóre kraje unijne wpadły na tak wspaniałe pomysły, jak gwarancje cen oraz zakup dzieł przez państwo.

"Kulturalny" fiskalizm
Przypuszczam, że duża część rodaków z wielką chęcią przystałaby na przytoczone przeze mnie rozwiązania, a przedstawiciele świata kultury byliby wprost wniebowzięci. Ja widocznie jestem mało kulturalnym człowiekiem i bacząc na obecny sposób zarządzania funduszami i promowania działalności artystycznej, gorąco wspieram pomysł daleko posuniętej komercjalizacji kultury. Barbarzyństwo?
A nie uważacie państwo, że dobra sztuka obroni się sama? "Upaństwowiony" talent więdnie ? stwierdziła kiedyś Margaret Thatcher. W istocie, obserwując sytuację w kraju, możemy zobaczyć, jakie "talenty" promują państwowe instytucje kulturalne. Katarzyna Kozyra biega z przyklejonym fallusem, Julita Wójcik obiera ziemniaki, Jacek Markiewicz dokonuje aktu defekacji, a wszystko okraszone jest pseudointelektualnym bełkotem. Aby uniknąć nieporozumień, muszę kategorycznie zaznaczyć, że generalnie nie przeszkadza mi fakt, iż pani Kozyra się "kulturalnie" masturbuje, byleby nie odbywało się to za publiczne pieniądze.
Zarządzanie pieniędzmi to równie ważka kwestia w kontekście finansowania działalności kulturalnej. W ostatnich latach mieliśmy okazję obserwować radosną działalność Funduszu Promocji Twórczości, którego główną funkcją, jak się wydaje, było rozpraszanie środków publicznych.
Niezwykle interesująca była sprawa zakupu przez ZASP obligacji Stoczni Szczecińskiej. Jak wiadomo, Związek Artystów Scen Polskich w pewnej części jest finansowany z publicznych dotacji i wielką ciekawostką jest, jaki interes w kupowaniu obligacji śmieciowych miał prezes Kazimierz Kaczor.
Sztandarowym przykładem, w jaki sposób mogą funkcjonować w Polsce instytucje typu quangos, jest Instytut Adama Mickiewicza, który zatrudnia kilkadziesiąt osób, a średnia pensja pracowników owej placówki grubo przewyższa pięć tysięcy złotych. Większość państwowych instytucji pośrednictwa w Polsce jest siedliskiem nepotyzmu, a tym samym obfitującym we frukty źródłem synekur dla przyjaciół i towarzyszy.
Prawie 80 milionów złotych jest wydawanych każdego roku na utrzymanie świetlic, klubów i domów kultury, które są typowym reliktem poprzedniej epoki, a sensowność ich istnienia jest podobna, jak w przypadku izb wytrzeźwień. Równie ciekawa jest kwestia dotowania książek i czasopism. Departament Książki i Departament Kultury Mniejszości Narodowych przyznał w latach 1997-2001 grubo ponad 40 milionów złotych różnym wydawnictwom (czytaj: tym propagującym jedynie słuszne ideologie).

Krzysztof Nestor Kuźnik


 
Wyświetlony 5338 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.