Wydrukuj tę stronę
niedziela, 28 listopad 2010 14:16

Łzy w deszczu

Napisał

Każda kultura, niezależnie od tego, jak bardzo skupiona byłaby na teraźniejszości, nie może obyć się bez choćby mglistych wizji swojego początku i ostatecznego końca ? raju i apokalipsy. A ponieważ każda przekonana jest o swej absolutnej wyższości nad innymi, nie dopuszczając myśli, że zbudowany przez nią z wysiłkiem budowla i leżące u jej podstaw wartości mogą być tymczasowe, dlatego też swój początek i koniec uważa za początek i koniec świata.

 

Z perspektywy czasu tego rodzaju notoryczne utożsamianie własnej, lokalnej kultury z całością rzeczywistości i przekonanie, że upadek tej pierwszej oznaczać będzie rozpad całego kosmosu, może wydawać się w równym stopniu wyrazem naiwności, co pychy. Doskonale wiemy, że świat nie skończył się ani wraz z upadkiem Babilonu, ani Aten, ani Rzymu, ani Konstantynopola, ani Świętego Cesarstwa Rzymskiego, Królestwa Francji czy III Rzeszy, a sam kres ludzkich imperiów często dokonuje się bez fajerwerków i potrafi ciągnąć się latami, niezauważony przez tych, którzy dawno już nie pamiętają ich wielkości. Istnieje więc spore prawdopodobieństwo, że dzisiejsze i jutrzejsze budowle również rozsypią się niezauważone, przechodząc do sfery mitów i bajek. Upadnie Europa, upadnie Ameryka, koniec czeka też zapewne Chiny, ale z tego powodu niebo nie zawali nam się na głowy. A jeśli już miałoby się zawalić, to żadne ludzkie siły tego nie powstrzymają, a żadne prognozy nie przewidzą.

Cywilizacje, kultury i imperia giną, nie doczekawszy apokalipsy, którą przewidziały dla siebie i świata. Miało się zakończyć hukiem, a otrzymaliśmy jedynie pobrzękiwanie dzwoneczków i grzechotek. Ta powtarzająca się w dziejach mała apokalipsa może robić wrażenie na garści historyków, emocjonalnie związanych z badanymi zabytkami, jednak oglądana z dystansu nie bulwersuje bardziej niż papierowa śmierć bohatera ulubionego romansu. Zresztą podglądanie ludzi w chwili klęski czy powszechnego zagrożenia nie jest pouczające ? zawsze zachowują się tak samo. Zamiast obserwować ich śmierć, lepiej zbadać, jak radzili sobie z nią za życia, budując misterne konstrukcje mające albo wyjaśnić im, skąd przychodzą, kim są i dokąd dążą, albo ? co bardziej perwersyjne ? uchronić ich przed zaprzątaniem sobie głowy takimi problemami.

Każda kultura, tak jak każdy człowiek, ma swój sposób na to, aby radzić sobie z początkiem i końcem. Z jednej strony sposób ów wydaje się zależeć od akceptowanych wartości, ale z drugiej przecież to właśnie owe wartości zależą od tego, jaki sposób okiełznania własnego świtu i zmierzchu się wybierze. A ponieważ wybór tego czy innego sposobu również zdeterminowany jest przez jakieś wartości, od razu widać, że otwiera się oto przed nami obszar wdzięcznych spekulacji prowadzących do regresu w nieskończoność lub błędnego koła ? tych dwóch zabawek, dzięki którym filozofia za dar nieśmiertelności musi płacić bezpłodnością. Nie wkraczając w to urokliwe teoretyczne grzęzawisko, można zauważyć, że to, kim się jest i dokąd się zdąża, zależy w dużej mierze od tego, skąd się przychodzi. Kres w pewnym sensie jest funkcją drogi, która została do pokonania: na pytanie Alicji, jak mogłaby dostać się gdziekolwiek, kot z Chesire odparł, że z pewnością tam dotrze, jeśli będzie szła dość długo. Jeśli zaś gdziekolwiek oznacza miejsce, w którym już jesteśmy, wówczas liczy się to, skąd rozpoczął się marsz i kto nam pokazał drogę.

                (...)

Wyświetlony 2116 razy
Damian Leszczyński

Najnowsze od Damian Leszczyński

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.