wtorek, 07 grudzień 2010 00:24

Trzecia władza

Napisane przez

Często przeze mnie przywoływany profesor Andrzej Zybertowicz, dyrektor Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, jest jednym z nielicznych socjologów polskich, który w lot pojął, jakie znaczenie dla Polski miałoby wprowadzenie okręgów jednomandatowych w wyborach do Sejmu i nie tylko. Wiedzy tej się nie wstydzi i stara się ją przekazać innym.

W marcu gazeta "Rzeczpospolita" opublikowała dwa jego ciekawe teksty: "Demokracja w sieci" ("Rz." z 5 marca) i "Wstrząs kontrolowany" ("Rz." z 8-9 marca). Wynika z nich, że tzw. proporcjonalna ordynacja w wyborach do Sejmu jest niczym głaz, który przygniata Rzeczpospolitą i nie pozwala nam poruszyć się ani w prawo, ani w lewo, ani nawet swobodnie oddychać. W tej sytuacji odrzucenie tego głazu, wprowadzenie JOW, jest warunkiem koniecznym i pierwszym. I tak ten postulat sytuuje uczony socjolog. Idzie jednak dalej i przedstawia następne kroki, jakie powinniśmy, po uwolnieniu, zrobić, a więc czy iść w lewo, czy w prawo, jak pokonać przeszkody? Innymi słowy prof. Zybertowicz stwarza coś w rodzaju "Pakietu dla Polski" i temu właśnie poświęcony jest drugi z wymienionych artykułów.
Ten artykuł wywołał wiele wypowiedzi polemicznych i krytyk, niekiedy, bardzo surowych. Ciekawą jest rzeczą, że te polemiki i krytyki prawie nie wspominają o pierwszym i najważniejszym postulacie Zybertowicza, lecz koncentrują się na dalszych, w szczególności na bardzo kontrowersyjnym postulacie abolicji dla osób, które wzbogaciły się bezprawnie naszym kosztem. Abolicja ta jednak nie ma dotyczyć sędziów i jak pisze autor: "By pakiet dla Polski zadziałał, z szerokiej abolicji i legalizacji majątków musi być wyłączone jedno środowisko, które musi być poddane radykalnej czystce. Chodzi o środowisko mające być ostoją prawa i Rzeczypospolitej ? sędziów".
Za ten abolicyjny pomysł Zybertowicz zbiera cięgi i nie mam zamiaru go bronić, bo sam potrafi to zrobić lepiej ode mnie. Poza tym i mnie też ta propozycja bynajmniej nie zachwyca. Pozwolę jednak sobie na komentarz wobec bezpardonowej krytyki, z jaką wystąpił prof. Lech Gardocki, pierwszy prezes Sądu Najwyższego, na łamach "Rzeczpospolitej" w artykule zatytułowanym "Naprawdę jesteśmy trzecią władzą" ("Rz." z 31 marca br.).
Pierwszy Prezes SN i profesor prawa w jednej osobie ze swadą wielkiego publicysty, posługując się metaforami największych pisarzy, od Jarosława Haszka po Izaaka Babla, wykpiwa i miażdży ironią propozycję profesora socjologii. Tekst skrzy się racami dowcipnych uwag, ale istota argumentu zawarta jest już w samym tytule artykułu. "W ramach konstytucji i państwa prawnego czystki w środowisku sędziów zrobić się nie da. Nawet zmiana konstytucji niewiele by pomogła... My po prostu... jesteśmy naprawdę trzecią władzą, niezależnie od tego, co jeszcze, dla zbawienia ojczyzny wymyślą profesorowie socjologii".
Jak z tego wynika, ta Trzecia Władza ani się nie przejmuje, ani nie ma zamiaru przejmować się tym, co o niej piszą nie tylko profesorowie socjologii, skoro nawet zmiana konstytucji też by ją mało obeszła. W tym sensie Trzecia Władza stanowi wyjątek wśród pozostałych władz Rzeczypospolitej, gdyż podobnie dobrego samopoczucia nie wykazuje ani parlament, ani rząd, ani nawet media publiczne, prasa, radio i telewizja. Wszystkie te władze wobec kryzysu państwa i ogólnego niezadowolenia społecznego spuszczają głowy i, obojętnie czy szczerze czy też nie, godzą się z poglądem, że niewesoła w końcu sytuacja kraju nie jest bez ich winy. A tu, proszę, jak w sławnym skeczu Kabaretu "Dudek" z Kobuszewskim, Michnikowskim i Gołasem: "Jasiu, powiedz panu, co on może mi zrobić?". Tylko tym razem, Władza sama mówi, co my jej możemy zrobić, nie uciekając się do pośrednika.
Jest powszechnie wiadome, że nasza Trzecia Władza przeciążona jest ogromem pracy ponad ludzką miarę. W sądach leżą góry spraw, których pewnie nikt nigdy nie rozstrzygnie, bo zakończą się albo przedawnieniem, albo wymrą podsądni. Nikt już nie wierzy, że zakończy się skazaniem kogokolwiek największy skandal sądowy Rzeczypospolitej, tzw. afera FOZZ. Na moich półkach stoją rzędy segregatorów spraw sądowych, opisanie których niejednemu sędziemu odebrałoby apetyt. Już zdaje się na setki czy nawet tysiące liczyć trzeba sprawy wygrane przez obywateli polskich przed Międzynarodowym Trybunałem w Strasburgu, w wyniku których wszyscy płacić musimy za nieudolność i niewydolność Trzeciej Władzy. Są to sprawy ogólnie znane, które, jak widać, nie psują dobrego humoru Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. Wspominam więc o nich jedynie dla porządku.
Parę lat temu opisałem historię p. Stanisława Rutkowskiego, ofiarnego, dzielnego i zasłużonego podziemnego drukarza i kolportera stanu wojennego, więźnia politycznego PRL, który mimo ogromnych zasług nie stał się beneficjentem transformacji ustrojowej, tylko zajął się pracą na roli we wsi Kaszyce Wielkie pod Wrocławiem. Rutkowski, w listopadzie 1996 roku, pracując na polu w towarzystwie dwójki swoich nieletnich dzieci, został napadnięty przez trzech drabów z sąsiedztwa i dotkliwie pobity. Co więcej, napastnicy złożyli doniesienie na policji, że to właśnie Rutkowski ich pobił, a nie oni jego. Dla każdego, kto cokolwiek wiedział o Stanisławie Rutkowskim, rzecz była czystym nonsensem, ale wymiar kafkowski uzyskała, gdy do sprawy włączył się Sąd Rejonowy w Trzebnicy, kierując Stanisława Rutkowskiego, ojca sześciorga dzieci, na przymusowy pobyt w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym i to akurat wtedy, kiedy najwięcej pracy w polu i w gospodarstwie. Dzięki wielkiemu wysiłkowi i obrońców, i interwencjom społecznym, sprawa, po perypetiach zakończyła się szczęśliwie i Stanisław Rutkowski do szpitala psychiatrycznego nie trafił, a oskarżenie zostało oddalone. Rutkowskim udało się jakoś uchylić przed ciosami, jakie jest w stanie niewinnemu człowiekowi zadać Trzecia Władza.
Pani Barbara Sarapuk, emerytowana nauczycielka akademicka Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, ma przeszłość poniekąd podobną do Stanisława Rutkowskiego. Poznałem ją w październiku 1981 roku, kiedy to, na polecenie Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność przy Akademii Ekonomicznej, pojechała na słynny strajk w Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu. Codziennie, późną nocą, biegła na dworzec kolejowy, aby przekazać, poprzez obsługę pociągów odjeżdżających do Wrocławia, najświeższe wiadomości ze strajku. Kiedy ogłoszono stan wojenny, Barbara Sarapuk natychmiast przystąpiła do podziemnej roboty, oddając wrocławskiemu podziemiu usługi najzupełniej unikalne i chyba nieporównywalne z nikim innym. Opanowała technikę drukarską i niestrudzenie, z najwyższą ofiarnością, drukowała niezliczone pisma podziemne Wrocławia: "Z dnia na dzień", "Solidarność Walczącą", "Jutrzenkę", "Replikę", "Biuletyn Dolnośląski", "Wiadomości bieżące", "Świt" ? ona sama już nie pamięta, co jeszcze. Drukowała, rozwoziła, kolportowała, ukrywała, karmiła. Nikt, kto to widział, nigdy nie zapomni rąk Barbary, czarnych od farby drukarskiej, nie poddających się żadnym manikiurom. Podobny wygląd przedstawiało jej mieszkanie, na wysokim piętrze wrocławskiego wieżowca.
W grudniu 1982 roku Barbarę aresztowano, po wielkiej wsypie "Solidarności Walczącej". Prokurator zażądał 4 lat, tyle orzekła Trzecia Władza owego czasu, ale wyrok skróciła amnestia. Jednakże po wyjściu z więzienia Barbara Sarapuk nie zaprzestała swego niecnego procederu, spotykały ją więc szykany władzy, kolegia i konfiskaty mienia. Skonfiskowano jej samochód, który pozostawiony na policyjnym parkingu przez rok, prawie zapadł się w ziemię. Kiedy powiały nowe wiatry i władza złagodniała, ten nie nadający się już do żadnego użytku, rozgrabiony złom samochodowy, oddano jej, nakazując zapłatę za... całoroczny parking!
Wolna i Niepodległa Rzeczpospolita nie wynagrodziła w żaden sposób Basi Sarapuk jej trudu. Ona sam też nie ubiegała się o jakiekolwiek odszkodowania, nie kandydowała do żadnych władz, nie uczestniczyła w triumfalnym pochodzie nowej "Solidarności". Jest osobą samotną, bezdzietną, niestety jej zdrowie przedstawia wiele do życzenia. Ze swojej siedemsetzłotowej emerytury przygarnia innych nieudaczników, takich jak ona: jakiegoś wyrzuconego psa, jakieś bezpańskie koty. Kiedy wraca do domu po dyżurze w Biurze Ruchu na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, schodzi na dół i karmi piwniczne koty, choćby dlatego, że bardziej podobają jej się koty niż szczury. 14 lutego 2002 do Sądu Grodzkiego dla Wrocławia Śródmieście z Komisariatu Policji Wrocław Stare Miasto wpłynął wniosek o ukaranie Barbary Sarapuk. Obwiniono ją o to, że 15 lipca 2001, o godzinie 20.00, dokonała uszkodzenia szyby w oknie piwnicznym. Szkodę wyceniono na 11 złotych i 17 groszy (słownie: jedenaście złotych i siedemnaście groszy). Dokumentacja tego niesłychanego wykroczenia (nota bene, Barbara Sarapuk zaprzecza, żeby uszkodziła jakąś szybę, ale pomińmy to na razie) jest obszerna: akta sprawy liczą już około 50 stron, policyjne notatki służbowe, raporty, wywiad środowiskowy, przesłuchania świadków, urzędowe kosztorysy budowlane. W informacji urzędowej z Krajowego Rejestru Karanych Ministerstwa Sprawiedliwości jest napisane, że Barbara Sarapuk nie figuruje w Kartotece Karnej. Wynika z tego, że jej przestępstwa podziemne zostały już wspaniałomyślnie wybaczone i zatarte.
O swoim wykroczeniu i długotrwałym dochodzeniu policyjnym, o stratach, jakie w wyniku jej przestępczego działania poniosła spółdzielnia mieszkaniowa, Barbara Sarapuk, dowiedziała się dopiero w sądzie. Chociaż do winy się nie poczuwa, pomimo tego, że do bogaczy nie należy, gotowa była wyrównać tę stratę spółdzielni i zapłacić 11 złotych 17 groszy, bo same przejazdy do sądu, tam i z powrotem, więcej ją kosztują. Jednakże machiny sprawiedliwości, uruchomionej przez Trzecią Władzę, tak łatwo zatrzymać się nie da! Na ostatniej rozprawie, w dniu 18 marca br., zapracowany Sąd III Rzeczypospolitej doszedł do wniosku, że musi koniecznie poddać Barbarę Sarapuk... obserwacji psychiatrycznej.
I ja to nawet rozumiem. Kiedy Staszek Rutkowski i Basia Sarapuk drukowali w piwnicach gazetki i ganiali z nimi po Polsce, wówczas ludzie normalni i rozsądni pukali się w głowę i uważali ich za wariatów. Unikała jednak takiego osądu sprawy tamta władza, zamykała nas do wiezienia, by potem wypuszczać, ogłaszając kolejne amnestie, ale nie wysyłała do psychuszek i nie kierowała na psychiatryczną obserwację. Dzisiaj, kiedy ktoś z przeszłością Stanisława Rutkowskiego czy Barbaray Sarapuk w niewyobrażalnym trudzie i biedzie usiłuje utrzymać, wychować i wykształcić sześcioro dzieci lub choćby tylko przeżyć z siedmiuset złotych emerytury, musi być psychicznym dewiantem. Naprawdę, Panie Pierwszy Prezesie Sądu Najwyższego, jesteście Trzecią Władzą, niezależną, nikomu nie podległą i przez nikogo nie rozliczaną. Możecie wielokrotnego mordercę puścić wolno, a uczciwego, porządnego człowieka wsadzić do więzienia albo zamknąć w szpitalu psychiatrycznym. Profesor Zybertowicz nie ma racji. Niech jak najprędzej zapomni o tym głupim pomyśle z abolicją. Niech się zatrzyma na postulacie JOW. Może wprowadzenie do naszego życia publicznego zasady indywidualnej, osobistej odpowiedzialności spowoduje, że postanowienie art. 4 ust. 1 Konstytucji, stwierdzające, że w Rzeczypospolitej Polskiej władza zwierzchnia należy do Narodu, przestanie być martwą literą, a Polska stanie się krajem przyjaznym ludziom uczciwym i ofiarnym, a nie tylko "towarzystwu" aferzystów, spekulantów i złodziei.

Jerzy Przystawa


 

(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 24 kwietnia 2003)

 
Wyświetlony 6979 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.