wtorek, 07 grudzień 2010 00:48

Degrelle - narodowy socjalista

Napisał

Do niedawnej debaty na temat Degrelle'a ("OnP" nr 13-15) pragnę dorzucić kilka uwag i przede wszystkim kilka ciekawych cytatów tego narodowego socjalisty.

Degrelle, jak przystało na socjalistę i jednocześnie ekonomicznego ignoranta, skupiał się więcej na retoryce, a nie na wyjaśnieniach, jak ma wyglądać jego zdaniem porządek gospodarczy. Niemniej możemy u Degrelle'a odnaleźć ewidentne akcenty socjalistyczne. Łukasz Kluska twierdzi, że Degrelle głosił hasła antyklasowe i antysocjalistyczne. Wypadałoby wyprowadzić autora z błędu.
Hasła klasowe odznaczają się tym, że mówią o wojnie klas, a w przypadku socjalistów, takich jak Hitler, Ikonowicz, Degrelle czy też Stalin, dotyczy to rzekomej walki między klasami kapitalistów i robotników (wolnorynkowcy także mówią o wojnie klas, aczkolwiek dzielą społeczeństwo na klasy w sposób właściwy: korzystający z podatków ? wyzyskiwacze ? oraz płacący podatki ? wyzyskiwani). Różnica między faszystami a komunistami polegała na tym, że zamierzali tę wojnę wyeliminować na różne sposoby. Komuniści chcieli wymordować posiadaczy kapitału (a nie zlikwidować kapitał), natomiast narodowi socjaliści, w tym także Degrelle, opowiadali się za scentralizowaniem całości gospodarki do form korporacyjnych. A oto i słowa Degrelle'a na ten temat: "Hitler chciał nie tylko zakończyć wojnę klas, ale także odtworzyć priorytet ludzkiego bytu, sprawiedliwości i szacunku, jako głównego czynnika produkcji" (kursywy moje). "Kapitał był tylko instrumentem. Praca była zasadniczym elementem: ludzka siła, ludzki honor, krew, muskuły i dusza". Widzimy zatem, że jak przystało na socjalistę, Degrelle idzie w stronę laborystycznej teorii wartości.
W rozumieniu porządku gospodarczego nie ma konfliktu klas i tylko takie podejście może zostać uznane za "antyklasowe". Klasy, owszem, funkcjonują w społeczeństwie, jednakże linia napięcia występuje nie przy podziale na pełnione funkcje ekonomiczne, ale przy sposobie pozyskiwania tytułów własności. W systemie wolnorynkowym każdy człowiek ma prawo do życia, wolności i własności. Wszelkie stosunki, w które wchodzą jednostki, muszą być wpasowane w ten trójkąt. I właśnie dlatego nie ma na rynku sztywnego podziału na klasy, a ludzie mogą swobodnie wybierać zawody i dysponować swoimi umiejętnościami oraz własnością. Zatem nie może być mowy o wojnie klas. Interesy trzech czynników produkcji: robotników (praca), posiadaczy oryginalnych bogactw (ziemia) i kapitalistów (dostarczycieli kapitału) są wspólne. Kooperacja prowadzi do masowej produkcji dla konsumenta. Nikt nikomu nie wyszarpuje zysków, a konkurencja powstaje wewnątrz tych klas. Praca nie konkuruje z kapitałem. Jeśli wzrośnie ilość kapitału, to jest to z korzyścią dla ziemi i pracy, a z niekorzyścią dla pozostałych kapitalistów. Jeśli na rynku pojawia się dodatkowa ilość węgla, to tracą na tym aktualni posiadacze węgla, a wszyscy inni zyskują itd.
Klasy natomiast rodzą się, gdy wybrane jednostki otrzymują wyłączność na łamanie etycznego trójkąta. Gdy dochodzi do złamania czyjegoś prawa do życia, wolności lub własności. Chodzi, oczywiście, kolejno o morderstwo, niewolnictwo i kradzież. Tutaj rodzi się nam podział, który wynika z tego, że w państwie są równi i równiejsi. Ponieważ "krzyżowiec" widział wojnę klas w stosunkach ekonomicznych (z natury dobrowolnych i korzystnych dla stron), to jego punkt widzenia zaczyna się w klasycznym socjalizmie, a nie w ruchu wolnościowym.
Dowodem na to, że Degrelle nie lubił wolnego rynku może być jego wypowiedź na temat konieczności wyjścia z depresji gospodarczej. Jak wiadomo, aby poprawić stan gospodarki, konieczne jest usunięcie właściwie rozumianej walki klas, czyli odejście od interwencjonizmu państwowego poprzez przyjęcie klasycznych postulatów laissez faire. Degrelle komentuje taki stan rzeczy: "Nie wystarczyłoby otwarcie tysięcy zamkniętych fabryk i zapełnienie ich robotnikami. Jeśli dalej panowałyby stare idee, pracownicy raz jeszcze byliby niczym innym tylko żywymi beztwarzowymi maszynami, wymienialnymi między sobą". Widzimy więc wyraźnie, że Degrelle przyjmował walkę klas: kapitaliści kontra robotnicy, jako punkt wyjścia do swoich socjalistycznych poglądów.
Degrelle krytykował związki zawodowe za brak propozycji na walkę z bezrobociem, a konkretnie za "brak planów na szeroko zakrojone roboty publiczne, restrukturyzację industrialną, brak poszukiwań rynku zbytu za granicą". Tak więc do oznak socjalizmu Degrelle’a dochodzi jakże charakterystyczny dla narodowego socjalisty merkantylizm. Degrelle komentował budowę przez Hitlera korporacyjnego państwa i wprowadzanie szeroko zakrojonego etatyzmu w życie (także poprzez unifikację związków zawodowych): "jedna narodowa organizacja wprowadzałaby kolektywną wolę i interes wszystkich niemieckich robotników". Stąd widzimy, że kolektywizm to również ważny punkt w poglądach tego pana.
Poza socjalizmem, kolektywizmem, merkatylizmem, Degrelle, narodowy socjalista, nie mógł pominąć w swojej doktrynie elementów keynesizmu. I tak: "Wielkie projekty publiczne były innym sposobem na zwiększanie zatrudnienia, stymulowanie aktywności przemysłu i odradzania ekonomii". Naprawdę rozumiem, że wtedy keynesizm dopiero zataczał kręgi, ale Bastiat pisał 100 lat wcześniej i pan Degrelle mógł sobie go poczytać przed dojściem do tak pochopnych wniosków. Jeśli jesteśmy już przy keynesizmie, to Degrelle chwalił szeroką akcję "bonów Mefo", które pod egidą państwa rozpoczęły miliardową akcję kredytową, co rzekomo pomogło gospodarce niemieckiej: "te miliardy, owoc połączenia wyobraźni, pomysłowości i bystrości Hitlera oraz Schachta, odrzuciły strachliwość i tymczasowość konserwatyzmu bankierów. Przez następne cztery lata, ta niesamowita rezerwa kredytowa mogła urzeczywistnić cuda".
Oczywiście, Degrelle, jak każdy narodowy socjalista, bronił Hitlera, twierdząc, że to nie jest centralne planowanie i sterowanie gospodarką: "Hitler nie był dyktatorem w kwestiach gospodarczych. Był raczej stymulatorem. Jego rząd podejmował się zadań takich, jakich nie była się w stanie podjąć prywatna inicjatywa". To ostatnie zdanie jest przepiękne ? szkoda tylko, że nic nie wnosi, bo podpiszą się pod nim wszyscy: marksista, liberał, faszysta, socjalista, keynesista, libertarianin, zwolennik państwa minimum itd. Ta zasada króluje zarówno w systemie pełnego wolnego rynku, jak i pełnego socjalizmu. Kwestia leży w wybraniu sobie, co to są te magiczne "zadania". Co do samego podziału "stymulowanie" czy też "dyktatorstwo", traktuję to jako zwykłą retorykę i usprawiedliwianie centralnego planowania.
Degrelle również pisał: "ustalono wielki program fizycznej i kulturalnej edukacji młodych pracowników z najlepszym na świecie systemem szkolenia". Oprócz tego Hitler wprowadził ograniczenia i regulacje na rynku pracy ? na przykład czterdziestoczterogodzinny tydzień pracy wraz ze zwiększeniem urlopów. Jak Degrelle podsumowuje reformy Hitlera? "Robotnicy nie będą wyzyskiwani jak poprzednio". Oto właśnie Leon Degrelle, "krzyżowiec", którego poglądy Łukasz Kluska nazywa "antysocjalistycznymi" i "antyklasowymi".
Ekonomiczna wizja świata jest już dla nas jasna i widzimy, jak dalece różnią się poglądy Degrelle'a od przymiotników, które dopisuje do nich Łukasz Kluska. Teraz możemy przejść dalej w analizie artykułu tegoż autora. Bowiem od razu pojawia się pytanie.
Skoro dołączenie się do nazistów w walce z bolszewikami jest cnotą i skoro prawicowiec stawia na równi faszyzm i komunizm, to czy włączenie się do bolszewików w celu walki z nazistami, też nie powinno przez autora tak być postrzegane? Sytuację można spokojnie odwrócić i powiedzieć "walczyłem u boku Stalina, żeby zwalczyć tych przesyconych nienawiścią rasową i narodową faszystów". "Gdyby nie komunizm, Hitler już dawno spokojnie skolonizowałby całą Europę".
To nie zwykła prowokacja. "Idealistów" można znaleźć również po stronie zbrodniczych bolszewików. Odpowiedzią prawicowca jest obiektywizm: faszyzm i nazizm to zbrodnicze systemy, a osoby z nimi sympatyzujące winny być napiętnowane i krytykowane. Zwłaszcza że bardzo często dostarczają one fałszywych usprawiedliwień dla poczynań największych morderców w historii. Zasłaniają tychże władców, speców od zabijania takimi hasłami jak "obrona cywilizacji", "obrona katolicyzmu", "walka o porządek moralny" itd. Morderców, ich fanów oraz osoby, które im służyły i które się nimi zachwycały, należy jednoznacznie potępiać. Jeśli ktoś walczył u boku Hitlera, to albo był mordercą, albo ślepym mordującym głupcem. Do której grupy należał Degrelle, to już kwestia sporna i możemy dyskutować, jednakże szukanie „ziarenek prawdy” i tego, że niby chciał dobrze, to naprawdę wchodzenie na śliski, lewacki grunt. Jeśli Degrelle nie wiedział, w co się pakuje, to po prostu był głupcem. Faktycznie polemika powinna zostać rozwiązana przez jedno proste pytanie do obrońcy Degrelle'a: czy walka po stronie nazistów przeciwko komunistom to cnota, czy nie?
W recenzji książki, którą zamieścił w "Opcji" Łukasz Kluska, czytamy, że Degrelle „nie popada w bezkrytyczny opis rzeczywistości”. Od razu rodzi nam się pytanie: zauważył, że służył dla jednego z największych morderców w historii? Dowiedział się, ile milionów ludzi zginęło przez wyczyny tego przesyconego nienawiścią potwora? Nie. Jak pisze pan Kluska: Degrelle "wypomina dowództwu niemieckiemu podłe decyzje, które licznych ochotników belgijskich, bez żadnego przeszkolenia wysyłały na front, o cofnięcie których musiał dramatycznie walczyć ze sztabem dowodzenia". Och, i to ma być owo "niepopadanie w bezkrytyczny opis rzeczywistości"? Może jeszcze wytkniemy, że za mało się gimnastykowali?
Nie robią na mnie wrażenia "rycerskie opisy", cytowane w artykule. Na przykład takie jak "czyste oczy moich żołnierzy obmyte poświęceniem", "krystaliczny dar ich idealizmu" itd. Miałem w swoich rękach wiele takich rzeczy napisanych przez satanistów, opisujących w ten sposób czarne msze. Nie przemawia do mnie retoryka i epickość ? mord jest mordem, obojętnie, czy ktoś nadaje mu charakter "wzniosły", "religijny", "cywilizacyjny", czy jakikolwiek rytualny. Ekscytowanie się aktem zła nie może zmienić faktu, że zło jest nadal złem.
Na koniec fragment pana Degrelle: Hitler siedział obok mnie, stał, rozmawiał, słuchał. Niemożliwym stało się wyjaśnienie nakarmionych fantastyką ludziom, że to, co czytali, oglądali w telewizji przez dekady, po prostu nie odnosi się do rzeczywistości (...) [ludzie] nigdy nie widzieli Hitlera, nigdy nie rozmawiali z nim, nigdy nie słyszeli słowa z jego ust (...) Po 1945 Hitler był oskarżony o okrutność, ale ona nie leżała w jego naturze. Kochał dzieci. Zupełnie naturalne dla niego było zatrzymać samochód, aby podzielić się pożywieniem z cyklistami na drodze (...) O północy przerywał swoją pracę, aby nakarmić swojego pieska Blondiego. Nie sięgał po mięso, ponieważ oznaczało ono śmierć żywej istoty. I co jeszcze, panie Degrelle? Może "dobry chłopak był i mało pił"?
Mamy zatem przed sobą następujące równanie. Socjalizm + walka klas + wyzysk robotnika + keynesizm + merkantylizm + antysemityzm + zachwyt nad Hitlerem + walka po stronie Hitlera + centralne planowanie. Jakie jest rozwiązanie? Jak dla mnie aż nazbyt oczywiste. To nazizm, Drodzy Państwo. A ja, podobnie jak Indiana Jones, nazistów nienawidzę. Tak samo jak komunistów. I wolę się zachwycać fikcyjnym archeologiem, który doskonale wie, co jest dobre, a co złe (i w dodatku został w filmie uznany przez jednego krzyżowca za prawdziwego współczesnego rycerza...).

Mateusz Machaj
Wyświetlony 4424 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.