wtorek, 07 grudzień 2010 10:20

Rysa na lodowcu niechęci?

Napisane przez

Hupka i Czaja to postacie, których działalność elektryzowała mnie już w czasach, gdy byłem przedszkolakiem. Telewizyjna relacja Edmunda Męclewskiego ze zjazdu "rewanżystów" śniła mi się wtedy częściej, niż film z Frankensteinem. A że temat żądań rewizji granic znakomicie budował upragniony przez komunistów klimat "zagrożenia z Zachodu" - opowieści o niemieckich ziomkostwach tworzyły ciągnący się aż do lat dziewięćdziesiątych serial horrorów z wieczornego dziennika.

Potem nagle zastąpiły go informacje o kolejnych wizytach Herberta Hupki w miastach, których przynależności państwowej, jak wiadomo, nie uznawał. A uroczyście przyjmowali go w nich prezydenci, burmistrzowie i wojewodowie. Wydanie przez Oficynę "Rytm" i Instytut Studiów Politycznych PAN książki "Niespokojne sumienie. Wspomnienia" Herberta Hupki w tłumaczeniu Cezarego Króla ? uznałem więc za pojawienie się kolejnej "lektury obowiązkowej" i klucz do rozwiązania zagadki.
Herbert Hupka urodził się w 1915 r. na Cejlonie, w obozie dla internowanych Niemców. Do rodzinnego Raciborza przybył wraz z matką (ojciec zmarł w drodze) rok po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Młodość spędził głównie na Śląsku, choć studia germanistyczne, uwieńczone doktoratem, odbył na uniwersytetach w zachodniej części Niemiec. Reżim hitlerowski stanowił dla niego rzeczywiste zagrożenie. Jego matka była bowiem z pochodzenia Żydówką. W latach czterdziestych została osadzona w obozie koncentracyjnym w Terezinie. W tym czasie jej jedyny syn był żołnierzem wermachtu. Hupka w swej książce kilkakrotnie podkreśla, że wchodził w skład wyłącznie "jednostek tyłowych". Przyznaje jednak, że służbę wojskową pełnił z oddaniem, a nawet starał się w niej wyróżniać. Wynikać to miało nie z przekonania dla sprawy, o którą walczyła jego armia, lecz z pragnienia pomocy prześladowanej matce. Szlak bojowy jego jednostki wiódł przez Bałkany. Wojenne wspomnienia Hupki zamykają się w kilku zdaniach, choć sama podróż z Salonik do Aten w pierwszym roku okupacji Grecji musiała przecież obfitować ogromem niezatartych wrażeń. Jak wiadomo ? tego strasznego pierwszego roku hitlerowskich rządów na Peloponezie nie przeżyły setki tysięcy ludzi. Jednak w swej książce Hupka jednym słowem nie wspomina o czymkolwiek, co przypominałoby walkę czy terror. Dowiadujemy się jedynie, że zwiedzał starożytne zabytki, i odnieść można wrażenie, że głównym celem jego pobytu w podbitym kraju była turystyka. Wzorowa służba zostaje nagrodzona mianowaniem na podporucznika. Ledwie jednak Hupka staje się członkiem korpusu oficerskiego, władze wojskowe przypominają sobie o jego pochodzeniu. Jako osoba o korzeniach częściowo żydowskich, nie miał prawa do wyższego stopnia wojskowego. Decyzją samego feldmarszałka Wilhelma Keitela ? za utajenie swego pochodzenia i przyjęcie awansu ? trafia na rok do więzienia.
Po odbyciu kary, do końca wojny, pracuje jako urzędnik w Cieszynie. Fakt ten ma swoje znaczenie, jeśli zechcemy pojąć sposób myślenia późniejszego publicysty ? Herberta Hupki. Jak wiadomo, Śląsk Cieszyński w 1939 r. należał do Polski, z obydwu stron Olzy Polacy stanowili przytłaczającą większość. Hupka spędził tam wiele miesięcy, a jednak konsekwentnie powtarzał później, że w czasie okupacji "jego stopa nigdy nie stanęła na polskiej ziemi". Jak to rozumieć? Czy w myśl jego niezłomnych przekonań ? żadna część Śląska nie była i nie jest "polską ziemią"? I to włącznie z tą, która w okresie międzywojennym do państwa polskiego należała? Tu autor wykazałby niekonsekwencję, gdyż pogląd o "prawowitych granicach z 1937 roku" to credo większej części jego życia. Może więc decyzję Hitlera o włączeniu części obszaru pokonanego państwa polskiego do Rzeszy uznał za na tyle wiążącą, że z jej mocy przestawały być one "polską ziemią"?
Trochę światła na te pokrętne ścieżki rozumowania Herberta Hupki rzuca inny fragment jego wspomnień. Opisując sytuację na Górnym Śląsku po pierwszej wojnie światowej, dostrzega on, że mieszkali tu nie tylko Niemcy, ale też "ludność posługująca się nie tylko językiem niemieckim, ale i gwarą polsko?niemiecką". Doprawdy godna podziwu kreatywność pojęciowa! A jakże ugruntowana, skoro nie wzruszył jej nawet fakt zbrojnego powstania, w którym zwyciężyła właśnie owa "ludność posługująca się nie tylko językiem niemieckim, lecz i polsko?niemiecką gwarą".
Klęska Trzeciej Rzeszy zastaje autora "Wspomnień" w rodzinnym Raciborzu. Szczęśliwie udaje mu się przeżyć bombardowanie miasta, w którym walczy z szalejącymi pożarami. Bez szwanku wychodzi też ze spotkań z "wyzwolicielami". Nie czeka jednak, aż nowe władze wysiedlą go z rodzinnych stron. Wraz z matką, której udało się przeżyć w obozie koncentracyjnym, trafia do amerykańskiej strefy okupacyjnej. Znajduje pracę w rozgłośni radiowej. Do dziś para się dziennikarstwem i polityką. Rozstanie ze stronami rodzinnymi i utrata przez Niemcy dawnych wschodnich prowincji stały się dla Herberta Hupki przyczyną nie kończącego się cierpienia. Niezmordowana walka o ojczyznę w granicach sprzed ostatniej wojny wypełniła całe jego życie. Służyło temu przewodzenie związkom wypędzonych, działalność wydawnicza, organizowanie ciągłego maratonu wieców, zjazdów i manifestacji. Dla tej sprawy Hupka zostaje posłem socjaldemokratycznej SPD, z której (kiedy tylko lepiej rokuje to spełnieniu celów ziomkostwa) bezpośrednio przenosi się do chadeckiej CDU. Zachowuje przy tym absolutną niezmienność poglądów ? pomimo upływania dziesięcioleci, przemijania pokoleń i wzrastania w powojennych granicach kolejnych generacji.
"Niespokojne sumienie" jest m.in. źródłem ciekawych informacji na temat życia politycznego w Republice Federalnej. Codzienność Bundestagu okazuje się wcale nie tak odległa od realiów naszego Sejmu ? i to nawet tego obecnej kadencji. Przynajmniej dla mnie zaskoczeniem też jest fakt, że kanclerz Willi Brandt, którego znamy jako sygnatariusza układu z 1970 r., jeszcze parę lat wcześniej w sprawie granic wypowiadał się niemal jednym głosem z Herbertem Hupką. Równie interesujące są informacje, jakie na temat lidera niemieckich Ślązaków zbierało Stasi. Jak wiadomo, w RFN każdy może się zapoznać z teczką, którą prowadziła na jego temat enerdowska bezpieka. Dzięki temu każdy krok krótkiego pobytu w Lipsku poznajemy z dokładnością co do minuty i z niemal pełną listą rozmówców. Cóż ? pozostaje tylko pozazdrościć, że nam przytrafili się tak liczni i mocni obrońcy esbeckich archiwów...
Wypowiedzi lidera śląskich ziomkostw pełne są swoistych argumentów prawnych. Stwierdza, że przyznanie Polsce Katowic w 1921 r. było pogwałceniem prawa międzynarodowego (potem jednak międzywojenne granice wielokrotnie określa jako "prawowite"). Układy graniczne zawarte z Polską przez NRD i RFN uważa za nieobowiązujące, "administrowanie Śląskiem" przez Polaków za bezprawne. Ustalenia konferencji "2 + 4" nazywa "utrwalaniem bezprawia". Pół wieku po wojnie ziemie nad Odrą porównuje do "...zrabowanego zegarka, który dopóty pozostaje zrabowanym zegarkiem, dopóki właściciel, bądź jego potomkowie nie odzyskają swojej własności...". Stwierdza też, że "...to nie Niemcy wysuwają roszczenia do polskiego terytorium, lecz Polacy uzurpują sobie prawo do części Niemiec...". Inni działacze śląskiego ziomkostwa nie pozostawali w tyle za argumentacją Hupki. Jeden z nich pisał: "Nie jest rzeczą niestosowną domagać się od sprawców bezprawia, aby wzięli na siebie trudności wiążące się z przywracaniem prawa...". Przeciw tej wypowiedzi Hupka jednak zaprotestował, a po innej odebrał gazecie prawo reprezentowania Ślązaków. Tym razem chodziło o tekst młodego dziennikarza, który w 1988 r. na łamach "Der Schlesier" stwierdził, że przedwojenne granice można bez trudu i ryzyka przywrócić zbrojnie, gdyż armia radziecka zajęta jest Afganistanem. Autor "Niespokojnego sumienia" odżegnywał się też od pojawiających się na zjazdach wypędzonych transparentów z hasłami w rodzaju "Żądamy granic z roku 1913".
Hupka wielokrotnie podkreślał, że do przywrócenia "prawowitych" granic należy doprowadzić metodami pokojowymi. Jedno z często powtarzanych w książce zdań brzmi "...wojna nie wchodzi w grę...". Jak więc inaczej zmianę granic sobie wyobrażał? Na podstawie "Wspomnień" dociec tego trudno. Zawiera ona jednak pozbawioną komentarza wypowiedź rzecznika ziomkostw Prus Wschodnich Ottfrieda Henninga. Stwierdzał on, że granice można zmieniać drogą porozumień międzynarodowych. Przykładem miało być niemiecko?litewskie "porozumienie", na mocy którego w marcu 1939 r. Hitler odebrał Kłajpedę. Henninga zresztą nie satysfakcjonował postulat przywrócenia granic międzywojennych, gdyż nie zawierały one Gdańska i tzw. "polskiego korytarza".
Działalność organizacji skupiających Niemców wysiedlonych z ziem utraconych po drugiej wojnie światowej znajdowała w RFN wielu polemistów. Jednym z nich był, urodzony we Wrocławiu, burmistrz Berlina Heinrich Albertz. Pisał on: "Ci panowie Hupka i Czaja z ich typowo niemieckimi nazwiskami; ten drugi nie mieszkał nigdy na starym terytorium Rzeszy. Cóż za zbrodnicze bzdury oni wygadują, korzystając ze środków federalnych i krajowych, przeznaczonych na pielęgnację kultury rodzinnych stron. Hupka, Czaja i im podobni to podpalacze, gdyby poważnie brać ich frazesy...". Zarzuty niewłaściwego wykorzystywania dotacji pojawiały się często. Inne środowiska ? zamiast wydawać pieniądze na działania polityczne ? rzetelnie zajęły się np. pozostawionym na utraconych ziemiach dziedzictwem. Rząd Dolnej Saksonii od dziesięcioleci funduje Śląską Nagrodę Kulturalną. Zyskała ona wielki prestiż, służy m.in. sprawie ratowania zabytków, a w związku z przyznawaniem jej również wielu wybitnym Polakom ? daje owoce porozumienia i pojednania. Hupka też wielokrotnie powtarza, że pragnie zgody i zbliżenia. Zawsze jednak przedkłada warunek "skończenia z bezprawiem" ? a nie ma wątpliwości, co to oznacza w jego aparacie pojęciowym. Do lat dziewięćdziesiątych kontakty niemieckiego polityka z Polakami były jedynie sporadyczne, a wypowiedzi na temat wschodnich sąsiadów Niemiec ? po prostu trywialne i jednoznacznie oparte na stereotypach. Jeśli zaś Hupka przytacza fakty z polskiej historii ? zawsze zdumiewa to, że nie zadał sobie przy tym trudu weryfikacji obiegowych poglądów, choćby sięgając do jakiejkolwiek encyklopedii. Uniknąłby wypisywania ewidentnych absurdów, a może nawet zmienił pogląd na niejedno ważkie zagadnienie.
Kilka miesięcy temu brałem udział w audycji Radia Wrocław poświęconej tragedii powojennych wysiedleń. Powiedziałem wtedy, że w historii Polaków i Niemców warto odnajdywać momenty, które te narody zbliżają. Wskazałem na bitwę pod Legnicą, gdzie w 1241 roku, po tej samej stronie, ramię w ramię walczyło i ginęło rycerstwo polskie i niemieckie. Wyraziłem też pogląd, że wygnanie Polaków ze Lwowa i Niemców z Wrocławia było pewnego rodzaju wspólnym doświadczeniem, które po latach może służyć wzajemnemu zrozumieniu. Niestety, w książce Herberta Hupki zapoznałem się z całkowicie innym stanowiskiem. Obronę Wrocławia pod duchowym przywództwem Czesława Odrowąża i śmierć Henryka Pobożnego na Legnickim Polu wiąże on wyłącznie z niemiecką historią, a nawet traktuje jako dowody jednoznacznej niemieckości Śląska. Autor wie o tym, że po drugiej wojnie światowej niemal połowa dawnej Rzeczypospolitej została włączona do Związku Sowieckiego. Stwierdza jednak, że Polska na swych utraconych ziemiach była... okupantem! Dla poparcia tej tezy przytacza nawet szereg wziętych z sufitu liczb. Polacy mieli na kresach stanowić 20?25%, a wysiedlono ich jedynie półtora miliona. Wilno i Lwów okupowaliśmy dzięki "ekspansji" dokonanej w 1920 roku, a granica ryska, według Hupki, była jedynie "linią demarkacyjną", której nikt oprócz Polski za granicę nie uznawał. Cóż ? kim jak kim, ale erudytą to Hupka na pewno nie jest. Być może właśnie te edukacyjne braki, którym nie sposób zaprzeczyć, są przyczyną niemożności pokonania myślowych i politycznych ograniczeń. Nie sposób się bowiem oprzeć porównaniom z polskimi autorytetami ? tak samo jak Hupka wypędzonymi ze stron rodzinnych. Jerzy Giedroyc, którego kresowe korzenie sięgają głębokiego średniowiecza, już w latach pięćdziesiątych postulował uznanie wschodniej granicy Polski. Nie sposób odmówić miłości do ojczyzny jednemu z największych Polaków XX wieku. A jednak ? mimo że większa część emigracji z kresów właśnie się wywodziła, mimo że na nich zostawił wszystkie rodowe pamiątki ? w imię pojednania i budowy przyszłości nie tylko Polaków, ale też Litwinów, Białorusinów, Ukraińców ? postanowił uznać wyznaczoną po wojnie granicę. "Solidarność Walczącą" w 1982 roku tworzyli we Wrocławiu m.in. kresowiacy, których przodkowie na utraconych ziemiach mieszkali od dziesiątków pokoleń. Ich rodzinne miasta ? Lwów, Stanisławów, Grodno ? były wciąż żywym wspomnieniem. I to nie tylko z młodości, gdyż w "SW" znałem ludzi, którzy opuszczając na zawsze swoją małą ojczyznę mieli już swoje dorosłe dzieci. A jednak podpisywali się pod założeniami programowymi, których częścią było ? w imię "niepomnażania nieszczęść" ? uznanie aktualnych granic. Ta sformułowana przez Kornela Morawieckiego bardzo ważna zasada "niepomnażania nieszczęść" jest ogromną polityczną mądrością narodu doświadczonego, świadomego zarówno swej tradycji, jak i celów. Wynik prostego porównania z Herbertem Hupką może być tylko jeden. Do myślenia na takim poziomie ten niemiecki pisarz po prostu nie dorósł.
Trzeba jednak zauważyć, że w biografii autora "Niespokojnego sumienia" są też gesty przyjaźni wobec Polski i Polaków. Nie współpracował z "Wolną Europą", ale zawsze, gdy było to potrzebne, stawał w obronie monachijskiej rozgłośni. W sierpniu 1980 zorganizował wiec popierający rodzącą się "Solidarność". Protestował przeciw wprowadzeniu stanu wojennego i współorganizował akcję wysyłania paczek dla prześladowanych i cierpiących niedostatek. Zabierał też głos w sprawie mordu dokonanego na księdzu Jerzym Popiełuszce. Co najmniej kilkakrotnie odbywał rozmowy z przywódcami polskiej emigracji. Generał Anders i profesor Bartoszewski ? zrobili na nim ogromne wrażenie. Kończyło się jednak na wymianie poglądów, gdyż o zbliżeniu stanowisk w sprawie granic nie mogło być mowy.
Ostatnie strony "Wspomnień" charakteryzują się klimatem odmiennym od rozdziałów, w których autor opisuje dawniejsze dekady. Podróż autora do rodzinnych stron, które odwiedza po niemal półwieczu, owocuje ukojeniem. Zauważa, że ze strony Polaków spotyka go przede wszystkim życzliwość i zainteresowanie. Jest rozpoznawany i kojarzony jako ten, który tak długo protestował przeciw granicom, bez których Polacy nie wyobrażają już sobie swojego istnienia. Reprezentuje interesy tak bardzo sprzeczne z polskimi, a jednak nie spotyka się z wrogością. Przeciwnie ? nierzadko wita go pragnienie kontaktu, zrozumienia, a nawet współpracy. Pomimo różnicy zdań w sprawach zasadniczych. Poznaje wielu Polaków. O niektórych wypowiada się z podziwem. Rzadko wcześniej pojawiająca się myśl, że niemożliwe jest dokładne odtworzenie tego, co było ? teraz pojawia się dobitnie. Wreszcie dojrzewa świadomość, że postępująca integracja kontynentu da w przyszłości każdemu Europejczykowi możliwość zamieszkania w każdym wybranym zakątku Unii.
"Niespokojne sumienie" jest kolejnym dowodem na to, że nasz kraj, bezpośrednio przecież sąsiadujący z Niemcami ? jest im bardzo mało znany. Niestety, dotyczy to też elit. W 1994 roku wizyta Romana Herzoga była tego najbardziej szokującym przykładem. Lech Wałęsa zaprosił wtedy głowy kilku państw na obchody pięćdziesiątej rocznicy powstania warszawskiego. Prezydent Niemiec był przekonany, że chodzi o powstanie w getcie żydowskim! Nie dało się ukryć, że nie wiedział on o najkrwawszej bitwie drugiej wojny światowej, wygnaniu wszystkich mieszkańców i planowym równaniu z ziemią całej polskiej stolicy. Zarówno niemiecka elita, jak i społeczeństwo ? generalnie nie mają świadomości rozmiarów zbrodni wyrządzonych Polakom przez hitleryzm. Nie jesteśmy tu jednak całkiem bez winy. Za mało dbamy o pamięć ? zarówno o naszych ofiarach, jak i dokonaniach. Nasze przedstawicielstwa zagraniczne niewiele troski poświęcają miejscom pamięci narodowej, m.in. na terenie Niemiec. Zresztą ? dlaczego obcy mają mieć szacunek dla naszej historii i kultury, jeśli nasze media i rządowe elity demonstrują ich lekceważenie? Trzeba też i przyznać, że temat prześladowania Niemców w Polsce w latach czterdziestych również powinien doczekać się pełnego wyartykułowania. W RFN każde dziecko wie o Łambinowicach. Przez ten obóz oraz jego filie przeszły dziesiątki tysięcy Ślązaków. Bardzo często byli to ludzie polskiego pochodzenia. W roku 1945, gdy ich sąsiedzi masowo opuszczali swe rodzinne strony, uciekając przed zbliżającym się frontem ? oni zostawali. Często dlatego, bo "czekali na Polskę". Ta jednak nadeszła w takiej postaci i przywitała ich takimi prześladowaniami, że to czego nie zdołali wyplenić germanizatorzy i hitlerowcy ? wykorzenili "polonizatorzy z czerwonymi legitymacjami". Podobnie, dopiero po drugiej wojnie światowej, na przekór jej przekonaniom i wszystkim dowodom związków, UB i PPR ostatecznie przekonały znaczną część ludności Warmii i Mazur, że w Polsce nie ma czego szukać. Hupka, oczywiście, bardzo przesadza, twierdząc, że mniejszość niemiecka w Polsce liczy ponad milion i że pod groźbą surowych kar nie wolno jej było posługiwać się ojczystym językiem nawet w domu. Prawda jest natomiast taka, że rzeczywistemu istnieniu paręsettysięcznej mniejszości stanowczo zaprzeczano. Utrudniano też naukę jej języka na Opolszczyźnie i Górnym Śląsku, gdzie jeszcze w latach osiemdziesiątych władze zabiegały, by niemiecki nie był dodatkowym językiem obcym w szkołach podstawowych i średnich.
Książkę Herberta Hupki warto też odczytać jako opowieść człowieka budującego na przestrzeni długiego życia swe poglądy i wyobrażenia. Dzieciństwo i młodość upływa mu w klimacie niechęci do Polaków. Prawie ich nie zna, ale wie, że odebrali Niemcom najbliższe okolice jego heimatu. W jego myśleniu zakorzeniają się też stereotypy o ich nacjonalizmie, antysemityzmie i cywilizacyjnej niższości. Zło wyrządzone w czasie wojny kwituje tylko zdawkowym przyznaniem, że "Polacy też cierpieli". Potem, przez czterdzieści kilka lat ciągle wypowiada się o Polsce ? kraju i narodzie, o których pojęcie ma mgliste. Można tu znaleźć prawidłowość pozbawioną wyjątków. Wszystkie wypowiedzi o nieznanych mu polskich politykach czy hierarchach kościelnych ? nacechowane są co najmniej niechęcią. Natomiast każdy Polak, z którym w tamtych czasach Hupka odbył osobistą rozmowę, wzbudził jego szacunek. Dlatego, gdy w wieku 76 lat pierwszy raz odbywa on podróż po Polsce, wiele jego opinii ulega weryfikacji. "Odkrywanie Polski" wyraźnie zmienia jego nastawienie. Oczywisty jest więc ogólny wniosek, że rola żywych kontaktów międzyludzkich, również w sprawach polityki ? jest ogromna.
Zakończenie "Niespokojnego sumienia" to dowód na to, jaką zbawczą siłę mogą mieć bezpośrednie spotkania i rzeczywiste poznawanie innego narodu. Wizyty Herberta Hupki w ratuszach polskich miast budzą czasem zdumienie i niesmak. Jednak, pomimo jego krzywdzących wypowiedzi z minionych lat, na przekór szkód, jakie bez wątpienia wyrządzał Polsce ? nie sposób odmówić sensu kontaktom, które dają szansę zbliżenia najbardziej nieprzejednanych.

Herbert Hupka, "Niespokojne sumienie. Wspomnienia", tłum. Eugeniusz Cezary Król, Wydawnictwo Rytm, Warszawa 2001

Artur Adamaski
Wyświetlony 8627 razy
Więcej w tej kategorii: « Świat Sumienie Herberta Hupki »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.