niedziela, 19 grudzień 2010 12:23

Kaliningradzka "archeologia"

Napisane przez

Przez lata jeździłem na wakacje do najdalej na wschód położonej wioski na Mierzei Wiślanej. Było to miejsce magiczne, już choćby z racji swojego nietypowego położenia. Od południa granicę jej wyznaczały słodkie wody Zalewu Wiślanego, od północy słone fale Zatoki Puckiej, natomiast od wschodu zasieki granicy sowieckiej. Z „Polską” łączyła ją czarna nitka asfaltowej szosy wijącej się na zachód po wąskiej bałtyckiej grobli. Do intrygującego położenia osady dokładała się również sama nazwa wioski. Na różnych powojennych mapach raz podpisywano ją jako Piaski, innym razem jako Nową Karczmę.

(?)

Dziwne są koleje losu. Niegdyś dorzecze Wisły stanowiło naturalną granicę pomiędzy Słowianami a Bałtami, dziś wody Zalewu oddzielają dwa słowiańskie brzegi. Prusowie rozpłynęli się w mrokach nieczytelnej przeszłości. ?Niemych? Niemców zastąpiła słowiańska społeczność rosyjskojęzycznych przybyszy. Mogłoby się zdawać, że bardziej nam bliska...
Czy nowi sąsiedzi stali się dla nas bardziej przyjaźni i komunikatywni? Czy fakt, że na północnych rubieżach współczesnej Polski powstało po raz pierwszy w swojej historii słowiańsko-słowiańskie pogranicze, zmienia coś w naszym oglądzie Niziny Pruskiej? Wydaje się, że historia zatoczyła krąg. I znaleźliśmy się ponownie w punkcie wyjścia. Tak jak przed kilkuset laty możemy próbować porozumiewać się poprzez ciągi skojarzeń, słownych podobieństw z pobratymcami zza ?pruskiej? miedzy. O ironio, niewiele więcej wiemy niż na początku wzajemnych kontaktów.
Dziś, po przeszło dzie­sięciu latach bezpośredniego i ?wolnego? obcowania z miesz­kańcami rosyjskiej popruskiej enklawy, widać, że dzieli nas wielka przestrzeń wzajemnego niezrozumienia. Wzajemne słowiań­skie pochodzenie jest w istocie podobieństwem iluzorycznym. O niczym nie świadczącym, i nie wpływającym na wzajemne lepsze poznanie się. Wydaje się, że w czasach panowania Hohenzollernów polska obecność tak polityczna, etniczna, jak i kulturowa była nieporównywalnie większa niż obecnie. Nie wspominając już o temporalnej czarnej dziurze w latach 1945-92, kiedy Nizina Pruska ujęta w militarne okowy sowieckiego Obwodu Kaliningradzkiego była szczelnie skrywanym fragmentem imperium.
 
 
* * *
 
Przed kilkoma laty, mogłem po raz pierwszy zobaczyć polskie Piaski z drugiego brzegu. Zza bliskiej zagranicy. Kaliningradzka plaża w swojej urodzie niczym szczególnym właściwie nie różni się od polskich czy litewskich nadmorskich pias­ków. Szeroko rozciągnięta oddziela szafirową toń od zieleni wydm.
W takim krajobrazie przy­szło mi wędrować z moim przewodnikiem, ze staropruskiej twierdzy w Bałdze wzdłuż brzegu na zachód. Zatrzymaliśmy się niedaleko pogranicznego Mamonowa. Pośród rzadkich, smaganych jesiennym wiatrem wydmowych zarośli, zdecydowaliśmy się na odpoczynek. Czas był już najwyższy na zwyczajowy pierekur i łyk gorącej gruzińskiej herbaty. Wybór miejsca pod ognisko okazał się nieprzypadkowy. Widoczny popiół sugerował, że to miejsce było już wielokrotnie wykorzystywane. Wiktor, mój miejscowy wypróbowany przyjaciel, bardzo ostrożnie ponakłuwał pogorzelisko długim metalowym prętem, przyniesionym w plecaku specjalnie do tego celu. Dopiero po wykonaniu tej czynności sprawnie rozniecił ogień, nad którym szybko zawisł kociołek z wo­dą. W oczekiwaniu na kipiatok zabijaliśmy czas rozmową. Okazało się, że dla własnego bezpieczeństwa należy bezwzględnie unikać rozpalania ognia w nowych, nieznanych sobie miejscach. Wszędzie płytko pod ziemią czai się potencjalnie niebezpieczeństwo natknięcia się na wojenny nierozminowany złom. Każdego roku ktoś ginie lub zostaje ranny podczas grzybobrania, weekendowego biwakowania czy rybałki. Całe leśne połacie, od czasów zakończenia wojny zamknięte, a dziś z wolna spuszczające zasłonę tajności, wprost gęste są od niebezpiecznego żelastwa. Nawet plaża pełna jest wojennego śmiecia oraz przerażających dowodów wojennej masakry ? ludzkich koś­ci. Płytkie wody zalewu po dziś dzień skrywają ciała tysięcy wschodniopruskich uciekinierów oraz ich dobytek. Pochodzące z lat 30. zaśniedziałe fenigi zalegają tu w nieprzebranych iloś­ciach. Pogardzane niegdyś miedziaki, po półwiecznym leżakowaniu w wodzie nabrały koloru szlachetnej patyny, i zielonkawą smugą ciągną się ze wschodu na zachód, wzdłuż linii brzegowej ? nieme świadectwo niedawnej przeszłości.
Jest i kipiatok. Gruzińska herbata, podła zazwyczaj, na tym odludziu i przeszywającym wietrze smakuje wybornie. Mocno trzymając w zziębniętych dłoniach metalowe czaszki dymiącego czaju wpatrujemy się w nadchodzące z dala dwie postaci. Można już rozpoznać, że są to młodzi ludzie odziani w mundury, w kolorze... czarnym. Trudno wprost uwierzyć. Ci młodzi miejscowi Rosjanie mają na sobie uniformy SS, z połyskującymi od wypolerowania tabliczkami z charakterystycznym wygrawerowanym napisem ?Gott Mit Uns?. Tak, to kaliningradzcy ?archeolodzy?.
 
* * *
 
Po 50 latach sowieckiej kolonizacji Niziny Pruskiej, terytorium tej rosyjskiej nadbałtyckiej enklawy w niczym nie przypomina stanu sprzed wojny. Choć współczesne osady w większości przypadków znajdują się w miejscu osad przedwojennych, to swoim wyglądem znacznie od nich odbiegają. Przestrzeń uległa desakralizacji poprzez świadome profanowanie dawnych miejsc kultu narodowego i religijnego. Cmentarze dawnych mieszkańców po dziś dzień są przekopywane przez kolejne pokolenia młodych ludzi, urodzonych już w Obwodzie Kaliningradzkim. Nowo powstałe zaś miejsca wiecznego spoczynku zmarłych, zasadniczo odbiegają od, choćby umownie pojętych, wyobrażeń na temat tych świętych miejsc. Ich usytuowanie często w pobliżu wysypisk śmieci może świadczyć m.in. o zaistniałej zmianie w stosunku do pamięci o ludziach zmarłych. Totalitarny system sowiecki wprowadził nowy kodeks niepisanych zasad i kanonów. Ludzie chorzy, starzy, a także zmarli stawali się w myśl tych prawideł elementami zbędnymi. Może to być jedna z licznych przyczyn, dla której zmarli znaleźli się poza wszelkim zainteresowaniem ludzi żywych. Cmentarze nie występują w czasoprzestrzeni współczesnego miesz­kańca obwodu. O ich istnieniu można dowiedzieć się tylko przy okazji. Sytuacje takie mają miejsce wtedy, gdy np. ktoś z osób bliskich rozmówcy niedawno zmarł lub w kontekście relacji o roz­kopywaniu grobów niemieckich.
 (...)
 
Paweł Ładykowski
Wyświetlony 7167 razy
Więcej w tej kategorii: « Odkrycie
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.