poniedziałek, 20 grudzień 2010 23:56

Marcos, narcos i zapach forsy (3)

Napisane przez

Jeszcze na kwadrans przed uroczystym przekazaniem insygniów władzy, doradcy i asystenci gubernatora-elekta, Joaquin Hendriksa telefonowali pod wszystkie możliwe numery, odwiedzili rezydencję i dom prywatny ustępującego gubernatora stanu Quintana Roo, Mario Villanueva.

Nigdzie go jednak nie było. Wprawdzie Latynosi nie słyną z punktualności i określenie ?mańana? (jutro) słyszy się na każdym kroku, trudno jednak podejrzewać ex-gubernatora o takie lekceważenie etykiety, zwłaszcza że stanowisko, które opuszczał, dostarczyło mu apanaży, za które powinien być wyborcom wdzięczny?

1.

W Meksyku ludzie giną w niewyjaśnionych okolicznościach, zdarzają się też porwania, jednakże zniknięcie urzędnika tej rangi należy mimo wszystko do rzadkości i stanowi sensację. Toteż w przypadku zaginięcia ?sympatycznego i energicznego Mario?, jak go przedstawiały olbrzymie plansze propagandowe rozmieszczone na głównych placach i skrzyżowaniach stanu Quintana Roo, można się było spodziewać najgorszego. Tym bardziej że trzy lata wcześniej ?nieznani sprawcy? zatłukli na śmierć jego ojca, parokrotnie usiłowano zgładzić w zamachu jego rodzonego brata (działacza związków zawodowych), postrzelono mu ?goryla? z obstawy. Sprawców, co prawda, nigdy nie wykryto, śledztwa zaś z czasem umorzono, plotka głosiła jednak, że była to zemsta za jakąś ?niewygodną decyzję? gubernatora.
W normalnym kraju, w takich warunkach wszczęto by śledztwo, w końcu gubernator stanu, to nie byle kto. W Meksyku jest ich zaledwie 28. Tymczasem zniknięciem ex-gubernatora nie przejął się pies z kulawą nogą. Gdyby nie wścibska prasa, a w Meksyku reporterzy potrafią być naprawdę dociekliwi i obiektywni, nie brakuje im przy tym odwagi ? sprawę najprawdopodobniej by wyciszono. Jednakże w mediach zrobiła się wrzawa, która sprowokowała nowego gubernatora do działania. W miesiąc po zaginięciu Villanueva nakazał wszczęcie śledztwa, co miało stworzyć pozory, że władza chce ex-gubernatora odnaleźć.
Pierwszym krokiem było polecenie ?zajęcia? majątku zaginionego. Zamiast więc poszukiwać zaginionego, szukano majątku, który po sobie pozostawił. Dlaczego nikt nie wziął pod uwagę najgorszego: że gubernatorowi stało się jednak coś złego? Czyżby wtajemniczeni wiedzieli, co jest grane?
Tajemnica nieco się wyjaśniła z chwilą odkrycia, iż ex-gubernator nie jest jedynym... zaginionym; równocześnie z nim odkryto brak stanowego ministra zdrowia, kilku innych wysokich urzędników Quintana Roo, totumfackich oraz powinowatych Villanuevy. Brakowało nie tylko ludzi ? pieniędzy także. W kasie stanowej stwierdzono ubytek, bagatela, kilkudziesięciu milionów dolarów i kontyngentu lekarstw, przeznaczonego na rządowe akcje ?uzdrawiania terenów zacofanych?. Na wszelki wypadek zajęto majątek pozostałym zaginionym. Coraz głośniej mówiło się, że ex-gubernator zwyczajnie... zwiał.
Margarita Leon de Rejon, prawnik z Cancun, która przez dwa lata była doradcą prawnym gubernatora Villanueva utrzymuje, że ? wprawdzie nie był on uosobieniem uczciwości ? od pierwszych tygodni swojej władzy był szantażowany przez narkotykową mafię i nie był w stanie jej się oprzeć.
Najpierw szef gabinetu Villanuevy, człowiek odpowiedzialny m.in. za kontakty ze światem zewnętrznym, nazajutrz po udzieleniu odmowy spotkania z guernatorem jednemu z narkotykowych bosów Meksyku, popełnił w tajemniczych okolicznościach samobójstwo... Potem ostrzeżenia dosięgły samego gubernatora. Początkowo je bagatelizował, dopiero śmierć ojca go ?przekonała?...
Słaby psychicznie gubernator nie potrafił się naciskom oprzeć, tym bardziej że po jakimś czasie dostrzegł w tej sytuacji szansę dla siebie. Przymus, pod jakim działał, niejako go rogrzeszał. Z chwilą, gdy to zrozumiał, stał się jednym z nich. Narcos nie tylko Villanueva szantażowali, oni go też ochraniali, dostarczali pomysłów do bogacenia się, środków do ich realizacji.
Po dwóch latach wytężonych poszukiwań, Villanueva został ostatecznie schwytany i uwięziony. Oczekuje obecnie na proces sądowy. Jego ekstradycji domagają się Stany Zjednoczone. Nie uprzedzajmy jednak faktów...
 
2.
 
Ulubionym terenem wspólnego działania polityków oraz ich możnych ?protektorów? z narkotykowej mafii jest od lat kuriozalna firma państwowa, zwana CONASUPO, odpowiedzialna za politykę żywnościową Meksyku, w której za prezydentury Salinasa Gortari ostateczne wpływy przejęli narcos. Gortari, również pod ich szantażem, ale i pod parasolem ochronnym, zdołał w ciągu swojej kadencji zgromadzić majątek kilkuset milionów dolarów. Po wygaśnięciu mandatu salwował się ucieczką za granicę.
Villanueva, nie był zatem jedynym dostojnikiem państwowym, który żył w symbiozie z narcos. Dla wielu latynoskich polityków współpraca z biznesem narkotykowym oznacza być albo nie być. Taki gubernator stanu Tabasco, Roberto Madrazo, gdy na horyzoncie pojawił się kandydat opozycji, który mógł mu zagrozić, zaangażował w swoją kampanię więcej pieniędzy, niż... Clinton w kampanię prezydencką 1996 roku. Skąd je miał?
Majątek wydał na swoją kampanię Francisco Labastida, kandydat na prezydenta w wyborach w roku 2000, który przegrał z obecnym prezydentem kraju, Vicente Foxem. Na narkotykowych listach płac znajdują się nie tylko politycy meksykańscy, także kolumbijscy, wenezuelscy, peruwiańscy, panamscy. Na pewno jednak od końca lat 1980., odkąd Rudie Giuliani osłabił kartele z Medellin czy Cali w Kolumbii, palmę pierwszeństwa w narkotykowym biznesie dzierży Meksyk...
Compania Nacional de Subsistencia Populares (Komisja Utrzymania Stabilności Narodowej) ? CONASUPO ? jest agencją rządową zajmującą się skupem i przechowywaniem ziarna kukurydzy, z którego wypieka się tortillas, placki kukurydziane stanowiące podstawę diety Meksykanów. CONASUPO ? przekonują meksykańscy politycy ? służy więc do ochrony społeczeństwa przed głodem. Funkcjonowanie tego organu jest doprawdy osobliwe...
Skupione przez CONASUPO ziarno kukurydziane sprzedawane jest do produkcji tortillas dwóm scentralizowanym firmom prywatnym ? MASECA i MINSA ? które zajmują się ?dostosowaniem kukurydzy do wymogów produkcji przemysłowej?, czyli robią z niej mąkę. Dopiero stąd jest ona transportowana do innej ? gwarantowanej przez państwo ? sieci firm, zwanej MASA, gdzie wyrabia się placki.
MASA to szyld, monopol, pod którym funkcjonują miliony miniaturowych tortillerias, prywatnych firm, które pod państwowym szyldem MASA stają się znakomitym narzędziem rządzenia, a więc i korupcji. Licencje na ich prowadzenie dostają tylko ci ludzie, którzy je mieć muszą. O tym zaś, kto musi, decyduje urzędnik. Walka o władzę w MASA jest poniekąd władzą o rządy w kraju. MASA ? twierdzi mecenas Avendańo, doradca prawny Marcosa ? jest oczkiem w głowie każdej władzy. Kto ma MASA, ten ma żywność, ten ma Meksyk. MASA nie ma w Meksyku konkurencji, więc pośrednio, cenami, decyduje o poziomie życia mas...
Zdaniem Avendańa to właśnie walka o władzę nad MASA stała się terenem starcia pomiędzy poliykami a narcos, dla których dystrybucja żywności to znacznie bezpieczniejsze, a nie mniej zyskowne zajęcie:
? Walczące strony wykorzystały do walki wszystkie możliwe narzędzia. Przemoc, korupcję, strajk studentów największej uczelni kraju UNAM, a nawet naszą rewolucję chłopską w Chiapas...
Zdaniem obserwatorów meksykańskiej sceny politycznej te dwa ostatnie wydarzenia zbiegły się w czasie z atakiem na monopol rządzącej krajem od 1929 roku Partido Revolucionaria Institucional. Stąd uważa się, że sprowokowane zostały przez rządzący obóz PRI dla odwrócenia uwagi. Strajk studentów miał poruszyć sumieniem narodu, miał wywołać proletariacką solidarność. Nie wywołał. Dlaczego jednak zdecydowano się na Indian? Co Indianie z Chiapas mają wspólnego z narkotykową mafią?
Reprezentujący stronę rządową urzędnik z San Cristobal de las Casas, Enrique, uważa, że odpowiedzi na te pytania udzielić powinna działalność dwóch tajemniczych organizacji: ?Paz y Justicia? na północy stanu Chiapas oraz ?Guardia blanca? w okolicach San Cristobal. Obie one zaczęły swoją karierę zanim jeszcze, w styczniu 1994, zapatistas wypowiedzieli swój rewolucyjny manifest. Obie one są odpowiedzialne za śmierć setek Indian, brutalnie zabijanych przez bojówkarzy. Pretekstem do tej agresji wobec Indian stała się walka z... produkcją narkotyków, czym ? tłumaczy Enrique ? zajmują się autochtoni z Chiapas.
? To przecież jasne, że produkcja marihuany, a także innych substancji odurzających jest źródłem dochodów EZLN (Ejercito Zapatista de Liberacion Nacional) ? dodaje Enrique zastrzegając sobie anonimowość.
 
3.
 
Na moje pytanie, czy to prawda, że rewolucja chłopska zajmuje się produkcją narkotyków, w redakcji ?El tiempo? robi się jakaś dziwna atmosfera. Żona mecenasa patrzy na mnie gniewnie, on sam wychodzi bez powodu z pokoju. Czyżby więc rację mieli walczący o odnowę moralną Indian: ?Los Puńales?, ?Mascara roja?, ?Chinchulines? czy wspomniane ?Guardia blanca?, ?Paz y justicia? ? ugrupowania tępiące autochtonów, organizujące w Chiapas okrutne masakry Indian? A może to tylko pretekst do działania band psychopatycznych ekstremistów, którzy pod pozorem obrony ?wartości? starają się usunąć Indian z terenów, które historycznie stanowią ich własność? Taką ewentualność też trzeba brać pod uwagę, a jeśli tak, dlaczego nikt przeciwko takim praktykom nie protestuje? Rozumiem, że rząd PRI po cichu ich popierał, bo go wyręczali, ale gdzie jest opozycja, gdzie protest społeczny? Zwłaszcza teraz, w kontekście zmiany władzy, a zwłaszcza ostatniej wizyty papieża, który przecież, dokonując kanonizacji Indianina, Juana Diego, pokazał światu, po której stronie są jego sympatie???
Zaczynam sobie powoli uświadamiać, że przecież utrzymanie całej tej machiny propagandowej ? a zapatistas o swój image dbają energicznie ? musi kosztować znacznie więcej, niż przynosi dochód z dwóch niskonakładowych pisemek. Jak to przynajmniej utrzymuje mecenas Avendańo. EZLN mają ponadto własny szpital, sieć kurierów, magazyny żywności. Wprawdzie Marcos na każdym kroku podkreśla pacyfistyczny charakter indiańskiego powstania, trudno powstrzymać się od podejrzenia o posiadanie broni. Na pewno istnieją jakieś tajne źródła dochodów EZLN, pewnie otrzymują dotacje od tajemniczych osób czy organizacji, z braku jakiegoś zdecydowanego poparcia politycznego nie mogą to być jednak jakieś znaczące kwoty.
Dlaczego, mimo posiadania wszystkich racji po swojej stronie nikt Indian z Chiapas jakoś energiczniej nie popiera? A może tu w ogóle nie chodzi o dobro Indian? Może jest ono jedynie pretekstem do przejęcia władzy nad krajem?
Nazajutrz po powrocie z kryjówki Marcosa wyczytałem w lokalnej gazecie, jaki był powód szczególnej aktywności wojskowych tego dnia. Było nim ?doniesienie o prowadzeniu przemytu narkotyków?. Pod tym pretekstem wojsko penetrowało rejon działania zapatistas?
? Czy wasz ruch ma coś wspólnego z przemytem narkotyków? ? ponawiam swoje pytanie.
? Broń Boże! ? woła Avendańo ? skąd to ci przyszło do głowy?
? Każdy pretekst władzy ma w sobie cień prawdy...
? Wojsko potrzebuje marihuany, więc ją sobie uprawia ? tłumaczy Avendańo.
? Dlaczego właśnie w Chiapas?
? Bo tu akurat stacjonują. Znalezienie ?ziela? nie przysparza więc większych trudności, ale my z tym nie mamy nic wspólnego ? dodaje z naciskiem jeden ze współpracowników mecenasa. ? Marihuana zawsze była mile przez żołnierzy widziana. Zwłaszcza przez armię meksykańską i amerykańską. Jest dla naszego wojska tym, czym dla Armii Czerwonej jest wódka...
Rąbka tajemnicy uchyla mi kilka dni później, właściciel ?Don Kijote?, ów stary Hiszpan, który po wojnie domowej osiedlił się na tych ziemiach. Ten człowiek, który wśród Indian spędził prawie pół wieku, mówi o nich powściągliwie, jakby nawet niechętnie...
Kariera marijuany w Chiapas datuje się od czasów I wojny światowej, kiedy środek ten znalazł się na liście zaopatrzenia wojsk amerykańskich. Pod wpływem sugestii ze strony gringos, ale też z chęci zysku rząd meksykański zezwolił na produkcję ?konopi? na potrzeby wojska. Problem rozrósł się, przekraczając możliwości kontrolne państwa, właściwie dopiero po zakończeniu II wojny światowej albo może wojny wietnamskiej. Odtąd marihuana stała się powszechnie stosowanym środkiem odurzającym. Jej obrotem ? nie bez przyzwolenia polityków ? zajmuje się zorganizowana przestępczość meksykańska i amerykańska. Ogromne korzyści materialne czerpie z niej rząd, władza.
W narkotyki wplątani są generałowie, ministrowie, gubernatorzy... nie tylko meksykańscy. Występujący w popularnym programie amerykańskiej sieci telewizyjnej ABC, ?20/20? anonimowy agent DEA (Drug Enforcement Administration) powiedział wyraźnie, że Amerykanie są w posiadaniu informacji wskazujących na to, że o ile kilka lat temu narcos szukali wpływów politycznych, o tyle dzisiaj politycy wchodzą coraz energiczniej w narkotykowy biznes...
Z jednej strony rząd boi się narcos, bo jest to jedyna siła zdolna zagrozić dominacji obecnego establishmentu, jedyna konkurencja dla bezpardonowych władców Meksyku, z drugiej zaś uważa, że utrzymywanie status quo jest mimo wszystko mniejszym złem. Zwłaszcza, że towarzyszą temu fantastyczne dochody. Zdaniem wspomnianego agenta DEA, fortuny narcotraficantes porównać można do bogactw Gatesa czy Buffetta...
Sytuacja w Chiapas miała się zmienić pod rządami Vicente Fox, który reprezentuje w Meksyku nowe siły. I rzeczywiście, pierwszą swoją lokalną podróż prezydencką odbył Fox do San Cristobal. Wycofał stamtąd oddziały wojska, zaniechał inwigilowania partyzantki i rozpoczął negocjacje z przywódcami Indian. Niestety, ręka wyciągnięta przez prezydenta nie spotkała się z uznaniem Marcosa i jego ludzi. Nie minęło pół roku, a przywódca zapatystów zorganizował agresywnie spektakularny marsz na Mexico City...
Można rewolucjonistów zrozumieć. Zapowiadane przez prezydenta reformy polityczne, zmierzające do rozbicia struktur PRI i demokratyzację życia w kraju, wprowadzane są w iście ślimaczym tempie, Marcos jednak powinien widzieć w Foxie sojusznika. Nie tak łatwo usunąć narośla 70 lat rządów PRI.
Marcosa jednak Fox z jego programem odnowy wydaje się nie obchodzić. Ma chyba większe ambicje. Marcos chce pełni władzy. On nie chce się z nikim dzielić. Na razie więc zbiera siły, środki... To nie jest tylko moja opinia. Podobnego zdania jest część hierarchii kościelnej Chiapas, zwłaszcza z diecezji w Tuxtla, która po entuzjastycznym poparciu udzielonym w pierwszych latach działalności zapatistas stała się bardziej powściągliwa w swoich sympatiach. Chiapas odwiedził w 1989 roku sam papież. W swojej pamiętnej homilii mówił o trosce o Indian, domagał się uszanowania ich praw do tej ziemi, ale rewolucji jawnie nie poparł.
Powściągliwa jest wobec niej także międzynarodowa opinia publiczna. Czy to nie dziwne, że mimo tylu wysiłków propagandowych, mimo poparcia ze strony głośnych i aktywnych ugrupowań ekstremistycznych, bojownicy o prawa Indian z Chiapas nie cieszą się ani sympatią Meksykanów, ani tym bardziej solidarnością świata?
Wątpię zresztą czy kiedykolwiek będzie im łatwiej. Zapatistom zaszkodziły na pewno wydarzenia z 11 września 2001 i ostrożność rządu amerykańskiego, który zdaje sobie pewnie sprawę z prawdziwego tła rewolucji z Chiapas.
To nie przypadek, że do odnalezienia ex-gubernatora Villanueva przyczyniły się informacje przekazane meksykańskiej armii przez FBI. Tak długo, jak długo trwać będzie toczona od prawie 40 lat wojna z narkotykami, tak długo żadna rewolucja nie ma w Ameryce Łacińskiej najmniejszych szans na sukces. I bardzo dobrze, bowiem grupą interesu, która miałaby na niej skorzystać nie byliby wcale Indianie z Chiapas, lecz baronowie narkotykowi z Juarez, Tijuana i reprezentujący ich politycy.
 
4.
 
Po kilku wizytach w San Cristobal Ocosingo czy Tuxtla i paru tygodniach spędzonych wśród Indian rozumiem mniej, niż rozumiałem, zanim ten dziwny i piękny świat poznałem. Jedno, co wiem, a może raczej czuję, to to, że nikomu ? ani narcos, ani politykom, ani pewnie samym przywódcom EZLN ? naprawdę o los Indian wcale chodzi. W swojej prymitywnej i bezwzględnej walce widzą tylko pieniądze i własną potęgę. Być może dlatego z taką determinacją i trudem starał się Jan Paweł II odbyć swą lipcową podróż do Meksyku. Beatyfikacja Juana Diego, jednego z tych cichych a pokornego serca, to wprawdzie tylko symbol, ale być może właśnie symbol jest w stanie coś w życiu Indian zmienić...
W wędrówce po ruinach Chichen Itza, gdzie niegdyś mieściło się potężne miasto Majów, towarzyszy mi Lucere, dwunastoletnia Indianka z pobliskiej Colonia Yukatan. Rankiem Lucere chodzi do szkoły, później sprzedaje wyroby z obsydianu. Umie pisać, zna kilka słów w języku angielskim, potrafi przy tym nadzwyczaj szybko liczyć. Lucere wie, kto to Marcos, słyszała o Chiapas, ale nie wie, o co tym ludziom chodzi. Słyszała o ucieczce Mario Villanueva i też nie rozumie, jak taki bogaty człowiek może mieć w życiu kłopoty.
Marzeniem Lucere, której matka zarabia zbieraniem i noszeniem na głowie drewna na opał, jest praca w banku, bo ? jak twierdzi ? jest tam dużo pieniędzy. Lucere jest szczęśliwa, że może mieć takie marzenie. Jeszcze kilka lat temu Indianie w Meksyku nie mogli nawet marzyć...
 

Koniec
Jan M. Fijor
(Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.)
Wyświetlony 7516 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.