wtorek, 21 grudzień 2010 09:19

Etatystyczne brednie (3)

Napisał

Największym zarzutem i jednocześnie mitem powtarzanym do znudzenia przez socjalistów pod adresem kapitalizmu jest kwestia tzw. "wyzysku". Oczywiście, rozglądając się po świecie, gołym okiem widać, że marksistowska logika ponosi klęskę, ale w umysłach wielu ludzi nadal pojawia się obraz biednych dzieci zamęczanych w kopalniach i ich rodzin, jakie miały rzekomo tracić na rewolucji przemysłowej.

Zanim przejdziemy do praktycznej analizy porażki takiego rozumowania, wypada je podważyć na gruncie czysto teoretycznym. Marks niestety nie korzystał z doświadczeń późniejszej rewolucji marginalnej w ekonomii, którą rozpoczęli niezależnie trzej wybitni ekonomiści: Carl Menger, Leon Walras oraz Stanley Jevons. Marks wychodził z założenia, że handel nie jest swobodną wymianą, która z samego założenia zostaje podjęta dobrowolnie przez obydwie strony. Jego nauka opierała się na fałszywym stwierdzeniu i arbitralnym ustaleniu jakiegoś magicznego systemu wartości, który obiektywnie określi, ile jest warta wykonana praca. Nie wynikało to, oczywiście, z żadnej rozsądnej analizy ludzkiego działania ani tym bardziej filozofii racjonalnego gospodarowania. To złudna intuicja i brak wcześniej wypracowanej teorii prowadziły do powstawania klęsk intelektualnych typu marksizm.
Przez wiele stuleci ludzie uznawali, że do aktu wymiany w postaci handlu dobrami i usługami dochodzi przy jednoczesnym zajściu dziwacznej równości. Jeśli mam 10 pietruszek i zamieniam jedną na jednego z 10 pomidorów, które ma Jasio, to znaczy, że między pomidorem a pietruszką zachodzi równoważność. Szkoła brytyjska opierała się na tym sofizmacie i kontynuowała budowanie koncepcji ekonomicznych na takiej porażce. Niektórzy nawet posuwają się do nazywania Davida Ricardo i Adama Smitha prekursorami socjalizmu, ponieważ ich teoria wartości pracy była bliska marksistowskiej. Dodatkowym problemem był paradoks wartości, który zawarł Smith w swoim "Bogactwie narodów". Dylemat polegał na tym, że chleb miał niższą cenę niż diamenty. "Ojciec ekonomii" nie był w stanie, do czego się przyznawał, na podstawie założeń o obiektywnej wartości, wyjaśnić, dlaczego ludzie bardziej cenią diamenty niż życiodajny chleb.
Jednakże w końcu doszło do przełomu i wreszcie ktoś spostrzegł, że Słońce nie obraca się wokół Ziemi. Wspomniani przeze mnie wyżej trzej ekonomiści, marginaliści, doprowadzili do ogromnej zmiany w pączkującej dopiero nauce ekonomii. Wprowadzili pojęcie subiektywizmu ekonomicznego, zgodnie z którym ludzie wartościują poszczególne dobra w zależności od własnych indywidualnych preferencji. Nie istnieje coś takiego jak obiektywna wartość, bo sama "wartość" rodzi się w umyśle każdego z nas. Filatelistom podobają się znaczki, znawcom sztuki obrazy Matejki, socjalistom dzieła Marksa, fanom Orsona Wellesa "Obywatel Kane", a młodym nastolatkom płyty Britney Spears. Każdy wartościuje poszczególne dobra i usługi w zależności od subiektywnych upodobań i to jest głównym czynnikiem wyznaczającym ceny.
Cena to świadectwo, ile jakaś jednostka jest w stanie zapłacić za konkretny przedmiot lub przysługę. Nie mniej, nie więcej. Cena nie mówi nic o czynnikach produkcji, gdyż te dostosowują się w zależności tego, jak bardzo wartościowy jest dla ludzi produkt końcowy. Doskonale określił to Richard Whately (jeden z pierwszych chrześcijańskich wolnościowców), twierdząc trafnie, że perły nie dlatego są wartościowe, że ludzie nurkują w ich poszukiwaniu, ale ludzie nurkują za nimi, bo są wartościowe. Wykorzystanie kapitału, pracy i czynników produkcji do tworzenia produktów jest wartościowe, ponieważ w efekcie powstanie realne bogactwo, jakim będzie zainteresowany konsument. Proces wartościowania przebiega zatem w drugą stronę i koszty produkcji dostosowują się do wahań preferencji konsumentów. Ile byłby warty ciężki sprzęt w fabrykach samochodowych, jeśli nagle ludzie przestaliby kupować auta? Zatem wartościowanie przebiega w odwrotną stronę niż zakładali ekonomiści przed rewolucją.
Najważniejszym z marginalistów był Carl Menger, który zebrał wcześniejsze doświadczenia hiszpańskich scholastyków i francuskich klasyków liberalizmu w monumentalnym dziele "Principles of Economy". Jevons i Walras operowali aparatem matematycznym, zaś Menger, założyciel szkoły austriackiej, poruszał się na obszarze prakseologicznym, analizując motywy działania ludzi; mniej formalnie, ale za to bardziej zrozumiale. To pozwoliło mu, między innymi, rozwiązać paradoks Smitha. Diamenty są więcej warte, gdyż ludzie cenią je bardziej niż chleb z powodu małej ich ilości. Z subiektywizmem wiąże się ściśle prawo korzyści marginalnej, zgodnie z którym każdą następną jednostkę danego dobra cenię mniej niż poprzednią. Dlatego wymieniam ostatnią z moich dziesięciu pietruszek na dziesiątego pomidora od Jasia. Analogicznie na pustyni sytuacja z diamentami i wodą ulega dokładnemu odwróceniu i to woda z powodu rzadkości staje się dobrem bardziej pożądanym niż diamenty. Nawiasem mówiąc, walka z problemem rzadkości jest motywem działania ludzkiego wyrażającego się organizacją systemu gospodarczego.
Carl Menger słusznie zwrócił uwagę na to, że handel nie jest grą o sumie zerowej. Nie sposób, aby jedna ze stron wzbogaciła się na handlu, tak jak to sugerował Karol Marks. Zdaniem prekursora socjalizmu kapitalista wyzyskuje robotnika, będąc stroną, która na handlu zyskała. Z drugiej strony zaś proletariat to strona tracąca, ponieważ klasa panujących ma rzekomo być w sytuacji lepszej. Niestety, Marks miał klapki na oczach i nie potrafił sobie odpowiedzieć na proste pytanie: dlaczego ten robotnik chce być wyzyskiwany? Dlaczego ludzie są zainteresowani pracą w kopalniach po kilkanaście godzin dziennie? Odpowiedzi na to pytanie udziela koncepcja subiektywizmu ekonomicznego, zgodnie z którą akt wymiany jest w pełni dobrowolny, w związku z czym na handlu zyskują zawsze obydwie strony. Jeśli nie ma mowy o przymuszaniu do pracy, w takim układzie w momencie sprzedawania przez pracowników swojej pracy kapitalistom, zyskują zarówno ci drudzy, jak i ci pierwsi. Na swobodnej wymianie zawsze skorzystają obydwie strony, gdyż w innym razie do samego handlu by nie doszło, od kiedy ten jest dobrowolny.
Angażując się w procesy wymiany, podejmuję świadomy wybór i w tym momencie robię to, co w moim przekonaniu będzie dla mnie korzystne. Jeśli zamieniam moją ostatnią pietruszkę za pomidora Jasia, oznacza to, że bardziej sobie cenię tegoż pomidora niż moją ostatnią pietruszkę. Z kolei Jasiowi nie zależy tak bardzo na dziesiątym pomidorze jak na mojej pietruszce. Dochodzi do spontanicznej wymiany, po której ja mam 9 pietruszek i jednego pomidora, a Jasio 9 pomidorów i jedną pietruszkę. Na handlu skorzystaliśmy obaj, ponieważ nie odpowiadałoby nam posiadanie po 10 sztuk jednego z warzyw. Analogicznie jest podczas każdej innej transakcji, włącznie z użyciem pieniądza. Jeśli kupuję czasopismo za 10 złotych, to oznacza, że cenię sobie bardziej to czasopismo niż moją część pieniędzy. Z kolei sklepikarz, sprzedając mi gazetę, bardziej ceni sobie 10 złotych niż towar, jaki mi oferuje. Każde kroki podejmowane przez ludzi mają w ich mniemaniu przyczynić się do poprawy ich sytuacji materialnej, uczuciowej, umysłowej itd. Tą samą zasadą rządzą się prawa ekonomii. Z pozoru wydaje się to oczywiste - jaka szkoda, że dzisiaj bardzo często się o tych podstawach zapomina!
Zgodnie z powyższym z teoretycznego punktu widzenia marksizm to teoria co najmniej błędna, która nie jest w stanie wyjaśnić natury procesów wymiany. Socjaliści wobec braku poprawnej teorii opierają się na suchych faktach wyodrębnionych ze złożonej rzeczywistości. Tymczasem nie można podważyć jakiejkolwiek teorii samymi faktami, ponieważ teoria może zostać obalona jedynie poprzez inną teorię. Fakty są bardzo złożone i różnorodne, jak również nie mówią same za siebie. Samo spostrzeganie pewnych zjawisk nie wystarczy do odrzucania prawidłowości. Prymitywna argumentacja sprowadza się do następującej: w XIX wieku podczas kapitalizmu ludzie byli w dużym stopniu wyzyskiwani i żyli w biedzie, jak zatem kapitalizm może być dobrym systemem? Dzisiaj jest więcej "socjału" i jest lepiej!
Oczywiście, same spostrzeżenia są słuszne i nie podlegają dyskusji. Tak, robotnicy żyli w strasznych warunkach. Tak, ich zarobki były bardzo niskie. Tak, dzieci również pracowały, podobnie jak matki. Tylko, że rozsądny człowiek zada sobie pytanie, co było skutkiem tak ciężkiej sytuacji. U progu rewolucji przemysłowej poziom życia był na bardzo niskim poziomie. Już zanim odpalono, jak na razie najbardziej złote, lata filozofii leseferystycznej, warunki życia były fatalne. Liczba populacji rosła, stary porządek społeczny gnił, cały wcześniejszy system nie był w stanie sprostać potrzebom wchodzącego w etap dynamicznego rozwoju społeczeństwa. Biznes był przyzwyczajony do czasów merkantylistycznych i cechowych, w których liczyły się przywileje i wąska grupa interesów.
Wejście w życie ideologii laissez-faire przewróciło to wszystko do góry nogami. Nagle pojawiła się znakomita szansa na rozwój i poprawę dobrobytu wszystkich ludzi. Socjaliści narzekają, że tworzono wielkie fabryki, w których "wyzyskiwano" robotników, ale nie odpowiadają już sobie na pytanie, po co te fabryki tworzono. Wielki biznes istnieje oczywiście dla wielkiej masowej konsumpcji, a więc dla wszystkich konsumentów, a szczególnie dla tych biedniejszych. Akumulowanie kapitału, czego nie znoszą socjaliści, jest źródłem poprawy dobrobytu wszystkich stron handlu, zgodnie z założeniami rewolucji marginalnej. Ford gromadzi kapitał nie kosztem robotników, ale właśnie w ich i w swoim interesie. Wprowadza nowe technologie (a teraz socjaliści zamieniają się w luddystów i protestują przeciwko maszynom!), podwyższa płace, obniża czas pracy, koszty produkcji, ceny produktów, które są coraz doskonalsze.
Niezaprzeczalnym faktem rewolucji przemysłowej jest astronomiczne powiększenie się produkcji. Dla kogo ona była przeznaczona? No chyba nie dla obszarników z płonącymi przez całe dnie cygarami w rękach... Podczas rewolucji wyprodukowano tyle dóbr, ile zdołał wytworzyć świat przez całą swoją wcześniejszą historię. Gdyby nie postęp technologiczny i pojawienie się kapitalizmu, świat skończyłby w przerażającej wizji Roberta Malthusa, zgodnie z którą rosnąca populacja przewyższy znacznie przyrost produkcji żywności. Przed klęską głodu ratuje świat ciągły postęp technologiczny i rozwój kapitalizmu.
Toteż podczas rewolucji przemysłowej korzystało całe społeczeństwo, a szczególnie harujący robotnicy, którzy trafili na ogromną szansę podniesienia stopy życiowej. Matki, które nie miały czego włożyć do garnka (o ile ten miały), zaczynały pracować wraz z dziećmi, aby te nie umarły z głodu. Oczywiście, dla nas to przerażający obraz, podobnie jak przerażający jest obraz krajów III Świata. Nota bene sytuacja w krajach mocno zacofanych jest porównywalna z tą w krajach rozwiniętych u progu rewolucji przemysłowej. Jedynym wyjściem jest przejść przez okres industrializacji długiego czasu pracy za niższe stawki po to, żeby akumulować kapitał i reinwestować zyski, które w przyszłości przyniosą lepszy byt następnym pokoleniom.
Antykapitalistyczni historycy często powołują się na arbitralność prac małżeństwa Hammond, które w swoich dziełach krytykowało rewolucję przemysłową. Twierdzili, na przykład, że w 1760 r. ludzie byli "szczęśliwsi" niż w 1830. Trudno chyba o bardziej autorytarne stwierdzenie, które powinno służyć jako modelowy przykład tworzenia statystyk z kosmosu w celu promowania konkretnej ideologii. Jacy ludzie? Ci, którzy urodzili się w 1740 r. byli szczęśliwsi w wieku dwudziestu lat niż dziewięćdziesięciu? A może chodzi o te 100% ludności, której przybyło od roku 1760 do 1830 (przyrost z ponad 8 milionów do 16)? I czemu ci ludzie byli "szczęśliwsi"? Może dlatego, że jeszcze się nie urodzili...
Większość ludzi, która pisała historię, ignoruje prawidłowości ekonomiczne. Najgorsze jest to, że ich błędy są do dzisiaj powtarzane. Za odpowiedni przykład może posłużyć Noami Klein, autorka podstawowego podręcznika antyglobalistów "No logo", w którym zwraca uwagę, że w krajach III Świata ludzie pracują po kilkanaście lat na to, co osiągają w kilka miesięcy ich odpowiednicy w krajach rozwiniętych. Po tymże, jakże trafnym spostrzeżeniu, autorka zawodzi nas, nie odpowiadając sobie na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Cechą socjalisty jest zauważanie pewnych rzeczy, po czym powiązanie ich bez żadnego rozumowania ze wstrętnym kapitalizmem na zasadzie "wirus neoliberalny jest wszędzie". Kraje III Świata są biedne, ponieważ nie miały szczęścia przeżyć tyle czasu w szeroko rozumianym systemie kapitalistycznym, co prosperujący Zachód. Potrzeba kilku pokoleń, wielu oszczędności i inwestycji, zwiększanych poprzez znienawidzoną akumulację kapitału, aby osiągnąć ten dobrobyt. Jak się socjalistom wydaje, dlaczego ludziom na Zachodzie żyje się lepiej?
Małe dziecko, którego umysł potrafi nieraz naprawdę zaskakiwać spostrzegawczością, odpowie nam idealnie. Mają więcej rzeczy, więcej fajnych pomysłów, więcej budynków i dróg. Tłumacząc prosto, mają lepiej rozwinięty rynek dóbr i usług, mądrzejsze społeczeństwo, inwestycje w edukację oraz więcej infrastruktury. Wszystko to może się odbyć jedynie poprzez zwiększony kapitał, cudów nie ma. Socjaliści naiwnie sądzą, że ludziom żyje się lepiej dzięki socjalnym dobrodziejstwom, zasiłkom, płacy minimalnej. Szkoda tylko, że nie ma to żadnego powiązania z tym, co przyczynia się do wzrostu gospodarczego. Niech socjaliści zaproponują swoje znakomite pomysły biednej Afryce. Trzydziestopięciogodzinny tydzień pracy, progresja podatkowa w wysokości 60%, zasiłki w wysokości 90% płacy minimalnej, a dobrobyt pojawi się taki jak na Zachodzie! Jakież to proste.
Zaglądnijmy teraz do statystyk. John Stuart Mill, "Ekonomia polityczna" (cytuję za: Witold Kwaśnicki "Zasady gospodarki rynkowej). "W latach 1833 do 1883 robotnik otrzymywał Âťod 50% do 100% większe wynagrodzenie za pracę o 20% mniejsząÂŤ (o tyle zmniejszył się średni czas pracy w ciągu tych 50 lat). Przykładowo, tygodniowe płace cieśli (podobnie jak i murarzy) w Manchesterze wzrosły z 24 do 34 szylingów, cieśli w Glasgow z 14 do 26 szylingów, tkaczy osnowy (w Huddersfield) z 16 do 25 szylingów, tkaczy (mężczyzn w Bradford) z 8 szylingów i 3 pensów do 20 szylingów i 6 pensów. Płaca dzieci przy przędzeniu wzrosła z 4 szylingów i pięciu pensów w 1833 r. do 11 szylingów i 6 pensów w 1883 roku. Procentowo wzrost płac wyglądał następująco: cieśle, Manchester - 42%, Glasgow - 85%; murarze, Manchester - 50%, Glasgow 80%; kamieniarze, Manchester - 24%, Glasgow - 69%; górnicy, Staffordshire - 50%; w Huddersfield: tkacze osnowy - 55%, czyściciele wełny - 30%, przędzarze - 20%, tkacze - 115%, nawijacze - 83%; w Bradford: tkacze - 150%, nawijacze - 100%, dzieci przy przędzeniu - 160%".
Pamiętajmy, że był to okres, w którym pieniądz był (mniej lub bardziej, różnie z tym bywało) przywiązany do złota, a więc nie występowała inflacja, lecz deflacja, także płace realne rosły jeszcze bardziej. Spójrzmy dalej na statystyki dotyczące spożycia. "Przykładowo w latach 1840 do 1881 roku wzrost spożycia na jedną osobę rocznie wynosił: bekonu i szynki z 0,01 funta do 13,93 funta (tzn. ok. 6,3 kg), masła: z 1,05 funta do 6,36 funtów, sera z 0,92 do 5,77 funtów, rodzynek i winogron z 1,45 do 4,35 funtów, jaj z 3,63 sztuk do 21,65 sztuk, ziemniaków z 0,01 funta do 12,85 funtów, ryżu z 0,9 funta do 16,85 funtów, pszenicy, owsa i mąki z 42,47 do 216,92 funtów, cukru nierafinowanego z 15,20 do 58,92 funtów, oraz cukru rafinowanego z 0 do 8,44 funtów, herbaty z 1,22 do 4,58 funtów. Jedynym produktem (podawanym w książce Milla), którego spożycie spadło, była kawa - z 1,08 funta do 0,89 funta. Na uwagę zasługuje bardzo mały wzrost spożycia alkoholu: wina z 0,25 do 0,45 galona i wódki z 0,97 do 1,8 galona".
W miarę, jak rosła produktywność, inwestycje i kapitalizm, poprawiała się stopa życiowa i dzieci przestawały pracować w fabrykach. To nie ustawodawstwo sprawiło, że dzieci nie musiały już pomagać rodzicom, a dynamiczny rozwój, jakiego doświadczono podczas rewolucji przemysłowej. Dziwne wydaje się zachowanie ludzi, którzy widząc fatalne warunki, jakie panowały w wieku XIX, zaczynają się burzyć na kapitalistyczny porządek. Przypomina to trochę następujące zachowanie. Wyobraźmy sobie kraj, który przeżył wiele lat w feudalizmie lub komunizmie i obecnie większa cześć społeczeństwa żyje w biedzie. Kraj nie przeżył okresu industrializacji, więc tym gorzej dla ludności. Oczywiście, socjaliści takim krajem się nie zajmują, ale kiedy pojawi się porządek kapitalistyczny, od zaraz zaczynają protestować. Ludzie pracują po 14 godzin dziennie, zarabiają mniej i pracują w gorszych warunkach niż robotnicy w krajach biedniejszych. Krytyka będzie zmasowana, "wyzysk", złe warunki pracy, niskie płace itd. Takie rozumowanie to kolorowy fatałaszek. Nie sposób interpretować tego inaczej niż jako obwinianie lekarza, który leczy chorobę. Przydałoby się troszkę nauki o związkach przyczynowo-skutkowych.
Mateusz Machaj
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 11093 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.