wtorek, 21 grudzień 2010 09:19

Wakacyjna lekcja ekonomii

Napisane przez

Lipiec i sierpień to czas szczególny, gdyż właśnie wtedy mamy najwięcej dni wolnych od pracy. Większość z nas wyjeżdża wówczas na wakacje i urlopy, aby odpocząć od codziennych zmartwień, zwiedzić nowe miejsca, nabrać sił przed powrotem do szkoły i pracy. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że okres wakacji to również czas najbardziej racjonalnego zachowania jednostek. Nie jest to artykuł o tym, jak Polacy spędzają wakacje, lecz o ich wolnorynkowym zachowaniu podczas nich. Już tłumaczę, o co mi chodzi.

- Trzeba zakazać sprowadzania używanej odzieży, bo przez to polski przemysł włókienniczy jest na skraju bankructwa - jest to bardzo popularny pogląd wśród Polaków.

- Nie można dopuścić do importu używanych samochodów, gdyż grozi to upadkiem fabryki Daewoo w Lublinie, poza tym dealerzy samochodowi wraz ze zmniejszającymi się obrotami zaczynają zwalniać pracowników - na pewno każdy z Państwa spotkał się z takim poglądem u jakiegoś swego znajomego.
Powyższe przykłady charakteryzują specyficzny model myślenia panujący wśród Polaków. Import towarów jest niedobry, gdyż zabiera miejsca pracy, rodzime firmy bankrutują w konkurencji z zagranicznymi, a obcokrajowcy zarobione pieniądze wywożą z Polski, przez co stajemy się jeszcze bardziej ubogim krajem. Społeczeństwo popiera zakreśloną na szeroką skalę "ochronę" rodzimego rynku przed zagranicznymi firmami, nie protestuje przeciw cłom, VAT-om i innym formom podwyższania cen na granicach. Nie mało osób uważa nawet, że to wszystko jest korzystne dla gospodarki. Istnieją wręcz różnego rodzaju lobby, które się ceł domagają!
Oczywiście, nakładanie ceł, zakazywanie lub ograniczanie importu jest niekorzystne zarówno dla konsumentów, czyli nas wszystkich, jak i dla gospodarki. Skoro jednak Polacy popierają politykę "chroniącą nasz rynek", to niezrozumiała może wydawać się jedna rzecz: dlaczego będąc w okolicach granicy z naszymi południowymi sąsiadami masowo jeżdżą tam po zakupy? Dlaczego przywożą stamtąd - czyli de facto importują - piwo, wódkę, słodycze, a nawet zabawki skoro wszystko to jest dostępne na miejscu? Patrząc przecież na to ze strony przeciętnego zjadacza chleba, który na co dzień głosi powyższe poglądy, takim zachowaniem przyczynia się do zwolnienia kilku osób z firmy produkującej zabawki. Ponadto przez jego zakupy u południowych sąsiadów niejedna gorzelnia wpadnie w kłopoty finansowe, a może nawet wkrótce zbankrutuje! Wszystko dlatego, że po piwko i flaszkę na wieczór wolał udać się na Słowację lub do Czech, aniżeli kupić ją w miejscowym sklepie monopolowym.
Odpowiedź, na pytanie dlaczego Polacy masowo jeżdżą po alkohol do południowych sąsiadów, jest jednak bardzo prosta. W Polsce nie panuje prohibicja, więc szczególnie w kurortach górskich sprzedaż prowadzona jest normalnie. Nie panuje też, co widać gołym okiem, deficyt alkoholowy - sklepy są wręcz wypchane do granic wytrzymałości skrzynkami z popularnym napojem.
Przyczyną wycieczek do południowych sąsiadów jest tylko i wyłącznie cena towaru, która w porównaniu z cenami tych samych towarów na miejscu jest o kilkanaście lub kilkadziesiąt procent niższa!!! To jest przyczyną tego, że niemal każdy będąc w górach przekracza z pełnymi siatami i wypchanymi plecakami granice.
Na Słowacji butelka wódki kosztuje po przeliczeniu koron 12 złotych, w Czechach jest jeszcze tańsza. Tam można ją kupić już po 11 złotych. W Polsce, o ile dobrze pamiętam, cena oscyluje wokół 25 złotych.
Załóżmy więc, że za trzy wódki, skrzynkę piwa i 10 czekolad zapłacilibyśmy w Polsce 200 złotych. W Czechach i na Słowacji za te same zakupy zapłacimy ok. 70-80 zł, czyli o ponad sto złotych mniej. Idąc po te produkty za szlaban (pierwsze sklepy są oddalone dosłownie o kilka metrów od punktu granicznego), wywozimy kapitał, zabieramy miejsca pracy Polakom oraz przyczyniamy się do wzrostu potęgi gospodarczej naszych sąsiadów - takie są przecież skutki naszego zachowania patrząc na nie oczyma statystycznego Polaka.
Przyczyny tego, że Polacy zapominają nagle o swych przekonaniach, rzecz oczywista całkowicie błędnych, mogą być trzy.
Pierwsza możliwość jest taka, że moi rodacy powtarzają zazwyczaj sądy i teorie usłyszane w telewizji myśląc, że tzw. niezależni eksperci z wiadomości gospodarczych przekazują nam prawdę o ekonomii i przyjmują usłyszane tam stwierdzenia za prawdziwe. Jest rzeczą chyba oczywistą, że ci wszyscy, którzy występują na szklanym ekranie, albo nie mają pojęcia o gospodarce, albo są zaciekłymi etatystami i przekazują społeczeństwu teorie Keynesa i Galbraitha.
Drugą możliwością z kolei jest to, że w czasie wyjazdów zazwyczaj nie oglądają - parafrazując Waldemara Łysiaka - ogłupiacza, czyli telewizji i to jest przyczyną tego, że postępują jak klasyczni kapitaliści. Zapominamy o tym, że trzeba jak najszybciej wprowadzić podatek importowy, a podczas kontroli celnej modlimy się, aby tylko nie przekroczyć dozwolonej ilości produktów, które można przewieźć bez cła!
Wreszcie trzecia możliwość jest taka, iż Polacy nadal tak sądzą, jak mówią, ale zachowanie wolnorynkowe jest immanentną cechą każdego człowieka. Świadczyłoby to o tym, że wbrew temu, co się sądzi i głosi, ludzie i tak postępują w taki sposób, aby tanio kupić - drogo sprzedać, i żadne lanie wody w telewizji oraz prasie nie jest w stanie tego przełamać. Trzecia możliwość pokazuje, iż ludzie zupełnie nieświadomie działają wbrew swoim poglądom, jak również podświadomie kierują się zdrowymi zasadami handlu. Po raz kolejny należy więc sobie uświadomić jak potężnym i odpornym na etatystyczną propagandę mechanizmem jest niewidzialna ręka rynku.
Przy okazji, skoro już został podjęty temat importu towarów zagranicznych, warto od razu obalić kilka panujących w Polsce mitów.
Przede wszystkim swobodna wymiana handlowa nie powoduje bezrobocia, lecz je zmniejsza. Jeśli w Czechach dokonamy zakupów za 100 złotych, a w Polsce za to samo zapłacilibyśmy np. 150 złotych, to zostaje nam w portfelach 50 złotych. Gdybyśmy kupowali polskie piwo i polską wódkę, wówczas nie mielibyśmy 50 złotych, które i tak podczas majówki w górach wydamy. Ale nie wydamy ich już na alkohol, gdyż w tym segmencie jako konsumenci jesteśmy już usatysfakcjonowani, lecz wydamy je na coś zupełnie innego. Kupimy lody, kupimy żonie albo narzeczonej bluzkę lub sukienkę, w ostateczności będziemy mieć na lekarstwo, które pomoże nam zwalczyć poranny ból głowy.
Kupując lody, zapiekankę, sukienkę i lekarstwo, dajemy pracę lodziarzowi, krawcowej, aptekarzowi a także wielu innym osobom. Gdybyśmy kupili alkohol w kraju, wówczas nie mielibyśmy już pieniędzy, aby dać pracę innym Polakom. Po prostu w naszych portfelach tych 50 złotych już by nie było.
Wniosek, jaki płynie z wakacyjnych wyjazdów, powinien być zatem oczywisty. Import jest korzystny dla gospodarki, a ponadto mimo wysiłków antyliberalnych sił nie da się pokonać w człowieku tego, co nazywamy racjonalnym zachowaniem. Zawsze, ale to zawsze, mając do wyboru produkty o tych samych cechach różniące się jedynie ceną, wybierzemy tańszy. Inaczej być nie może.
Gdy usłyszą więc Państwo w rozmowie ze znajomym, który po powrocie z wakacji w górach - gdzie popijał wieczorem czeskiego Mnicha - nadal głosi poglądy o potrzebie uszczelniania granic, zapytajmy: dlaczego jest tak bardzo niekonsekwentny? Dlaczego postępuje wbrew swoim poglądom?
Może na tym przykładzie uda się komuś z Państwa zaszczepić wolnorynkowe poglądy i przekonać, że import wcale nie jest zły, a wręcz przeciwnie - przyczynia się do rozwoju i bogactwa całego narodu.
Paweł Toboła-Pertkiewicz
Wyświetlony 8963 razy
Więcej w tej kategorii: « Kakokracja Etatystyczne brednie (3) »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.