wtorek, 21 grudzień 2010 09:21

Marcos, narcos i zapach forsy (2)

Napisane przez

Gdyby nie rekomendacje Lucasa Mazere, Arturo Pacheco, a zwłaszcza dr S., lekarza belgijskiego pracującego w tajnym szpitalu "zapatystów" w Ovetico - przyjaciół tragicznie zmarłego w Meksyku, Marco Sadowskiego, syna Luisa, polskiego emigranta z Argentyny - o spotkaniu z "subcomandante" mógłbym jedynie marzyć.

Spotkanie

Gdyby nie rekomendacje Lucasa Mazere, Arturo Pacheco, a zwłaszcza dr S., lekarza belgijskiego pracującego w tajnym szpitalu "zapatystów" w Ovetico - przyjaciół tragicznie zmarłego w Meksyku, Marco Sadowskiego, syna Luisa, polskiego emigranta z Argentyny - o spotkaniu z "subcomandante" mógłbym jedynie marzyć. Ale nawet tak silne wstawiennictwo nie przydałoby się na nic, gdybym nie był Polakiem. Powtarzano mi to na każdym kroku. Dla ludzi z otoczenia Marcosa, my Polacy, uchodzimy wciąż za wzór rewolucyjnej cnoty. Mecenas Avendańo uważa nawet, że akuszerką rewolty chłopskiej w Chiapas była... "Solidarność". Podobno Marcos w kilku swoich wypowiedziach wykorzystywał wypowiedzi Lecha Wałęsy.
 
Oczekiwanie
 
Mimo wspaniałych referencji i pełnej akceptacji ze strony kierownictwa "zapatistas" czujność rewolucyjna nakazywała, abym na to spotkanie czekał prawie dwa tygodnie. Najpierw w stolicy stanu, Tuxtla Gutierrez. Stamtąd miałem zostać zabrany w góry, skąd przejąć mnie mieli ludzie z bezpośredniego otoczenia Marcosa, i zawieźć do jego siedziby. Z prasy dowiedziałem się, że znajduje się ona gdzieś o dwie godziny jazdy, w okolicach miasteczka Ocosingo.
W Tuxtla czekałem dwie doby, siedząc murem w zatęchłym pokoju dość ponurego pensjonaciku. Nie wolno mi było wyjść po gazetę, do telefonu czy nawet coś zjeść. Całkowity zakaz. Odebrano mi nawet paszport. Moim jedynym, przypadkowym łącznikiem ze światem była sprzedająca w pobliżu pensjonatu owoce mango parunastoletnia ciężarna Indianka. Traktowałem ją jak zesłankę Ducha św. Gdyby nie ona, umarłbym na tym bezludziu z głodu i paragnienia. Myślę zresztą, że to wcale nie był przypadek, rewolucjoniści użyli jej pewnie celowo do "opiekowania" się mną. Jakże inaczej wytłumaczyć jej nagłe zniknięcie z chwilą pojawienia się w Tuxtla dr S.?
Belg zaopatrzył mnie w adres hoteliku "Don Kijote" w San Cristobal, gdzie miałem czekać na dalsze instrukcje. Prosił o cierpliwość. Spotkanie jest już wyznaczone, muszą jedynie sprawdzić, czy nie mam "anioła stroża". Podobno każdy cudzoziemiec wjeżdżając do Chiapas ma swojego "cienia" z "Policia Judicial", meksykańskiego odpowiednika FBI. Należało się spodziewać, że i ja byłem obserwowany.
Władze nie chcą, aby informacje o "zarazie" (Marcos użyje później sformułowania "gorączka") przedostały się poza Chiapas. Stąd cudzoziemcy, a już dziennikarze obowiązkowo, podlegają szczególnej inwigilacji. Sympatyczna pani konsul z ambasady polskiej w Mexico City błagała mnie wręcz, abym do Chiapas nie jechał, bo mogę stamtąd nie wrócić...
Tak minął tydzień. Najdłuższy tydzień mojego życia. Miałem wrażenie, że odsiaduję wyrok więzienia. Zwłaszcza, że w San Cristobal również obowiązywał mnie surowy zakaz poruszania się poza obrębem hotelu. Wprawdzie w "Don Kijote" znajdował się przynajmniej bar, ale mimo to zaczynała mnie ta konspiracja drażnić, rozważałem nawet rezygnację ze spotkania z Marcosem, zwłaszcza po tym, co w przeddzień wyjazdu w góry powiedział mi Amado Avendańo...
 
Mecenas
 
Pan Avendańo jest mężczyzną koło sześćdziesiątki, oddanym całą duszą Indianom, Chiapas i "walce o sprawiedliwość". - Z wykształcenia jestem adwokatem, z zawodu dziennikarzem, a z przypadku politykiem - przedstawił mi się.
Wraz z małżonką, Concepcion Villafuerte, w roku 1968 powołali do życia, poświęcone walce o prawa Indian pisemko drugiego obiegu "El Tiempo" (nakład: 2000 egz.). Od czasu przekształcenia się go, w styczniu 1994 roku, w organ informacyjny EZLN, publikują swój własny, kilkustronnicowy biuletyn "La Foja" (nakład: tysiąc egz.). Od stycznia 1994 należą do najściślejszego kierownictwa ideowego ruchu zapatistów.
Amado Avendańo przez wiele lat prowadził także regularną kancelarię adwokacką. Firma jednakże upadła z braku klienteli, szykanowanej przez władze w związku z wywrotową działalnością jej mecenasa.
- Ludzie bali się mnie wynajmować. Reżymowi sędziowie, policja dokuczali każdemu, kto tylko zwrócił się do mnie o pomoc. Moi klienci tracili licencje, pozwolenia na prowadzenie interesów, poddawano ich drobiazgowym kontrolom podatkowym...
Przez lata utrzymywali się wyłącznie z dobrowolnych datków oraz sprzedaży "El Tiempo". Tak jest zresztą i dzisiaj, choć od momentu objęcia władzy przez prezydenta Foxa oddychają swobodniej. W czasach, które opisuję, to jest we wrześniu 2000 roku, u władzy była wciąż PRI i przedstawiciele reżymu prezydenta Zedillo zatruwali im życie, jak tylko mogli...
Avendańo przeżył dwa poważne zamachy na swoje życie. Sześć lat temu, w drodze z Tonala do Tapachula, gdzie mieli się spotkać z miejscowym biskupem, potężna ciężarówka strąciła ich z drogi w przepaść. Prowadził siostrzeniec Avendańo - zginął na miejscu. Z siedmiu pasażerów, w strąconym "vanie", przeżyło tylko trzech, w tym Avendańo. Mowi, że ocalił go jakiś cud.
Zarówno sprawcy, jak i ciężarówki nie odnaleziono nigdy. Kilkutonowy wehikuł nie mógł zapaść się pod ziemię. Byli nawet świadkowie: całą ich trójkę znaleziono wkrótce martwą - zginęli w jakichś "niecodziennych" wypadkach.
We frontowej ścianie domku państwa Avendańo tkwią wciąż kule z innego zamachu; zresztą dom mecenasa ostrzeliwany był parokrotnie. Sprawcy - jak zwykle - nieznani.
W związku z zamachami na życie Avendańo "komenda główna" insurekcji wystosowała w lipcu 1994 roku, podpisany przez samego Marcosa apel do władz, w którym oświadczono, że "życie tego człowieka" jest warunkiem utrzymania "pokoju i sprawiedliwości" w Chiapas. Mocne słowa, w każdym razie Avendańo przeżył do dzisiaj, choć teraz już się śmierci nie lęka. Przyzwyczaił się do strachu, spowszedniał mu on. Jest oddany rewolucji, żyje nią, on pewnie tą rewolucją umrze.
Na moją uwagę, że chyba za dużo w Meksyku tych rewolucji, odpowiedział:
- Zapytałem kiedyś Ojca św., jeszcze przed rewolucją (papież odwiedził Tuxtla w 1989 r. - przyp. JMF), czy ziemia ta należy do Indian. I wie pan, co mi odpowiedział? Że tak, że to jest ziemia Indian. Majowie, Aztekowie byli tu jeszcze przed Cortezem.... Te słowa utwierdziły mnie w przekonaniu, że racja jest po naszej stronie!
 
Do kryjówki
 
W końcu dostałem wiadomość: wyruszamy wczesnym rankiem. Mam ze sobą zabrać jedynie pieniądze (rewolucjoniści za dowiezienie mnie do "subcomendante" policzyli sobie niespełna 200 dol.), dokument, który zostanie mi dostarczony na miejscu, ciepłą odzież oraz wodę. Żadnych aparatów, magnetofonów, notatników czy nawet długopisu. W drodze wyjątku pozwolono mi na zabranie kartki z pytaniami dla "subcomandante".
Czekałem na łącznika przed hotelem od 4 rano. Do 10 nie pojawił się nikt. W recepcji znalazłem jednak wiadomość, żebym nadal czekał.
Po południu, podając się za syna dr S., pojawił się w "Don Kijote" nie znany mi dotąd chłopak. Podał mi kopertę z "dokumentami" oraz moim paszportem, kazał sobie wypłacić umówione pieniądze i tak szybko, jak się pojawił, tak szybko odjechał.
Do następnego kontaktu doszło dopiero wieczorem, ok. 18.00. Wezwano mnie do recepcji, do telefonu. Mam się przygotować; wyjeżdżamy za pół godziny. Dokładnie 30 minut później pojawił się dr S., wraz z nim tęgi, wielki jak kloc Meksykanin w poncho. Poprowadził mnie do stojącego w uliczce obok, zabłoconego forda pick-upa. Wewnątrz samochodu siedziała kobieta, najprawdopodobniej Indianka, oraz młody mężczyzna. Powiedziałem "hola", nie odpowiedzieli. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła 19.00 - jeśli jest tak, jak mówił wcześniej Avendańo, to w kryjówce Marcosa powinniśmy być ok. pierwszej nad ranem.
W tym momencie zdałem sobie sprawę, że zapomniałem butelki z wodą. Musiałem zrobić jakąś "podejrzaną" minę, bo siedzący obok potężnego kierowcy mężczyzna ściągnął mi zegarek z ręki i dał znak do odjazdu...
Z San Cristobal jedziemy na północ. Droga wspina się stromo, ale ruch na niej niewielki. Szarzejące niebo oświetla z trudem przydrożne akacje i drzewa "zopote". Siedzące na szczytach drzew sępy sprawiają przygnębnębiające wrażenie. Próbuję nawiązać konwersację, ale trójka w szoferce siedzi, jakby byli niemi.
Nagle skręcamy gwałtownie w boczną dróżkę, samochód skacze jak pchła. Walimy głową w dach. W chwilę potem jazda uspokaja się. Wjeżdżamy na rodzaj płaskowyżu. Nie zdążyłem ochłonąć od tej nagłej zmiany kierunku jazdy, gdy kierowca skręcił koła samochodu o 180 stopni i wóz z rykiem silnika zarył się w błotnistą glebę. W Chiapas od tygodnia padał deszcz.
W tym momencie podbiegła do nas z wrzaskiem gromadka ludzi. Zaświecili w oczy reflektorami i dopiero wtedy dostrzegłem, że są uzbrojeni. Krew odpłynęła mi od głowy. Gdybym stał, pewnie bym upadł. Ludzie ci wdarli się do kabiny pick-upa i zaczęli nas, jednego po drugim z wnętrza wyciągać. Dopiero stojąc po kostki w błocie doszło do mnie, że są to żołnierze. Nie wiedziałem, cieszyć się czy lękać?
Moi współtowarzysze podróży jednakże zachowywali się spokojnie. Indianka stała wpatrując się w swoje bose stopy. Mężczyzna próbował gawędzić z jednym z żołnierzy. Kierowca zaś podszedł do najstarszego rangą i przez chwilę szeptał mu coś na ucho. Nie ulegało wątpliwości, że to ja jestem przedmiotem ich rozmowy. Mówili bardzo szybko, zrozumiałem tylko, że cała ich trójka pracuje dla mnie, że jestem inwestorem zzgranicznym, który ma w Meksyku tartak. Właśnie jedziemy oglądać tereny, które zamierzam kupić. Oficer kiwnął w moim kierunku ręką. Zbliżałem się do nich powoli, uśmiechając się niepewnie. Kierowca pickupa, później dowiedziałem się, że ma na imię Sebastian, sięgnął do kieszeni mojej kurtki, skąd wyjął kopertę z dokumentami przyniesionymi po południu przez chłopaka dr S. Wyciągnął zieloną książeczkę i pokazując oficerowi powiedział:
- Tu masz jego "fm3", możesz sprawdzić, wszystko się zgadza - równocześnie wyjął z kieszeni zwitek banknotów i podał wojskowemu. Oficer skwapliwie pieniądze schował, wyciągnął z plecaka mapę, coś na niej nakreślił, by ją w końcu wręczyć Sebastianowi. Zaraz potem zawołał żołnierzy, aby pomogli nam wydostać się z błota. Chwilę później znaleźliśmy się ponownie na szosie, z której zjechaliśmy pół godziny wcześniej.
I znowu bez słowa podążaliśmy w kierunku na północ, na Palenque. Mapa, którą kierowca dostał od oficera, przydała się znakomicie. Dzięki niej ominęliśmy kilka, zaznaczonych na niej "łapanek"; jedną, we wsi "Santissima Virgen de Carmen", dosłownie w ostatniej chwili. Sebastian źle odczytał mapę i omyłkowo skręcił w złą drogę. Wjechaliśmy niemal na kilkuset żołnierzy. Zajęci byli rewizją i wyciąganiem z domostw garstki przerażonych peonów, którzy półnadzy, drżąc z zimna stali w świetle reflektorów nieruchomi i przerażeni. Na szczęście jechaliśmy bez świateł, a oni nie mieli psów, w przeciwnym razie dopadliby i nas.
Byliśmy po drodze rewidowani jeszcze ze trzy razy. Za każdym razem okazywałem mój "fm3", czyli dokument zezwalający obcokrajowcowi na osiedlenie się i pracę w Meksyku, by w końcu mniej więcej o drugiej nad ranem, po prawie sześciu godzinach jazdy, a potem godzinie marszu po górskich koleinach znaleźć się na rozjaśnionej światłem księżyca górskiej przełęczy.
 
Subcomediante
 
Była to scena jak z taniego, kiczowatego filmu; oto na tle tarczy księżyca ukazała nam się postać na koniu. Jeździec podjechał do nas na odległość trzech, czterech metrów. Jego sylwetka odbijała się w świetle księżyca, jak w bajce. Podniósł rękę w geście powitalnym i lekko ochrypłym głosem spytał:
- Jak się macie, przyjaciele? Como estan amigos?
Jadąca z nami Indianka, Hilaria, pozdrowila go skinieniem głowy. Ja też coś bąknąłem. Kobieta podeszła do jeźdźca i coś mu referowała w języku "tzetzal" bądź "tzotzil". Mężczyzna kiwnął pospiesznie głową, ściągnął lejce i delikatnym kłusem ruszył w moją stronę.
- To ty chcesz ze mną rozmawiać, amigo? - nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy dodał: - A o czym chcesz ze mną, amigo, rozmawiać?
Twarz miał zasłoniętą kominiarką, oczu nie widziałem, górował nade mną z wysokości konia. Spodziewałem się, że zejdzie, ale byłem w błędzie. Wydawało mi się nawet, jakby w ten sposób chciał podkreślić moją marność i pokazać swoją władzę...
- Interesuje mnie cel waszej rewolucji - zacząłem niepewnie - Czym różni się ona od innych rewolucji?
- Jest to pierwsza w dziejach ludzkości rewolucja cybernetyczna. Mamy własną stronę internetową (www.yabasta.com). Posługujemy się komputerami, łącznością satelitarną... A co do celu, to jest on prosty: chcemy, aby lud, który wybrał swoją władzę, był jej podmiotem, a nie przedmiotem. Uznajemy trzy fundamenty państwa: demokrację, wolność i sprawiedliwość. Domagamy się spełnienia tych zasad na razie na drodze bezkrwawej rewolty... - mówił jak sekretarz powiatowy na akademii pierwszomajowej - Jeśli jednak nasza "gorączka" będzie zbyt wysoka, uciekniemy się do bardziej brutalnych metod...
- Czy mógłby pan być nieco bardziej precyzyjny?
- Trudno, abym był jeszcze bardziej precyzyjnym! - odrzekł subcomandante - Nie rozumiesz, co to demokracja? Albo co to wolność, amigo?
- Rozumiem, ale formalnie w Meksyku jest i wolność, i demokracja - przerwałem.
- Formalnie, formalnie, ale w rzeczywistości ich nie ma. Nie ma sprawiedliwości!
- Jak pan sobie wyobraża sprawiedliwość?
- Bardzo prosto, chcemy stworzyć warunki, aby ci ludzie, ci biedni Indianie, panowie tej ziemi, przynajmniej nie głodowali. Chciał pan, abym był bardziej precyzyjny - powiedział z naciskiem, w jego głosie wyczuwało się agresję, a nawet wrogość - proszę bardzo. Dla tysięcy naszych braci, Indian, jedyną dietą jest placek "tortilla" oraz owoce "chile"... tortilla, chile... całe okrągłe życie...
I wtedy coś się we mnie zagotowało, może to alergia na rewolucyjną demagogię? Tym bardziej, że zaczynało dnieć. Byłem zmęczony i zawiedziony. Drażnił mnie ten facet na koniu... Poza tym jak on mnie potraktował? Byłem przecież gościem...
- To zdrowa dieta - powiedziałem - dzięki niej ci Indianie nie mają przynajmniej problemów z nadmiarem cholesterolu.
Wiem, że nie wypadało tak mówić, ale nie byłem w stanie się powstrzymać. Na moje słowa Marcos siarczyście zaklął, spiął konia, tak jak to zwykle robił "Zorro", i odjechał w kierunku blednącej tarczy księżyca...
 
Cdn.
Jan M. Fijor
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 8051 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.