Wydrukuj tę stronę
wtorek, 21 grudzień 2010 10:01

Pospieszny Warszawa-Budapeszt

Napisane przez

Na bliskiej nam sentymentalnie ziemi węgierskiej, funkcjonuje powiedzenie: "przyjechał pociąg pospieszny z Warszawy". Od 12 lat zmiany polityczne nad Dunajem są jakby przesunięte w czasie w stosunku do tego, co się dzieje u nas. Niedługo po ustaleniach naszego Okrągłego Stołu doszło też do zmian na Węgrzech. I też było to jakby powtórzenie polskiego konsensusu. Choć nieco odmienne...

 

Późną wiosną 1989 roku spotkała się ówczesna komunistyczna władza, czyli Węgierska Socjalistyczna Partia Robotnicza z nowo powstającymi ugrupowaniami opozycyjnymi: Węgierskim Forum Demokratycznym; Związkiem Wolnych Demokratów, Niezależną Partią Drobnych Posiadaczy, Związkiem Młodych Demokratów oraz kilkoma mniejszymi, które nie zaistniały dłużej na politycznym forum. W wyniku ustaleń tego gremium ustalono termin wolnych wyborów do jednoizbowego parlamentu.
Obyło się bez pokracznej ordynacji, jaką nam zafundowały ustalenia decydentów w Magdalence. Wybory były w pełni demokratyczne bez klauzul i procentowych parytetów. Ich wynik był taki, jak w większości byłych państw Układu Warszawskiego. Po rządzie komunistycznym nastał czas rządów partii opozycyjnych pod wodzą śp. Józefa Antalla. I to była pierwsza zbieżność. W cztery lata później, zaledwie rok po recydywie byłych komunistów, na Węgrzech też doszło do powrotu postkomunistów. Mijają kolejne cztery lata i w rok po sukcesie AWS-u na Węgrzech do władzy doszedł centroprawicowy Fidesz... Pociąg pospieszny przyjeżdżał z regularnym opóźnieniem.
I przyszedł rok 2002. Wszyscy oczekiwali w kwietniu na peronie..., przyjedzie..., spóźni się..., a może w ogóle nie przyjedzie....
Ale cofnijmy się pod końca lat 80. Węgrzy mieli nieco odmienną sytuację i polityczną i gospodarczą, niż Polska. Węgierscy komuniści nie byli tak ortodoksyjni jak ich polscy odpowiednicy, stworzyli przynajmniej względne możliwości do rozwoju gospodarczego, który był postrzegany przez obóz tzw. demokracji ludowej jako namiastka zachodniego dobrobytu. Już od lat 60. pozwalano ludziom gospodarować na prywatnych działkach oraz otwierać prywatne zakłady w segmencie usług. Może dlatego Węgrzy nigdy nie doświadczyli (bo nie musieli) szokowej terapii gospodarczej.
W sferze politycznej Węgry też pozostawały liberalnym wyjątkiem. Od początku lat 60. nie było tam represji politycznych, a cenzura była niemrawą instytucją. Węgry określano podobnie jak Polskę jako jeden z weselszych baraków za żelazną kurtyną.
Rewolucja nastąpiła w polityce. Na Węgrzech - doszło do wyborów w maju 1990 roku i od razu były to wybory w pełni wolne, nie obciążone "okrągło-stołowymi" ustaleniami. Do starcia z partią komunistyczną stanęło kilka partii o różnym rodowodzie i odwołujące się do różnego elektoratu. Pierwsze wybory to raczej plebiscyt niż głosowanie na konkretne partie. Komuniści stracili poparcie społeczne, a zniecierpliwieni wyborcy musieli się opowiedzieć po stronie partii o kilkumiesięcznym rodowodzie. A do wyboru mieli partie prawicowe: Węgierskie Forum i chrześcijańskich demokratów; centrowo-liberalny Związek Wolnych Demokratów i Fidesz, podówczas traktowany niemal jako młodzieżówka tej pierwszej. Stawkę pretendentów zamykał węgierski trybun chłopski, choć adwokat z zawodu, Jozsef Torgyan i jego Niezależna Partia Drobnych Posiadaczy.
Nie do końca wykrystalizowana scena polityczna przyczyniła się do rozbicia głosów, najsilniejsza partia - Węgierskie Forum - uzyskała 24%. Tylko specyficzna, i skomplikowana w swoich niuansach, ordynacja sprawiła, że te niespełna 25% dały partii Antalla ponad 40% poselskich mandatów. Powstaje rząd z udziałem Forum, chadeków i partii Torgyana.
Pierwszy niekomunistyczny rząd miał ułatwione zadanie. Jak wspomniałem Węgrzy mieli u siebie namiastki gospodarki rynkowej. Większość Węgrów od 20 lat dorabiała po godzinach "na swoim". O ile w 1989 r. prywatna inicjatywa przysparzała 16% dochodu, to już cztery lata później połowę. Mimo, że ten połowiczny dobrobyt (za cenę pracy po godzinach) doprowadził do niespotykanej w Europie nadumieralności mężczyzn, jak też wysokiej liczbie samobójstw, to miał też pozytywy. Węgrzy zasmakowali w prywatnej inicjatywie, a rząd to wykorzystał. Na Węgrzech w przeciwieństwie do Polski czy Czech nie starano się uczynić kapitalistami społeczeństwa rozdając po niskich cenach, majątek państwowy, ale starano się zbudować go od podstaw; służyły temu różnego rodzaju zachęty Jak zbawienne miało to dać skutki, świadczą obecne wskaźniki gospodarcze (wysoki wzrost PKB, małe bezrobocie).
Rząd Jozefa Antalla obiecał w ciągu 3 lat sprywatyzować podstawowe gałęzie gospodarki. I plan wykonał. W ciągu czterech lat znaleziono nabywców na 10 tys. punktów handlowych i gastronomicznych, a z 8 mln ha ziemi właścicieli znalazło 6 mln. Zmniejszono dotacje państwowe. Inflacja spadła ze 160% do 30%. Jednak choć stworzono ponad 300 tys. nowych miejsc pracy, bez pracy pozostawało ponad pół miliona osób. Liczba osób żyjących poniżej minimum socjalnego wzrosła ponad dwukrotnie. Odbiło się to na nastrojach społecznych. Odium niezadowolenia skupiło się na rządzącej prawicy. W 1992 r. postkomuna wróciła do władzy na Litwie, rok później w Polsce. Zbliżały się wybory w 1994 r. Sondaże nie wróżyły dobrze partii Antalla, na domiar złego skandal wstrząsnął Fideszem, który powoli zaczął się przesuwać na scenie politycznej w prawa stronę.
8 maja 1994 r. odbyły się drugie wybory parlamentarne na Węgrzech. Do wyścigu stanęła silna postkomunistyczna partia socjalistów z Gyulą Hornem (milicjantem w październiku w 1956 r.) oraz rozproszona prawica. Wyniki wyborów nie były zaskoczeniem. Prawica zapłaciła wysoką cenę za próbę przekierowania węgierskiej gospodarki na tory wolnego rynku. Socjaliści zdobyli trzydzieści kilka procent, ugrupowania prawicowe od 9 do 16 procent. Premiująca większe ugrupowania ordynacja dała socjalistom większość parlamentarną. Mimo zdobytej większości socjaliści zaproponowali koalicję socjalliberalnemu Związkowi Wolnych Demokratów (czemuś na kształt naszej Unii Demokratycznej). Tak powstała bardzo stabilna większość, która miała rządzić przez następne cztery lata. Nowa koalicja postawiła sobie za cel zminimalizowanie różnic materialnych w społeczeństwie, jak też uczynienie zeń podmiotu poprzez stworzenie społeczeństwa obywatelskiego zdolnego do sprostania nowym wyzwaniom. A miały nimi być: postępujący rozwój gospodarczy i nieuchronna integracja ze strukturami europejskimi. (Ten ostatni postulat przestał być wówczas czymś dziwnym. To wtedy następuje niesamowita metamorfoza partii postkomunistycznych, które ze strażników pamięci poprzedniego systemu stały się rzecznikami europejskiej integracji!!!).
Warto się przyjrzeć ówczesnym zmianom na prawej stronie węgierskiej sceny politycznej. Partia byłego premiera Borossa (Antall zmarł w grudniu 1993 r., pół roku przed wyborami) zdobyła zaledwie 12%, co i tak (jak pokaże przyszłość) było niezłym wynikiem. Socjalliberalny Związek Wolnych Demokratów idzie na współpracę z komunistami, a postrzegana do niedawna jako ich młodzieżówka - partia młodych gniewnych, czyli Fidesz, nie mogąc się pogodzić z woltą swoich mentorów, powoli zaczęła się przesuwać na pozycje konserwatywne. Victor Orban przywdziewa garnitur, obcina długie włosy i staje się statecznym konserwatystą. Ponoć do tej roli namaścił go sam Antall. Zwraca też uwagę partia Drobnych Posiadaczy, będąca kontynuacją partii mającej silne poparcie w okresie przed II wojną światową. Kierujący tym ugrupowaniem Jozsef Torgyan, sypiący aforyzmami i dykteryjkami na forum parlamentu, był bodaj najzabawniejszą postacią na węgierskim firmamencie.
Taki był krajobraz polityczny Węgier połowy lat 90.: rozproszona prawica kontra monolit partii socjalistycznej. Sytuacja ta aż nazbyt przypominała marazm polskiej prawicy z tego okresu. Lecz niebawem ma miejsce cud, prawica zaczyna odnosić sukcesy. Następuje coś na kształt rekonkwisty dekomunizacyjnej w krajach Europy środkowowschodniej (konserwatyści z chadekami przejmują władzę na Litwie w 1996 r., a AWS z Unią Wolności w Polsce w 1997 r.).
Na Węgrzech sondaże przeprowadzone na rok przed wyborami w 1998 r. nie wskazywały na walkę dwóch przeciwstawnych obozów. Fidesz wedle tych sondaży miało popierać 17%, o jeden procent mniej partię Torgyana, socjalistów i socjalliberałów odpowiednio 12 i 6 procent. Partię nieżyjącego już wówczas Antalla zamierzało poprzeć zaledwie 2% Węgrów. Wpływ na to miał rozłam jaki się dokonał wewnątrz Forum. Na dwa lata przed wyborami doszło do secesji części działaczy o liberalnych poglądach. Pod wodzą Istvana Szabo założyli oni Demokratyczną Partię Ludową. Większość działaczy stanęła murem za swym dotychczasowym liderem Sandorem Lezsakiem. Niestety, był to już koniec samodzielnego bytu partii pierwszego nie-komunistycznego premiera po 1989 r.
Novum na węgierskiej scenie politycznej była Węgierska Partia Sprawiedliwości i Życia, posądzanego o nacjonalizm Istvana Csurki. Ten były zastępca Jozsefa Antalla w Forum Demokratycznym zasłynął memoriałem, który opublikował w 1992 r. na łamach "Magyar Forum". Rozprawił się w nim z ówczesną lewicową opozycją, zagranicznymi fundacjami, Żydami i światową finansjerą. Z czasem coraz ciaśniej zaczął się czuć w ugrupowaniu Antalla i zaczął wieść samodzielne życie polityczne. Nim się to stało, starał się znaleźć następcę na przywódcę, na miejsce śmiertelnie chorego Antalla.
Im bliżej wyborów tym sytuacja stawała się coraz bardziej zmienna. Niczym w kinie akcji następowały gwałtowne zmiany wyborczych liderów. Na rok przed wyborami opozycja miała przewagę, na trzy miesiące przed wyborami socjaliści ze swoim partnerami koalicyjnymi wyprzedzali prawicę o 10-15 procent. Nie zanosiło się, by ktoś mógł odebrać Gyuli Hornowi posadę premiera. Gra toczyła się o to, czy socjalistom uda się zdobyć wystarczające poparcie. Ich koalicyjny partner kiepsko wypadał w sondażach. Było to spowodowane niejasną dla elektoratu decyzją o przystąpieniu do koalicji, gdy socjaliści sami mieli większość. Nadto tuż przed wyborami socjaliści ostentacyjnie zaczęli walczyć o liberalny elektorat. W tym celu starali się doprowadzić do zantagonizowania sceny politycznej. Miało nastąpić to, co znamy ze swojego podwórka, a co zwykło się nazywać "polaryzacją" sceny politycznej.
O to, co było celem socjalistów na lewicy (zostanie hegemonem) walczyły też partie prawicowe. Jeszcze jesienią 1997 r. toczyła się walka o przywództwo na prawicy. W cień odchodziła najbardziej zasłużona dla transformacji partia Forum Demokratyczne. Głównymi pretendentami do schedy stawały się Fidesz oraz Niezależna Partia Drobnych Posiadaczy. Na początku 1998 r. sytuacja zaczęła się klarować. Notowania partii Torgyana zaczęły spadać a partii młodego od niedawna konserwatysty Orbana - rosnąć.
Im bliżej było wyborów tym stawało się jasne, że będzie to starcie dwóch lokomotyw wyborczych: socjalistów i Związku Młodych Demokratów, reszta mogła co najwyżej marzyć o roli tła. Trzeba przyznać, że dramaturgii, podczas dwóch ostatnich elekcji, wyborom węgierskim nie brakowało. Cztery lata temu pierwszą rundę wygrali socjaliści i to, zdawałoby się, z bezpieczną przewagą.
W pierwszej turze socjaliści wygrali z 33% poparcia. O 4% za nimi uplasowali się młodzi demokraci z Fideszu. Dla niektórych wynik drugiej tury stawał się do przewidzenia. Podczas dwóch wcześniejszych elekcji (1990 i 1994) zwycięzcy pierwszej tury, w drugiej poprawiali swój wynik.
Tym razem tak się nie stało. Niezwykła mobilizacja węgierskiej prawicy doprowadziła do nieoczekiwanego zwrotu. Złożyło się na to wiele czynników. Po pierwsze starcie dwóch opcji po raz pierwszy doprowadziło do dużego zainteresowania wyborami, w ich efekcie wzrosła frekwencja (a jak wiemy, choćby z naszego podwórka, ta sprzyja prawicy!!!). Po drugie ówczesna trzecia siła po pierwszej turze - Niezależna Partia Drobnych Posiadaczy wycofała swoich kandydatów w 82 okręgach i poparła kandydatów Fideszu. Wreszcie bodaj najważniejsza przyczyna. Przed drugą turą doszło do debaty telewizyjnej, gdzie na argumenty starli się pretendent do fotela premiera Victor Orban i urzędujący szef państwa socjalista Horn. Wszystkie ośrodki badań społecznych jasno wskazywały zwycięzcę tego pojedynku. Młody konserwatysta zdecydowanie pokonał w tej rozgrywce beneficjenta poprzedniego systemu. W wyniku tych kilku przyczyn zwycięzcy wyborów z 1994 r., mimo zwycięstwa w pierwszej rundzie, zdobyli o 14 mandatów mniej niż Fidesz i jego koalicjanci.
W pierwszych dniach lipca 1998 r. ukonstytuował się nowy rząd Fideszu i Partii Drobnych Posiadaczy. Mimo sceptycyzmu węgierskich mediów rząd ów nie zakończył żywota po kilku miesiącach, a dosyć nieobliczalny Torgyan i jego partyjni koledzy okazali się lojalnymi koalicjantami. Większość tek gospodarczych objęli nie partyjni dygnitarze, a cieszący się uznaniem w kręgach biznesu fachowcy.
Rząd Orbana miał dobry start. Niemal tuż po zaprzysiężeniu wziął się za uporządkowanie sektora publicznego. Na pierwszy ogień poszły rozdęte struktury zakładów ubezpieczeń, niektóre banki (słynna sprawa Postabanku, sponsorującego różne pisma). Wpisywało się to w logikę rozbicia powiązań między partiami politycznymi a państwowymi firmami, co było jednym z głównych motywów przewodnich kampanii Fideszu.
Ale rządy węgierskiej prawicy to nie tylko uporządkowanie układów w spółkach publicznych, to także zmiany sprzyjające rozwojowi gospodarczemu. Prywatyzacja, wspomaganie drobnej przedsiębiorczości przełożyło się na duży wzrost PKB (4,9% w 1999 r.) i malejące bezrobocie (poniżej 6%).
Rząd Orbana nie zapomniał też o swoich rodakach za granicą. W wyniku ustaleń po I wojnie światowej wiele terenów z większością węgierską znalazło się poza granicami państwa. Niemal w każdym kraju sąsiadującym z Węgrami pozostaje liczna diaspora: 600 tys. Węgrów na Słowacji, niemal 2 miliony w rumuńskim Siedmiogrodzie. To z myślą o nich Orban opracował "Kartę Węgra". Miała ona przyznać diasporze przywileje, takie jak możliwość podjęcia sezonowej pracy czy zniżki w placówkach kulturalnych i komunikacji. Karta wzbudziła ostre reakcje w krajach sąsiednich. Najostrzej protestowały dwa najbardziej zainteresowane kraje to jest Słowacja i Rumunia. Ta ostatnia wymusiła nawet by podobne przywileje mieli nie mający węgierskich korzeni obywatele rumuńscy.
Od dłuższego czasu mówiło się o przełomie w "wahadłowym" systemie sprawowania władzy w krajach Europy Środkowej. Jeszcze w 2001 r. zanosiło się na reelekcję prawicy w Bułgarii i na Węgrzech. W Bułgarii się nie udało, po raz pierwszy prezydentem został postkomunista, natomiast na drodze reelekcji centroprawicy Iwana Kostowa stanęli nie postkomuniści a naprędce sklecony blok wyborczy pod wodzą cara Symeona.
A na Węgrzech...
Ośrodki badania opinii społecznej niezmiennie wskazywały na reelekcję partii Orbana i jego sprzymierzeńców. Przewaga młodych konserwatystów wahała się w granicach kilku procent. Im bliżej było dnia wyborów tym węgierska scena polityczna coraz bardziej się polaryzowała. Dwa przeciwstawne bloki odbierały głosy mniejszym partiom. Już przed wyborami z walki odpadł ewentualny koalicjant Fideszu: partia Torgyana. Pozostał mu tylko jeden, choć trudny do zaakceptowania, sprzymierzeniec - partia Istvana Csurki. Podobny problem mieli socjaliści: oni też drżeli czy ich sojusznik i koalicjant z lat 1994-98 przekroczy 5-procentowy próg wyborczy i wejdzie do parlamentu.
Fidesz szukał poparcia u nacjonalistycznego elektoratu. Służyły temu wypowiedzi Orbana kwestionujące dekrety BeneĹĄa (po II wojnie światowej na ich mocy wysiedlono z Czechosłowacji i pozbawiono majątków 30 tys. Węgrów). Miało to przysporzyć poparcia wśród zwolenników Csurki: mogło powiększyć głosy Fideszu i z tych samych powodów uniemożliwić Węgierskiej Partii Sprawiedliwości i Życia wejście do parlamentu.
O wszystkim miała zdecydować pierwsza tura. Odbyła się 7 kwietnia 2002 r. i przyniosła dosyć wysoką frekwencję oraz zaskakujące, jak się okazało, wyniki. Pierwszym rezultatem ostrej kampanii był dwubiegunowy krajobraz partyjny, pozbawiony prawie całkowicie centrum. Socjaliści pokonali Fidesz o niecały 1% głosujących. To nie jedyny powód do zadowolenia socjalistów - do parlamentu weszli socjalliberałowie, a nie weszli nacjonaliści Csurki. Na placu boju pozostało trzech rozdających. Fidesz znalazł się w trudnej sytuacji: mógł liczyć co najwyżej na poparcie Węgierskiej Partii Sprawiedliwości i Życia (uzyskał ją) i pełniejszą mobilizację elektoratu.
Po drugiej stronie barykady byli socjaliści i socjalliberałowie. Bardzo szybko doszli do porozumienia. By wzmocnić swoje szanse w siedmiu okręgach wyborczych w stolicy socjaliści wycofali swoich kandydatów na rzecz Związku Wolnych Demokratów. W zamian ci ostatni w tych okręgach, gdzie mieli swojego kandydata poparli socjalistę.
Sytuacja stawała się coraz bardziej gorąca. Trwała wielka mobilizacja, szukanie biernego elektoratu i miejsc gdzie można byłoby zdobyć głosy. Fidesz odpuścił sobie Budapeszt, gdzie wyjątkowo słabo wypadł i skoncentrował się na szukaniu poparcia na prowincji. Orban zafundował sobie morderczy rajd po węgierskich opłotkach. Zdobywał nowe potencjalne przyczółki. W ostatnim stadium kampanii przypomniał sobie też o stolicy, gdzie zwołał wiec tuż przed zapadnięciem ciszy wyborczej. Ponad 1,5 miliona Węgrów na placu Kossutha manifestowało poparcie dla centroprawicy; takiego wiecu nikt nie widział ani w wolnym, ani w zniewolonym Budapeszcie.
W tym czasie socjaliści i socjalliberałowie prowadzili mniej widowiskową kampanię, chcąc przedstawić się w mediach jako spokojna alternatywa wobec neo-konserwatystów. Na ten zachowawczy ton kampanii miała wpływ przewaga po pierwszej rundzie, a co za tym idzie wiara w końcowe zwycięstwo. W większości okręgów mandatowych kandydaci socjalistyczni mieli przewagę. Większość obserwatorów już po pierwszej turze wskazywało zwycięzcę, niewiele dając szans Fideszowi. Według politycznego komentatora Attili Agha Fidesz miał mieć jeszcze słabą szansę na wygranie drugiej tury, ale tylko wtedy, gdyby socjalistyczni wyborcy ulegli demobilizacji.
Wbrew pozorom druga tura wyborów była jeszcze bardziej emocjonująca niż pierwsza. Jej moralnym, choć pyrrusowym zwycięzcą okazał się Fidesz. Zdobył 75 spośród 131 mandatów w okręgach większościowych. A w 7 okręgach wyborczych, gdzie socjaliści wycofali swoich kandydatów na rzec socjalliberałów - oddał tym ostatnim tylko dwa.
Mordercza kampania przed drugą turą dała efekty: Fidesz zdobył najwięcej mandatów (188), wyprzedził socjalistów o 10 mandatów (178), ale stanowisko trzeciego ugrupowania w parlamencie Związku Wolnych Demokratów (20 mandatów) stanęło na drodze do reelekcji prawicy.
Mimo że prezydent Madl mógł powierzyć tworzenie rządu najsilniejszemu ugrupowaniu - nie uczynił tego. Nowy rząd stworzyła większość pod kierownictwem Petera Medgyessy'ego. Konserwatyści nie złożyli co prawda broni i tam, gdzie socjaliści zwyciężyli ułamkiem procenta (biorąc przykład z rzeczywistości amerykańskiej) domagają się ponownego przeliczenia głosów. Najbliższe miesiące potwierdzą, czy do tych dwóch wydarzeń dojdzie.
Tymczasem można ze smutkiem skonstatować: nie nastąpiła reelekcja prawicy na Węgrzech, nie miała ona miejsca w żadnym kraju Europy Środkowej. Pocieszeniem może być fakt, że lewicy też nie było to dane, bowiem co kadencję następuje zmiana elity władzy.
Zatem do Budapesztu zawitał "pospieszny z Warszawy".
Wypada sobie życzyć ekspresu z Budapesztu. Nad Dunajem doszło do rzeczy, o której tu nad Wisłą możemy pomarzyć. Tam jest silna opozycja wobec ugrupowania postkomunistycznego. Trzeba mieć nadzieję, że i u nas to nastąpi. Aczkolwiek węgierski scenariusz jest chyba spóźniony. Cezary Michalski w jednym z wywiadów ubolewał, że u nas w połowie lat 90. nie powstała partia ludzi młodych, ówczesnych 30-latków. Bodaj to jedyne remedium na marazm polskiej prawicy, targanej nie sprzecznościami programowymi, lecz nadmiernie wybujałymi aspiracjami jej liderów i - dodajmy - nieco już podstarzałymi. Ale czy młoda generacja wygeneruje jakiś nowy ożywczy prąd na prawicy?
Dominik Lesiecki
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Dossier Węgier
LUDNOŚĂ†: 10,195 mln (w 2001 roku). Przeważają Węgrzy, ponadto liczne mniejszości narodowe, m.in: od 400 do 800 tys. Cyganów, 200 tys. Niemców,
100 tys. Słowaków, 80 tys. Chorwatów, 25 tys. Rumunów. Duża jest węgierska diaspora: 1,7 mln w Rumunii, 600 tys. na Słowacji, 350 tys. w Serbii i Czarnogórze, 160 tys. na Ukrainie, 50-70 tys. w Austrii, 22 tys. w Chorwacji i 14 tys. w Słowenii.
Wyświetlony 12650 razy
Dominik Lesiecki

Najnowsze od Dominik Lesiecki

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.