wtorek, 21 grudzień 2010 10:20

Kontra

Napisał

Osiemdziesiąt procent Polaków żywi przekonanie, że główną przyczyną trudnej dziś sytuacji gospodarczej jest prywatyzacja. Blisko trzy czwarte Polaków uważa, że gospodarka państwowa jest lepsza od opartej na własności prywatnej, a renacjonalizacja jest najprostszą drogą wiodącą od dzisiejszego kryzysu ku jutrzejszej pomyślności. W opinii ponad połowy Polaków PRL był krajem bezpieczeństwa i zamożności i powinien jak najszybciej się odrodzić. Fakt, że przekonania powyższe są irracjonalne pogarsza jedynie sytuację. Z poglądami opartymi na faktach i argumentach można dyskutować, z poglądami ukształtowanymi w oparciu o resentymenty i propagandę - nie.

Wojna została wypowiedziana

Historia powtarza się z nużącą monotonią. Po czasach reform przychodzą czasy kontrreform. W Polsce też przyszły i rozpoczęła się wojna o restaurację PRL-u. Główne zmagania tej wojny rozgrywają się oczywiście w gospodarce. Fakt, że ekonomiczne reformy lat dziewięćdziesiątych były u nas niepełne i niedokończone, ułatwia osiągnięcie celu zwolennikom odwrotu od nich, bo po pierwsze, przyniosły gorsze rezultaty niż mogłyby, a po drugie, łatwiej rozmontowywać coś co nie do końca zostało zmontowane.
Mamy za sobą pierwszą próbę renacjonalizacji. Kiedy ujawniło się, że Stocznia Szczecińska zagrożona jest bankructwem, minister Kaczmarek ogłosił, że akcje stoczni za złotówkę przejmie rząd, żeby ją ratować za publiczne pieniądze. Potem okazało się, że to jednak nie takie proste i z rządowego pomysłu renacjonalizacji nic na razie nie wyszło, choć nie całkiem został porzucony.
Już samo ogłoszenie zamiaru renacjonalizacji stoczni dodało jednak skrzydeł pracownikom kilkunastu innych prywatnych spółek znajdujących się w trudnej sytuacji. Zaczęli żądać ich upaństwowienia. Żądania cieszą się poparciem działaczy lokalnych komitetów SLD i związków zawodowych.
Poza tym od początku kadencji systematycznie trwa atak rządzącej koalicji na bank centralny i Radę Polityki Pieniężnej. Cel jest jasny: chodzi o zlikwidowanie niezawisłości rady, a tym samym umożliwienie rządowi sprawowanie kontroli nad finansami państwa. To znacznie niebezpieczniejsze niż renacjonalizacja, bo grozi podporządkowaniem gospodarki polityce.
I w przypadku stoczni, i w walce z RPP, chodzi o przywrócenie podstawowej zasady socjalizmu: gospodarką i finansami kieruje rząd - albo może raczej partia i rząd - prywatna własność to jedynie koncesja udzielona przez państwo, a bank centralny to tylko narzędzie rządowej polityki finansowej.
Poza rządem w siłę rośnie Samoobrona, która jasno mówi, że chce zabrać bogatym i dać biednym. Wyborcy Samoobrony, a za nimi jej liderzy, żądają ustanowienia państwa, co wszelkie ludzkie problemy weźmie na siebie, a krzywdzicieli ludu - czyli polityków, dziennikarzy i właścicieli firm - przykładnie ukarze. To już byłby PRL pełna gębą, w którym wprawdzie paszporty być może obywatele nadal mieliby w domach i może nawet cenzura oficjalnie nie powstałaby, lecz obozy resocjalizacyjne - a w którymś Janusz Korwin-Mikke ładujący Leszkowi Balcerowiczowi na taczki to, co wykopał Adam Michnik - byłyby w zasięgu ręki.
Wojna o restaurację PRL-u, jako się rzekło na wstępie, wygrana już została w świadomości Polaków. Teraz toczy się na dwóch politycznych frontach. Na froncie pierwszym, zewnętrznym, trwa walka między Rzeczpospolitą Polską a Samoobroną, główną zorganizowaną siłą prącą do restauracji PRL-u. Na froncie drugim, wewnętrznym, toczy się rozgrywka wewnątrz rządzącej koalicji.
 
Front zewnętrzny
 
Samoobrona jest obecnie głównym na politycznej scenie - a przy tym jedynym, który to głosi bez osłonek - zwolennikiem powrotu PRL-u. Organizacja ta ma już za sobą czas konsolidacji - legitymacje z niskimi numerami gwarantującymi wysokie stanowiska po objęciu władzy zostały rozdane - teraz jawnie dąży do objęcia władzy.
Szefowie Samoobrony zdają sobie sprawę, ze narastająca fala poparcia może załamać się przed ustawowym terminem wyborów parlamentarnych. Wzrost światowej koniunktury może wywołać przyspieszenie gospodarczego rozwoju Polski - nawet przy obecnych, niekorzystnych dla gospodarki warunkach podatkowych oraz pętających inicjatywę przepisach prawa - a wtedy dzisiejsi zwolennicy odwrócą się od Leppera i jego partii. Dlatego celem Samoobrony jest doprowadzenie do rozgrywki o władzę nad państwem polskim w ciągu roku, najwyżej dwóch.
Chcąc to osiągnąć Samoobrona realizuje dwa taktyczne cele. Celem pierwszym jest skompromitowanie ludzi establishmentu, żeby jej ludzie wskoczyć mogli na ich miejsce. Celem drugim jest wykazanie, że najwyższe władze Polski - Sejm i Senat oraz rząd - ani nie chcą, ani nie mogą rozwiązać jakichkolwiek problemów, oraz sparaliżowanie państwa.
Cel pierwszy realizowany jest w parlamencie przez posłów Samoobrony oraz na spotkaniach z wyborcami organizowanych w całym kraju przez jej aktywistów. I tych najwyższego szczebla, i tych lokalnych. Oskarżenia, w których prawda miesza się z kłamstwem, są tu główna bronią.
Lepper i jego ludzie liczą na to, że zanim sprawy trafią do sądów i zakończone zostaną procesy o oszczerstwa, Samoobrona będzie już sprawować władzę, a wtedy wyroki nie będą miały żadnego znaczenia, bo sądy - zgodnie z peerelowskim wzorcem - zostaną podporządkowane ich władzy. Tymczasem w kłamliwe oskarżenia ludzie będą wierzyć, popierając dążenia oskarżycieli.
Celem głównym Samoobrony jest jednak destabilizacja państwa. Osiągnięciu tego celu służą między innymi oskarżenia o przestępstwa najwyższych funkcjonariuszy państwa oraz liderów opozycji, ale przede wszystkim realizowany on jest poprzez obstrukcję parlamentarną, która ma być wstępem do akcji ulicznych organizowanych równocześnie w całym kraju.
Obstrukcja parlamentarna ma wykazać, że rząd jest bezradny, a Sejm i Senat nie są w stanie poradzić sobie z rozwiązywaniem najważniejszych problemów. Akcja Samoobrony z początku czerwca była generalną próbą. Dzień przed zaplanowaną debatą rolniczą w Sejmie Lepper z grupą swoich ludzi w towarzystwie telewizyjnych kamerzystów wysypał importowane zboże z wagonów na tory, a potem przez cały dzień z pomocą posłanki o wzięciu bufetowej z GS-u, wsławionej oświadczeniem, że pod "nadzorem pszenicy" odbywa się przemyt zboża, nękał Sejm blokując debatę, co również telewizja pokazała. Z chwilą wyłączenia kamer akcja w parlamencie skończyła się. W efekcie nikt nie zauważył, że wicepremier Kalinowski coś tam zaproponował, wszyscy natomiast zapamiętali Leppera i jego ludzi. Działania w parlamencie miały wesprzeć blokady dróg i demonstracje, jednak organizacja zawiodła i nie odbyły się.
Niewielkie są szanse na to, że Samoobrona zdoła doprowadzić do przedterminowych wyborów parlamentarnych i wygrać je. Jeszcze mniej realne są - kilka już razy publicznie sformułowane - rachuby na to, że seria ludowych wystąpień doprowadzi do sparaliżowania państwa i wyniesienia Leppera do władzy na drodze rewolucji, jako męża opatrznościowego, człowieka ostatniej szansy dla znękanej ojczyzny. Oddech Leppera czują jednak na plecach przywódcy rządzącej koalicji, a to zmienia sytuację na drugim, decydującym froncie wojny o PRL.
 
Front wewnętrzny
 
W toczącej się wojnie rządząca koalicja SLD-PSL - jest w tej koalicji jeszcze Unia Pracy, ale to nie partia, lecz zawód - z konieczności przyjęła na siebie podwójnie niewdzięczną rolę obrończyni ułomnego polskiego kapitalizmu przed ludowymi dążeniami do restauracji PRL-u. Podwójnie niewdzięczną dlatego, że polski system gospodarczo-polityczny nie jest kapitalizmem, a hybrydą socjalizmu i kapitalizmu, z natury rzeczy gospodarczo niewydolną i dlatego, że koalicjantom dusza się rwie do PRL-u, a tylko wątły umysł nie pozwala zadekretować upaństwowienia przemysłu i wypowiedzenia drugiej bitwy o handel.
Politycy SLD i PSL z najwyższych półek nie tęsknią wprawdzie tak mocno do PRL-u, bo już wiedzą, że stanowiska w radach nadzorczych państwowych spółek lepsze są od stanowisk sekretarzy, a delegacje do Brukseli milsze od bratnich wizyt w Homlu, ale szeregowi członkowie wzdychają do czasów, w których mieli dostęp do talonów na różne dobra - teraz muszą wszystko sobie kupić, jak inni - i za władzą pozwalającą realnie rządzić miasteczkiem, gminą czy fabryką. Podobnie jest w PSL: prominenci są ustawieni, ale zwykli członkowie nie mają już w rękach GS-ów i wiejskich spółdzielni, zapewniających kiedyś każdemu aktywiście jego tłusty i słodki kawałek tortu, i to ich boli.
Na razie szczyty koalicyjnych partyj opierają się szturmowi aktywistów i wyborców, choć nie całe: minister Łapiński w służbie zdrowia czy minister Łybacka w szkolnictwie pracują na niwie przywracania PRL-u, nawet sam premier Leszek Miller kilka razy publicznie nie tylko skrytykował prywatyzację, ale wyraził przekonanie o wyższości własności państwowej nad prywatną.
Naciski z dołów partyjnych nie ustają i liderzy SLD oraz PSL zdają sobie sprawę, że ustąpić będą musieli swoim drobnym aktywistom i wyborcom, żeby zapobiec masowemu odpływowi do Samoobrony wyborców stęsknionych za państwem opiekuńczym. Pewne jest, że prywatyzacja osłabnie. W celach propagandowych rząd może sprzedać trochę akcji tej czy innej spółki skarbu państwa, ale dla spełnienia żądań aktywów spodziewać się trzeba serii ustaw poszerzających kompetencje państwa. W efekcie oznacza z jednej strony przyrost liczby stanowisk dla decydentów i ich stronników, z drugiej - pętanie gospodarki, co jej na zdrowie nie wyjdzie, dostarczając kolejnych argumentów za powrotem mlekiem i miodem płynącego PRL. Problem w tym, jak daleko ustępstwa te pójdą.
Przeciwników powrotu PRL w rządzącej koalicji wesprzeć nie jest w stanie parlamentarna opozycja, zwąca się na wyrost prawicą. Nie odgrywa ona dziś i nie odegra w przyszłości żadnej roli; jest zbyt słaba i zbyt podzielona. Jawnie lekceważona przez koalicję może tylko biernie obserwować rozwój wydarzeń.
Platforma Obywatelska, zalecająca się jako ugrupowanie prorynkowe i prokapitalistyczne, nie odważy się raczej - tak jak dotąd się nie odważyła - nazwać rzeczy po imieniu i otwarcie wystąpić przeciwko restauracji socjalizmu. Liderzy PO głosować będą w Sejmie przeciw poszczególnym decyzjom, ale zbyt mało mają głosów, żeby cokolwiek wskórać.
Prawo i Sprawiedliwość ma program gospodarczy zlepiony z mieszaniny socjalistycznych kalek z nieznacznym dodatkiem elementów kapitalizmu. Liderzy tej partii nawet nie zauważą, że PRL wraca, bo sprawy gospodarcze są im z gruntu obce.
Liga Polskich Rodzin zajęta jest głównie walką z Unią Europejską, cała reszta niewiele ją obchodzi. Poza tym renacjonalizacja mieści się w narodowosocjalistycznym nurcie LPR-u, liderzy tego nurtu przyklasną rządowi, kiedy ten wyruguje z tej czy innej firmy obcych kapitalistów i wprowadzi czysto polski zarząd państwowy, a gdzie indziej wstrzyma prywatyzację.
Na szczęście jest siła zdolna odeprzeć naciski zwolenników restauracji PRL-u, a w każdym razie w znacznej części je zneutralizować. Tą siłą jest Unia Europejska.
 
Unia albo granica
 
Kwestia przystąpienia Polski do Unii Europejskiej została setki razy przedyskutowana, argumenty przytoczone. Nie ma wątpliwości, że państwa Unii dalekie są od ideału kapitalizmu, że instytucje samej Unii oraz państw do niej należących skażone są socjalizmem, że panuje tam etatyzm i biurokracja, a przez to gospodarczo Unia małe ma szanse w wyścigu ze Stanami Zjednoczonymi, Australią czy krajami Dalekiego Wschodu. Nie ma też wątpliwości, że dla Polski korzystniejsze byłoby związanie się ze Stanami Zjednoczonymi, tak jak czyni to obecnie Rosja.
Tak się jednak porobiło, że przygotowania do wejścia Polski w skład państw Unii są już mocno zaawansowane, a w samej Polsce kwestia przystąpienia praktycznie rozstrzygnięta. W kraju nie widać siły politycznej zdolnej to zablokować, nawet wynik referendum - jeśli nie zdarzy się jakaś unijna katastrofa - wydaje się przesądzony.
Patrząc na całą sprawę chłodno i z dystansem, dostrzec można, że Unia jest wprawdzie socjalistyczna, ale nie tak, jak trzy czwarte Polaków. Gdyby Polska była państwem skrojonym według wyobrażeń większości obywateli, nie miałaby szans na przystąpienie do Unii Europejskiej, co najwyżej do stowarzyszenia z Koreą Północną czy Białorusią.
Dla polityków ze szczytów hierarchii Unia jest wyjątkowo łakomym kąskiem; zapewnia bardzo dobrze płatne, obficie uprzywilejowane etaty. Były premier profesor Jerzy Buzek wrócił na uczelnię, co natomiast robiłby teraz bez Unii były premier Jan Krzysztof Bielecki? Co będzie robił bez niej za kilka lat były premier Leszek Miller?
Liderzy koalicji znakomicie wiedzą, dokąd wolno im się posunąć w restauracji PRL, żeby etaty w europejskich instytucjach nie zostały bezpowrotnie stracone w wyniku odroczenia przyjęcia Polski do Unii. Wiedzą, że jest granica przywracania peerelowskich instytucji, której Polska przekroczyć nie może, bo Unia powie: w tej sytuacji państwu na razie dziękujemy, obejdziemy się bez was. I tej granicy bronić będą jak niepodległości!
Poza tym główna partia koalicji - czyli SLD - wciąż ma kompleks postkomunizmu. Dla tej partii fakt, że właśnie podczas jej rządów Polska wejdzie do Unii, ma wielkie znaczenie nie tylko propagandowe, ale - rzec można - oczyszczające.
Dlatego perspektywa wejścia do Unii Europejskiej dodaje sił obrońcom przed powrotem PRL-u na froncie wewnętrznym, na którym się wszystko rozstrzygnie. W warunkach wojny o restaurację PRL-u, jeśli nawet wiele przemawia przeciw przystąpieniu naszego kraju do Unii, ten jeden, jedyny argument wystarczy, żeby ze wszystkich sił przystąpienie popierać.
Wojciech Jankowski
Wyświetlony 9205 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.