wtorek, 21 grudzień 2010 11:51

Władczyni świata, czyli jeden dzień z życia sfer wyższych

Napisał

Krowa Matylda zbudziła się o świcie rześka i optymistycznie nastawiona do życia. Wkrótce weszła jej służąca Hanka z wiadrem i odciągnęła nadmiar mleka nieprzyjemnie ciążący w wymionach.

Potem podała napoje. Taak, teraz da się żyć. Wyniosłym spojrzeniem przypomniała Hance, że wieczorem ma zrobić to samo. Pewnie zapomni, bezmyślne stworzenie...
No, można wyjść. Poszła przodem, a za nią służąca trzymająca się końca łańcucha. Bez tego z pewnością by się zgubiła. Gdy doszły na miejsce w dostojnym milczeniu, Hanka kołkiem przymocowała łańcuch do ziemi i odeszła, pozostawiając w samotności krowę, której służyła.
Matylda wypróbowała mocowanie łańcucha - Taaa, na jakiś czas wystarczy - i zajęła się własnymi sprawami. Głęboko zamyślonym spojrzeniem omiotła otoczenie.
- Łąka - skonstatowała. - Trawa - odkryła. - Zielona - doszła do wniosku po pewnym czasie.
W sposób wypraktykowany wieloletnim doświadczeniem zajęła się teraz metodycznym przystrzyganiem murawy. Ponieważ nie chciała śmiecić, skoszoną trawę gromadziła w pierwszym ze swych żołądków. Jej utylizacją zajmie się później. To była jej wielka misja. Cóż, ten durny świat nie mógł się bez niej obejść. Kto mógł ją zastąpić! Obdarzała swą wielkodusznością otoczenie, może i niegodne jej, ale przecie mogła sobie pozwolić na ten luksus.
Dobrze znała cały świat - wiedziała, że składa się z paru drzew, jej prywatnej łąki i kilkunastu chałup zamieszkałych przez jej poddanych. Było wśród nich paru darmozjadów, którzy jakimiś hałaśliwymi rzeczami co jakiś czas niszczyli okoliczne pola. Ale cóż ją to w końcu obchodziło! Łąka, którą codziennie się zajmowała, była właściwie traktowana. W końcu była na jej głowie.
Gdy słońce było już bardzo wysoko, pojawiła się Hanka, prowadząc do Matyldy jakiegoś przystojnego młodego buhaja. Oho, szykują się rozrywkowe chwile...
Nieoczekiwanie dla siebie Matylda wpadła w romantyczny nastrój. Oczy, które w skrytości ducha uważała za największą ozdobę swojej urody, zaszły jej mgiełką. Cóż, z natury była uczuciowa, a widok młodego kochanka przyprawił ją o miły dreszcz.
Najbliższa godzina była rzeczywiście miła, ale pod koniec miała faceta dosyć: był zbyt namolny. Wzrokiem dała Hance znak, że może już odprowadzić młodziaka. Trochę odpoczęła, po czym wróciła do swej pracy. Tak się w tym zapamiętała, że już wkrótce zapomniała o swych niedawnych uniesieniach.
Nadszedł wieczór. Z daleka doszedł krzyk w prymitywnym języku jej służby: - Hanka! A sprowadź-no Mućkę do obory. Sama głupia gadzina przecież nie wróci!
Matylda nie znała języka klas niższych i nawet się o to nie starała, bo i po co? Poznała jednak, że wołała starsza z jej poddanych.
Wierna Hanka przyszła po swą panią i razem dostojnym krokiem podążyły na jej kwaterę. Kiedy tak szły, Matyldę naszła ospała refleksja: - Jak dobrze jest wypełniać swoje obowiązki, nawet gdy jest się władczynią tego pięknego świata...
Romuald Lazarowicz
Wyświetlony 10670 razy
Więcej w tej kategorii: « Czapka
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.