wtorek, 21 grudzień 2010 13:03

Mity i fakty

Napisane przez

Typowe nieporozumienia na temat jednomandatowych okręgów wyborczych.

Ordynacja wyborcza jest fundamentalnym rozstrzygnięciem ustrojowym, mającym istotny wpływ na całość życia państwowego i społecznego. Postulat wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych ma potencjalne możliwości rzeczywistej naprawy Rzeczypospolitej, odbudowy zaufania obywateli do demokracji, wprowadzenia do życia publicznego odpowiedzialności posłów przed ich wyborcami, stworzenia instrumentu kontroli obywateli nad władzą. Jednakże jej wprowadzenie godzi w egoistyczne interesy obecnego establishmentu politycznego, który chciałby zachować przywileje władzy bez ponoszenia odpowiedzialności. Ten konserwatywny stosunek elity władzy do tego postulatu jest ułatwiony poprzez fakt, że JOW są nieznane społeczeństwu, a dostęp do obiektywnych informacji na ten temat jest utrudniony. Do ogólnej i zrozumiałej ignorancji dołącza się manipulatorskie rozpowszechnianie fałszywych stereotypów myślowych i świadoma dezinformacja.
Kogo interesuje ordynacja wyborcza?
 
Jedną z istotnych przyczyn, dla których polska demokracja stała się tak bardzo ułomna, jest niska świadomość obywateli na temat funkcjonowania podstawowych mechanizmów demokratycznego państwa, w tym, przede wszystkim, roli i znaczenia ordynacji wyborczej. Jako człowiek aktywnie zaangażowany w życie polityczne Polski, od co najmniej 20 lat, jestem w stanie zaświadczyć, że sprawa ordynacji wyborczej do ciał przedstawicielskich, przede wszystkim do Sejmu, znajduje się niemal całkowicie poza sferą zainteresowań przeciętnego obywatela, poza sferą zainteresowań przeciętnego inteligenta, poza sferą zainteresowań przeciętnego członka społeczności akademickiej, a nawet, co stanowi już swoiste kuriozum, poza sferą zainteresowań przeciętnego członka elity władzy. Mam doświadczenie wieloletniej politycznej działalności podziemnej, kilku miesięcy spędzonych w więzieniu w towarzystwie kilkuset innych działaczy NSZZ "Solidarność", od bez mała 50 lat żyję i pracuję w środowisku akademickim. Mogę więc stwierdzić, że do roku 1991, w rozlicznych dyskusjach na tematy polityczne toczone w najróżniejszych gremiach, temat ordynacji wyborczej nie pojawił się ani jeden raz! Żyliśmy, działaliśmy, walczyliśmy o wolną i demokratyczną Polskę i nigdy w naszych "długich, nocnych (i dziennych) Polaków rozmowach" temat ten nie wypływał. Na sprawę ordynacji wyborczej zwróciłem uwagę dopiero przy okazji wyborów parlamentarnych roku 1991. Od tej pory, wraz z moimi przyjaciółmi i sojusznikami, w Ruchu Obywatelskim na rzecz JOW, próbujemy tę sprawę wprowadzić do obiegu myśli politycznej Polaków.
Jednakże ignorancja, brak zrozumienia wagi i znaczenia ordynacji wyborczej nie była i nie jest jedynie wadą ludzi z amatorskiego zaciągu do polityki, takich jak ja, lecz, jak się okazuje cechowała przedstawicieli elity politycznej tzw. opozycji demokratycznej czy też "strony opozycyjno-solidarnościowej", która zasiadła wraz z komunistami do Okrągłego Stołu, aby negocjować z nimi kształt nowego otwarcia politycznego i ramy ustrojowe Polski po roku 1989. Kilka tygodni temu, dotarły do mnie opublikowane wyniki badań politologów irlandzkich, zajmujących się transformacją ustrojową w krajach pokomunistycznych, w szczególności w Polsce. Kenneth Benoit i Jacqelin Hayden z Dublina informują nas, na podstawie licznych wywiadów przeprowadzonych w roku 1989 z uczestnikami rozmów Okrągłego Stołu, że przedstawiciele opozycji demokratycznej i ruchu "Solidarność" w ogóle tematem ordynacji wyborczej nie byli zainteresowani. W rezultacie sprawa wyborów do Sejmu i Senatu została rozstrzygnięta tak, jak sobie tego życzyli komuniści. Eksperyment wyborczy, przede wszystkim wybory do Senatu, przekonały ich dowodnie, że ordynacja większościowa stanowi dla nich śmiertelne zagrożenie, i że wolne wybory, przeprowadzone według klucza większościowego wyeliminowałyby ich z gry politycznej całkowicie. Od tej pory temat jednomandatowych okręgów wyborczych staje się tematem tabu. Przeglądając stenogramy wystąpień na forum Sejmu od roku 1989, pomimo tego, że ordynację wyborczą do Sejmu zmieniano już czterokrotnie, pomimo debaty konstytucyjnej, dwukrotnej zmiany ordynacji wyborczej do rad gmin oraz reformy administracyjnej państwa i uchwalania ordynacji do rad powiatów i sejmików wojewódzkich, znajdujemy, że te słowa tabu - "jednomandatowe okręgi wyborcze", pojawiły się bodajże tylko w paru dosłownie wystąpieniach. Referując tę sprawę na konferencji "Poseł z każdego powiatu", jaka 16 marca odbyła się w Sali Kolumnowej Sejmu, Tomasz Pompowski podał następujące dane: w Sejmie I kadencji było 15.713 wystąpień poselskich; 15 z nich dotyczyło sprawy ordynacji wyborczej. Słowa "jednomandatowe okręgi wyborcze" nie padły ani razu. W Sejmie II Kadencji, na 18.813 wystąpień, z których 42 dotyczyły ordynacji wyborczej, JOW wymieniono tylko jeden raz, w wystąpieniu posła Wojciecha Błasiaka. W Sejmie III Kadencji, na 20.656 wystąpień, w tym aż 529 poświęconych sprawie ordynacji wyborczej, słowa JOW padły tylko w trzech wystąpieniach. Byli to posłowie Antoni Macierewicz i Adam Wędrychowicz oraz Marszałek Maciej Płażyński, który, nota bene, odmówił poddania ich wniosku pod głosowanie.
Ten obraz debaty publicznej uzupełnia fakt, że również w akademickich zbiorach bibliotecznych brakuje literatury fachowej na ten temat. Już szereg razy otrzymywałem prośby od dyplomantów najpoważniejszych uniwersytetów w kraju o wskazanie im jakichś poważniejszych opracowań tematu, bo nie mogą ich znaleźć w bibliotekach uniwersyteckich. Parę tygodni temu miałem wizytę młodych ludzi z innego miasta, którzy przyjechali do mnie kserować książki z   mojego prywatnego zbioru.
W tej sytuacji, wobec braku poważnej i łatwo dostępnej literatury, wobec wrogiej, a w każdym razie niechętnej postawy parlamentu oraz niepodejmowania sprawy przez środki masowego przekazu nie może dziwić fakt, że z tematem jednomandatowych okręgów wyborczych związany jest cały szereg nieporozumień i fałszywych, stereotypowych opinii, których obywatele nie są w stanie zweryfikować.
Ruch Obywatelski na rzecz JOW, który mam zaszczyt reprezentować, próbując zmienić ten stan rzeczy, w ciągu zaledwie ostatnich dwu lat, od marca roku 2000, zorganizował 20 ogólnopolskich, jedno i dwudniowych, konferencji na ten temat. 2 marca odbyła się konferencja na Uniwersytecie Wrocławskim, a ostatnia, dwudziesta, 16 marca w Sali Kolumnowej Sejmu. Poprzednie konferencje odbywały się w głównych miastach Polski: Toruniu, Poznaniu, Krakowie, Gdańsku, Szczecinie, Białymstoku, w ośrodkach akademickich, ale także w miastach powiatowych, jak Nysa, Kłodzko, Tarnów czy Krosno. Dysponujemy więc szerokim przekrojem opinii i na tej podstawie spróbuję przedstawić najczęściej spotykane fałsze i nieporozumienia odnośnie sprawy wprowadzenia ordynacji wyborczej z JOW, na wzór brytyjski.
 
Typowe nieporozumienia
"Co poseł, to partia polityczna"
 
Najczęściej spotykanym nieporozumieniem jest właśnie to: gdyby wybory odbywały się w JOW, to w Sejmie zasiadłoby 460 indywidualistów, reprezentujących lokalny, partykularny punkt widzenia, w Sejmie panowałaby kompletna anarchia i nie dałoby się przeprowadzić żadnej ustawy, bo uzyskanie większości sejmowej byłoby niewykonalne. Tego rodzaju opinie wypowiadają nie tylko ludzie, którzy nigdy nie zastanawiali się nad sprawą działania mechanizmu ordynacji wyborczej, ale całkiem poważni przedstawiciele establishmentu politycznego. W maju ubiegłego roku, dokładnie taki pogląd przedstawił ex cathedra, podczas Tygodnia Prawników na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, na sesji poświęconej sprawie ordynacji wyborczej, Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, Sędzia Sądu Najwyższego Ferdynand Rymarz.
Pogląd ten nie wytrzymuje krytyki w świetle wyników wyborów parlamentarnych, jakie od przeszło 200 lat odbywają się w krajach stosujących u siebie zasadę JOW. Zasadę tę w stu procentach stosuje ponad 60 krajów świata, od Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych po Indie, Nepal czy Republikę Malawi. Nigdzie tam nic podobnego się nie zdarzyło. Na podstawie tego ogromnego zbioru doświadczalnego pogląd ten musi być odrzucony.
Również z teoretycznego punktu widzenia pogląd ten jest nie do przyjęcia. W klasycznej już monografii Maurice Duvergera sformułowane zostało "prawo Duvergera", głoszące, że system jednomandatowych okręgów wyborczych prowadzi do powstania systemu dwupartyjnego. Czym więc uzasadniają to polscy zwolennicy tego poglądu? Ano powołują się oni na "powszechnie znane wady narodowe Polaków", warcholstwo, pieniactwo, "gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie". Jest to więc pogląd rasistowski, wychodzący z założenia, że Polacy to jest jakaś inna, gorsza rasa.
 
"JOW eliminuje z życia politycznego małe partie polityczne i tworzy system dwupartyjny"
 
Jak widać, jest to pogląd dokładnie przeciwstawny poprzedniemu i jest używany dzisiaj bardzo często przez polityków, którzy straszą małe partie polityczne, żeby siedziały cicho i nie poruszały tematu, bo wprowadzenie JOW zmiotłoby je ze sceny politycznej i pozostawiło na niej jedynie i SLD i... nie wiadomo kogo. Teoretycznym uzasadnieniem tego stanowiska ma być właśnie wspomniane przed chwilą "prawo Duvergera" oraz "znany powszechnie fakt", że w Stanach Zjednoczonych czy w USA są tylko dwie partie polityczne, w USA Demokraci i Republikanie, w Zjednoczonym Królestwie - Laburzyści i Konserwatyści.
W tym poglądzie prawdziwa jest jedynie tylko ta część, która mówi, że zgodnie z prawem Duvergera system JOW bipolaryzuje scenę polityczną, czyni ją dwubiegunową, zdominowaną przed dwie duże partie polityczne. Nigdzie jednak nie jest tak, żeby system ten eliminował z życia publicznego, a nawet tylko z parlamentu, małe partie polityczne. Przeczą temu wyniki wyborów w tamtych krajach. Na przykład, w ostatnich wyborach do Izby Gmin w Wielkiej Brytanii, mandaty poselskie uzyskali przedstawiciele aż 9 partii politycznych i jeden poseł niezależny, znany dziennikarz Martin Bell, nie związany z żadną partią polityczną. Poza Partią Pracy, która zdobyła bezwzględną większość, i Partią Konserwatywną, 52 mandaty (a więc tyle ile Samoobrona) uzyskali posłowie Partii Liberalnych Demokratów, 5 - posłowie Narodowej Partii Szkockiej, 4 przedstawiciele Plaid Cymru - Partii Walijskiej, 6 - Partia Ulsterskich Unionistów, 5 - Demokratyczna Partia Unionistów, 3 - Social-Demokratyczna Partia Pracy, 4 - Sinn Fein, partia ulsterskich katolików. Podobnie przedstawiają się wyniki wyborów w innych krajach stosujących JOW.
 
"Aby system JOW mógł skutecznie funkcjonować, trzeba najpierw doprowadzić do wykształcenia się dwupartyjnego systemu politycznego"
 
W świetle wspomnianego wyżej "prawa Duvergera" pogląd ten oznacza stawianie wozu przed koniem. Przeczy temu także ewolucja krajów demokratycznych. Kiedy w 1787 roku uchwalano Konstytucję Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i wprowadzano okręgi jednomandatowe, nie było żadnego systemu dwupartyjnego. Wbrew jednak zarówno teorii, jak i praktyce, pogląd ten jest głoszony przez wielu polityków i publicystów parających się publicystyką polityczną. Pogląd taki, na przykład, przedstawił parę lat temu na łamach paryskiej "Kultury" znany publicysta i komentator polityczny Andrzej Micewski ("Kultura" nr 615 z grudnia 1998) w artykule pod wymownym tytułem "System dwupartyjny?". Nie będę referował tego ciekawego stanowiska, powiem tylko, że główną tezą artykułu jest, że w Polsce system dwupartyjny jest nie tylko nierealny, ale nawet niemożliwy do wprowadzenia. Podobnie jak wielu innych admiratorów brytyjskiego systemu wyborczego, autor istnienie stabilnej, dwubiegunowej sceny politycznej w Anglii, przypisuje jakimś osobliwym i specyficznym cechom Wyspiarzy. Podobne poglądy pokutują w Polsce od dawna. Można je na przykład wyczytać w błyskotliwe i oryginalnie napisanej "Historii Polski" pióra Stanisława Cat-Mackiewicza. Ani Cat-Mackiewicz, ani Micewski, ani wielu innych zwolenników tego rasistowskiego w istocie rzeczy poglądu nie wiąże kształtu sceny politycznej w Wielkiej Brytanii z mechanizmem wyborczym.
 
"System JOW godzi w partie polityczne, a partie polityczne są istotą demokracji"
 
Można dzisiaj sporządzić pokaźną bibliografię tekstów publicystycznych, napisanych przez najlepsze pióra w Polsce i opublikowanych w najlepszych i opiniotwórczych pismach. których autorzy użalają się nad sytuacją na polskiej scenie politycznej i wyradzaniu się polskiej demokracji w partiokrację i rządy oligarchii partyjnej. Na ogół jednak, poza nielicznymi wyjątkami, autorzy tych tekstów nie dopatrują się źródeł tego opłakanego stanu rzeczy w systemie wyborczym, lecz - znowu - w naszych przywarach narodowych, w pozostałościach komunizmu, w homo sovieticus, którego transformacja ustrojowa wciąż jeszcze nie była w stanie przekształcić w dojrzałego, świadomego obywatela Europy. Jest to sui generis klisza sytuacji międzywojennej, II Rzeczypospolitej, gdzie również przez całe 20 lat poszukiwano sposobu na postawienie tamy rozbuchanemu partyjniactwu, a remedium na nie poszukiwano czy to w zamachu majowym, czy też w kuriozalnych, nie spotykanych gdzie indziej reformach prawa wyborczego, które do niczego dobrego nie prowadziły. Jest sprawą do szczególnej refleksji nad stanem polskich umysłów, że tak wtedy, jak i dzisiaj, nie zdecydowano się sięgnąć po sprawdzony i działający na świecie system JOW.
Wypada przyjąć, że jeśli te lamenty nad upartyjnieniem sceny politycznej w Polsce, potraktować z założeniem dobrej woli i szlachetnych intencji ludzi te poglądy głoszących, to jednoczesne nieprzyjmowanie do wiadomości, że system JOW stanowić może istotne i prawdziwe remedium na tę chorobę, wynika z błędnego poglądu na charakter i sposób funkcjonowania partii politycznych w systemie JOW. Jest to zatem kolejne nieporozumienie.
Jest bowiem sprawą dowiedzioną praktycznie i teoretycznie, że system JOW nie tylko nie likwiduje partii politycznych, ale przeciwnie, sprzyja powstaniu silnych i stabilnych partii politycznych, cieszących się szerokim poparciem obywatelskim. Są to jednak z gruntu inne partie polityczne, o innym charakterze i inaczej funkcjonujące. Partie polityczne, jakie produkuje głosowanie na listy partyjne w okręgach wielomandatowych, wyradzają się od razu w oligarchiczne, zcentralizowane aparaty biurokratyczne. Od razu też następuje wyalienowanie się centralnych władz tych partii i te zcentralizowane aparaty zaczynają żyć własnym życiem, a kanały komunikacji z wyborcami zostają zamknięte. I to właśnie, w całej krasie obserwujemy od 12 lat w Polsce. Życie polityczne ogranicza się do stolicy i okolic ulicy Wiejskiej, posłowie nawet nie widzą powodu, aby wyjeżdżać do swoich okręgów wyborczych, a o wyborcach przypominają sobie dopiero przed kolejnymi wyborami.
Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja w przypadku JOW. Stałe utrzymywanie kontaktu parlamentarzystów z wyborcami jest conditio sine qua non ich politycznej egzystencji, a rzeczywiste, większościowe poparcie udzielone im przez wyborców daje im silną i w dużym stopniu niezależną pozycję wobec partyjnych liderów.
W Polsce, podobnie zresztą, jak i w innych krajach, gdzie głosuje się na listy partyjne, partie polityczne mają ogromne przywileje konstytucyjne i ustawowe, są nawet finansowane z budżetu państwa, a pomimo tego są to partie słabe, nie cieszące się większym poparciem społecznym. W Konstytucji Stanów Zjednoczonych czy w innych krajach, w których obowiązuje zasada JOW, partie polityczne żadnych ustawowych przywilejów nie mają. Prawo wyborcze traktuje tam partię polityczną tak jak każdą inną grupę obywateli, a nawet pojedynczego obywatela. Pomimo tego, a może właśnie dzięki temu, powstają silne i zdolne do sprawowania władzy partie polityczne.
 
Gerrymandering
 
Bardzo często przeciwko propozycji JOW podnosi się zarzut niebezpieczeństwa tzw. gerrymanderingu, a więc manipulowania granicami okręgów wyborczych, w taki sposób, aby uprzywilejować i zapewnić zwycięstwo jakiejś partii. Zarzut ten wysuwany jest przeważnie przez osoby, które gdzieś liznęły trochę literatury przedmiotu, w których przypadki gerrymanderingu zostały opisane. Oczywiście, w krajach stosujących JOW, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. W ostatnich tygodniach sprawa ta wypłynęła na forum publiczne w związku z protestem Prezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Edwarda Moskala, przeciwko zmianie granic jednego z okręgów wyborczych w Chicago, czego wynikiem miałoby być zmniejszenie szans wyborczych kandydata polskiego pochodzenia.
Oczywiście, zarzut ten jest zasadny o tyle, o ile takie wypadki mają miejsce. Konieczność zmiany granic okręgów wyborczych, likwidowania jednych okręgów i powstawanie nowych, podyktowana jest koniecznością i związana z ruchem ludności w tych okręgach. Jedne okręgi się wyludniają, inne odwrotnie. Nie ma to jednak wiele wspólnego z systemem wyborczym i konieczność zmiany okręgów wyborczych zachodzi tak w przypadku jednomandatowych, jak i wielomandatowych okręgów wyborczych. Tyle tylko, że w przypadku wielkich okręgów wielomandatowych sprawa ta nie staje się tak łatwo publiczna, mało bowiem kto orientuje się, w jaki sposób i dlaczego tak, a nie inaczej wytyczane są granice okręgów wyborczych, i skąd się bierze liczba mandatów na dany okręg przypadająca. W istocie, możliwości manipulacji w przypadku wielomandatowych okręgów wyborczych są dużo większe niż w jednomandatowych.
 
"W JOW wygrywać będą bogacze przekupujący elektorat"
 
Wyjdzie taki bogacz, postawi wszystkim piwo i kiełbaski, i wygra wybory. Jako koronny przykład takiej sytuacji podaje się zwykle zwycięstwo Henryka Stokłosy w wyborach do Senatu!
Oczywiście, jako przykład na ilustrację tezy o wpływie bogactwa na wyniki wyborów, jest to przykład dość zabawny. Pamiętamy przecież, że w wyborach roku 1989 na 100 mandatów senatorskich 99 obsadzili kandydaci wskazani przez Lecha Wałęsę, a tylko jedno miejsce obsadził kandydat traktowany jako przedstawiciel komunistycznego establishmentu. Na zdrowy rozum, to raczej 99% zwycięstwo kandydatów Wałęsy powinno budzić zastrzeżenia co do jakości wyborów większościowych! Mamy tu jednak jedynie do czynienia z ciągiem nieporozumień.
Ludzie bogaci zawsze są uprzywilejowani i zawsze mają przewagę nad ludźmi biednymi, obojętnie w jakim to będzie systemie wyborczym. Jeśli jednak jakiś system wpływ bogactwa magnifikuje, to raczej dzieje się tak w przypadku wielkich okręgów wielomandatowych niż w JOW. Z enuncjacji prasowych i innych, po ostatnich wyborach, dowiadujemy się, że najwięcej bogatych posłów znajduje się w szeregach Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony. Kiedy jednak przyjrzymy się dokładniej wynikom wyborów, to zauważymy, że ci milionerzy uzyskali w wyborach bardzo niewielką liczbę głosów, a w Sejmie znaleźli się dzięki specyfice ordynacji proporcjonalnej, pozwalającej zdobyć mandaty kandydatom o znikomym, wręcz śladowym poparciu wyborców. A jest znaczenie łatwiej kupić wysokie miejsce na liście wyborczej niż przekupić wyborców nawet w małym okręgu wyborczym, takim, jakie powstałyby, gdybyśmy podzielili Polskę na 460 jednomandatowych okręgów wyborczych, a więc liczących ok. 60 tysięcy wyborców.
Na naszych konferencjach zawsze podkreślamy związek kosztów kampanii wyborczej z wielkością okręgu wyborczego. Jeśli okręgi wyborcze są małe, jak w Wielkiej Brytanii, kiedy kandydatów jest zaledwie kilku, kiedy wyborcy mają realną możliwość zapoznania się z kandydatami, wówczas wpływ mediów maleje, a kampania wyborcza staje się tania i kandydaci o skromnych możliwościach finansowych mogą się jej podjąć skutecznie. Kiedy okręgi są ogromne, jak obecnie w Polsce, kiedy liczba kandydatów rozrasta się do monstrualnych rozmiarów wielu setek kandydatów w jednym okręgu, wtedy niepomiernie wzrasta wpływ mediów, przede wszystkim telewizji, na wynik wyborów. Wówczas kandydaci, którzy nie są faworyzowani przez wielkie pieniądze i media, nie mają żadnych szans.
 
"W JOW scenę polityczną opanują bez reszty postkomuniści"
 
Jak się wydaje, najskuteczniejszym sposobem zniechęcania Polaków do zainteresowania się JOW jest nieustannie wysuwana groźba, że gdyby takie były wybory, to scenę polityczną opanuje bez reszty SLD, zdobywając nawet większość konstytucyjną, co utrwaliłoby już na zawsze panowanie w Polsce postkomunistów. Ciekawą przy tym jest rzeczą, że ten "argument", z podobnym zaangażowaniem, podnoszą zarówno sami eseldowcy, jak i ich przeciwnicy polityczni. Na przykład, na konferencji naszego
Ruchu w lutym 2001 r. w Tarnowie, wystąpił sekretarz generalny SLD, obecny minister spraw wewnętrznych, poseł Krzysztof Janik i publicznie oświadczył, że w przypadku wprowadzenia JOW SLD zdobyłby ponad 400 mandatów w Sejmie. Podobny pogląd na łamach wrocławskiego "Słowa Polskiego" parę miesięcy temu przedstawił przewodniczący Komisji Konstytucyjnej Sejmu, prof. Marek Mazurkiewicz. Parę tygodni temu podobnie wypowiedział się w telewizji poseł Kazimierz Działocha itd., itp. Straszą więc swoich przeciwników ze wszystkich luf, a na pytania: dlaczego w takim razie nie wprowadzą systemu, który zapewniłby im bezapelacyjne zwycięstwo, odpowiadają, że robią to z troski o demokrację, z chęci zapewnienia także małym i słabym partiom politycznym reprezentacji w Sejmie, a nie tylko SLD!
Jest rzeczą rzeczywiście zdumiewającą, że na te tanie chwyty wydają się nabierać ich przeciwnicy czy też konkurenci polityczni. Rok temu na odbywającej się w Sali Kolumnowej konferencji JOW wystąpił poseł Andrzej Wielowieyski, który zapewniał zebranych, że w pełni rozumie i docenia zalety ordynacji większościowej, jednakże w konkretnej sytuacji politycznej, wobec widocznej gołym okiem klęski AWS i Unii Wolności, uważa, że tylko partyjny, tzw. proporcjonalny system wyborczy, daje im szansę.
Jak wiemy, nawet przejście od systemu liczenia głosów wg metody d’Hondta na metodę Sainte-Lague nie uratowało ani AWS, ani UW, ale to nie wpłynęło specjalnie na stosunek tych partii do sprawy JOW. Ten sam argument podnoszą zgodnie przedstawiciele i Platformy, i PiS-u, i Ligi Polskich Rodzin, i Samoobrony. Podczas konferencji JOW 16 marca, w tej samej Sali Kolumnowej, wystąpił senator Zbigniew Romaszewski. Oświadczył on, że był gorącym zwolennikiem JOW w roku 1991, w roku 1993, a nawet w 1997. Teraz jednak, w obecnej sytuacji politycznej, uważa, że same okręgi jednomandatowe byłyby groźne i opowiedział się za tzw. ordynacją mieszaną.
Ten zgodny stosunek politycznych konkurentów do sprawy ordynacji wyborczej opartej na JOW mógłby nasuwać podejrzenie, że zamiast podejmować dyskusję publiczną nad tym ważnym zagadnieniem ustrojowym, odbywa się manipulacja i skorelowane straszenie hipotetycznym zwycięstwem postkomunistów, aby zniechęcić społeczeństwo do interesowania się sprawą ordynacji wyborczej i podejmowania kroków w celu reformy prawa wyborczego. Nasuwa się podejrzenie, że obecna ordynacja wyborcza dobrze służy egoistycznym interesom partyjnych elit, i że nie są one zainteresowane zmianą tego stanu rzeczy. Odłóżmy jednak na bok podejrzenia i potraktujmy ten argument, ten straszak wyborczy tak, jakby był on wysuwany w dobrej wierze i w trosce o przyszłość kraju.
Przede wszystkim zauważyć wypada, że nawet gdyby formacja polityczna, jaką reprezentuje SLD, cieszyła się tak wielkim poparciem społecznym, iż jej przedstawiciele wygraliby w większości okręgów jednomandatowych, to z całą pewnością byliby to inni przedstawiciele tej formacji, a nie te same, dobrze od lat znane twarze. Na podstawie rozlicznych danych statystycznych na świecie możemy stwierdzić, że w wyborach w okręgach jednomandatowych praktycznie się nie zdarza, aby mandat uzyskał kandydat, który w swoim okręgu wyborczym zdobyłby mniej niż 30% głosów wyborców. To oznacza, że do zwycięstwa w 60-tysięcznym okręgu potrzeba by było uzyskać co najmniej kilkanaście tysięcy głosów poparcia. Proszę przeanalizować ostatnie wyniki wyborów do Sejmu i odpowiedzieć na pytanie, ilu obecnych posłów z SLD czy nie z SLD przekroczyło 20 tysięcy głosów poparcia, czyli tyle, ile wypada z podziału liczby głosujących w kraju przez 460? Przekonamy się wtedy, że nie więcej niż 20%, jeden na pięciu! Przy tym głosy te zostały zdobyte w wielkich, kilkusettysięcznych, a nawet milionowych okręgach. Skoro zdobycie 20 tysięcy głosów poparcia okazało się być nieosiągalne dla 4 na 5 z obecnych posłów, to na jakiej podstawie można oczekiwać, że zdobyliby niezbędne 20 tysięcy głosów w okręgach dziesięciokrotnie mniejszych? Oczywiście, nie ma żadnego powodu, aby tego oczekiwać. I doświadczenie krajów takich jak Włochy i Japonia, które ostatnio dokonały reformy swoich systemów wyborczych i wprowadziły JOW, tego dowodzi. We Włoszech, bezpośrednim skutkiem zmiany prawa wyborczego i wprowadzenia JOW był rozpad wszystkich partii politycznych, jakie od czasów II wojny światowej niepodzielnie panowały na włoskiej scenie politycznej, i powstanie zupełnie nowych tworów. I podobnego efektu mamy prawo racjonalnie oczekiwać w wypadku zmiany systemu wyborczego w Polsce.
Istnieją jednak uzasadnione wątpliwości, czy przedstawiciele formacji eseldowskiej istotnie wygraliby wybory w większości okręgów jednomandatowych.
Jak wiemy, w kolejnych wyborach parlamentarnych frekwencja wyborcza jest kompromitująco niska i nawet połowa Polaków nie fatyguje się udziałem w wyborach. W Wielkiej Brytanii od 1945 roku nie zdarzyło się, żeby frekwencja wyborcza spadła poniżej 75%. Obywatele tych krajów, w odróżnieniu od Polski, mają zaufanie do tego aktu i chętniej uczestniczą w wyborach. Wprowadzenie JOW odbudowałoby zaufanie Polaków do demokracji i zachęciłoby miliony naszych rodaków do głosowania. Nie ma żadnego racjonalnego powodu, żeby przypuszczać, że te miliony obywateli Rzeczypospolitej, które dzisiaj wolą pójść raczej na spacer czy oglądać telewizję, gdyż są przekonani, że to, czy będą głosować, czy nie, i tak nic nie da, to wszystko są zwolennicy SLD! Na moje wyczucie jest raczej odwrotnie.
Z drugiej strony: gdzie są takie 60-tysięczne skupiska, w których mieszkają aktywiści SLD, zdolni zapewnić sobie 20 tysięcy głosów poparcia? Jeśli Leszek Miller potrafi dzisiaj zdobyć 150 tysięcy głosów poparcia w prawie milionowej Łodzi, to z tego jeszcze nie wynika, że potrafiłby równie łatwo zdobyć 20 tysięcy w jakiejś 60-tysięcznej dzielnicy. A cóż dopiero mówić o posłach, którzy uzyskali zaledwie parę tysięcy głosów czy nawet kilkaset. Wróżenie, na podstawie wyników wyborów w wielomandatowych okręgach i głosowania na listy partyjne o wynikach wyborów w okręgach jednomandatowych jest całkowicie nieuprawnioną ekstrapolacją. Dlatego straszenie zwycięstwem postkomunistów w przypadku takiej reformy prawa wyborczego, jeśli nie jest po prostu manipulacyjnym zabiegiem politycznym, to jest dowodem niezrozumienia mechanizmu działania JOW.
 
Konieczność zmiany Konstytucji RP
 
Argumentem, który ma ostatecznie zniechęcić Polaków do podejmowania starań o wprowadzenie JOW, jest powoływanie się na art. 96 ust. 2 Konstytucji RP, który stanowi, że wybory do Sejmu mają być "powszechne, równe, bezpośrednie, proporcjonalne i odbywać się w głosowaniu tajnym". Ordynacje partyjne, stosowane od 1991 roku, uważane są za "proporcjonalne", a zasada większości, obowiązująca w wyborach w JOW jest rzekomo nie do pogodzenia z tym zapisem konstytucyjnym. Wprowadzenie JOW wymagałoby więc zmiany konstytucji, a to jest niemożliwe, gdyż nigdy nie uda się nikomu zdobyć takiej większości parlamentarnej, jaka jest do tego niezbędna.
Z tym poglądem warto podjąć polemikę. Przede wszystkim nigdzie w Konstytucji RP nie zostało określone, co należy rozumieć pod terminem "wybory proporcjonalne"? Słowniki i encyklopedie, podobnie jak podręczniki prawa konstytucyjnego, odnoszą się do tego tak, jak to wynika ze zdrowego rozsądku i znajomości pojęcia proporcji, jakie wynieśliśmy ze szkoły. Wybory mają być proporcjonalne, to znaczy, że lista przyznanych danej partii mandatów ma być proporcjonalna do liczby oddanych na nią głosów. Niestety, zrealizowanie tego postulatu jest zadaniem praktycznie i teoretycznie niewykonalnym. Wybory nigdy nie będą "proporcjonalne". Mogą być tylko mniej lub bardziej "dysproporcjonalne". Politolodzy wymyślili miarę tej "dysproporcjonalności", tzw. Indeks Gallaghera, który jest miarą odstępstwa od proporcjonalności. Gdyby wybory były rzeczywiście proporcjonalne, tzn. gdyby każda partia uzyskała tyle procent mandatów, ile procent głosów wyborczych zdobyła, to indeks ten wynosiłby zero. Im większa jest więc wartość tego indeksu, tym wybory są bardziej nieproporcjonalne.
12 kwietnia ubiegłego roku grupa 57 posłów, wśród których znajdujemy tak znane nazwiska jak Bronisława Geremka, Władysława Frasyniuka, Jana Olszewskiego, Henryka Wujca, Mariana Krzaklewskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Mariana Piłki, Jerzego Wierchowicza i wiele innych, wystąpiła z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie ordynacji wyborczej, według której odbywały się wybory do Sejmu w roku 1993 i 1997, za sprzeczną z konstytucyjnymi zasadami proporcjonalności i równości wyborów do Sejmu. Ten niesłychany wniosek konstytucyjny poszedł od razu do kosza i nigdy nie został rozpatrzony, a jego autorzy nie uznali za stosowne wyjaśnić swoim wyborcom, jakże to tak mogło być, że dwukrotnie już dostali się do Sejmu w sposób sprzeczny z Konstytucją! Wniosek ten nigdzie poza Biuletynem Ruchu Obywatelskiego na rzecz JOW nie został opublikowany, a wybitni politycy, którzy się pod nim podpisali wolą wprowadzać nas w błąd i udawać, że nic takiego nie miało miejsca. Warto jednak przyjrzeć się argumentacji koryfeuszy naszej sceny politycznej, jakie też zarzuty postawili ordynacji wyborczej, którą wcześniej sami wymyślili, popierali i wprowadzili w życie.
Otóż zasadniczy argument tego wniosku oparty jest właśnie na wartości indeksu Gallaghera. Podają oni mianowicie, że obliczony przez nich indeks Gallaghera dla wyników wyborów w roku 1993 wyniósł 15,8, natomiast dla wyników wyborów w roku 1997 wyniósł 9,8. Twierdzą zatem w swoim wniosku, że te wartości indeksu dysproporcjonalności sytuują system wyborczy III RP nie wśród krajów o proporcjonalnym systemie wyborczym, ale wśród krajów, w których wybory odbywają się w JOW! Otóż opierając się na wynikach analiz opublikowanych w monografii Davida M. Farrella znajdujemy informację, że np. w USA ten indeks dysproporcjonalności wyniósł w ostatnich wyborach zaledwie 5,43, a na przykład w wyborach w Republice Malawi tylko 2,00! A zatem, z punktu widzenia "proporcjonalności" wyniki wyborów w okręgach jednomandatowych okazały się w tych krajach dużo bardziej "proporcjonalne" niż kolejne wybory w ordynacji proporcjonalnej obowiązującej w Polsce.
W ubiegłym roku zmieniono ordynację wyborczą do Sejmu, zastępując metodę d’Hondta metodą Sainte-Lague. Jeśli obliczymy indeks Gallaghera dla wyników wyborów ubiegłego roku, to indeks ten nieco się poprawił i wynosi 5,94. A zatem nadal jest to gorzej niż w USA i kilkakrotnie gorzej niż dla wspomnianych wyborów w Republice Malawi.
Z tych danych wynika, moim zdaniem, jeden wniosek: wpisanie do Konstytucji zasady "proporcjonalności" wyborów do Sejmu prowadzi do konstytucyjnych kłopotów i gdyby tak się zdarzyło, że trafilibyśmy na przyzwoitych i obiektywnych sędziów tego Trybunału, to wyniki wszystkich wyborów, jakie do tej pory odbyły się w Polsce, można by zakwestionować. Być może jest to argument wystarczający, żeby ten zapis zniknął z Konstytucji bez potrzeby wychodzenia na ulice.
 
Jerzy Przystawa
 
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
 
Wystąpienie na konferencji "Władza nad władzą", PAN, Warszawa, 19 marca 2002.
Redakcja dokonała w tekście nieznacznych skrótów i zrezygnowała z przypisów.
Wyświetlony 7877 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.