wtorek, 21 grudzień 2010 13:21

Między fundamentalizmem a polityczną poprawnością

Napisane przez

To, co zdarzyło się 11 września 2001 r., było tak szokujące, że komentatorzy i publicyści wciąż wydają się ogłuszeni. Stanisław Lem napisał w "Gazecie Wyborczej", że jest to najważniejsze wydarzenie od zakończenia II wojny światowej. Nie uzasadnił jednak tej opinii - najwyraźniej bardziej uczuciowej niż umysłowej. Wygląda na to, że poczwórny atak na symbole Ameryki poruszył coś naprawdę fundamentalnego; coś, co siedzi w nas tak głęboko, iż trudno nam to sobie uświadomić i zwerbalizować.

 
Najwyraźniejszy wydaje się aspekt polityczno-ideologiczny. Zgodnie z przepowiedniami Huntigtona i Barbera cywilizacja "dżihadu" zaatakowała cywilizację "McWorlda". Globalizacja sprawiła, że glob nasz stał się za mały, by pomieścić obie te kultury. Jedna musi ustąpić. Wydaje się oczywiste która. W takiej zaś historiozoficznej perspektywie nawet śmierć blisko 6 tysięcy Amerykanów i obywateli innych sprzymierzonych z nią krajów - czyli prawie jedna dziesiąta liczby poległych Amerykanów w Wietnamie - można traktować jako nieuniknione straty wojenne.
Problem w tym, że ów świat dżihadu okazał się, wbrew tezom Barbera, zdolny opanować najnowszą technikę - a jego zasięg bynajmniej nie ogranicza się, jak w jego teorii, do plemiennego terytorium. Dodajmy, że w przeciwieństwie do Japończyków w 1945 r., tutaj kamikadze nie kończą wojny, ale ją zaczynają. Wszystkie tajne służby na świecie są zgodne, że nie istnieje pewny sposób uniemożliwienia transferu do rąk Al Quady broni masowej zagłady. Można jedynie dziękować Bogu lub losowi, że jeszcze do tego nie doszło. Związane jest to z pewnością z polepszeniem się finansowej sytuacji Rosji - i jej naukowców.
 
W tym momencie jednak przechodzimy na płaszczyznę konsekwencji gospodarczych; te zaś są paradoksalne. Groźbie recesji, jaka pojawiła się w przemyśle lotniczym i turystycznym, towarzyszy obniżenie się ceny baryłki ropy z 33 do 22 dolarów. Oznacza to możliwość, z jednej strony, nowej wielkiej koniunktury na Zachodzie, z drugiej zaś - szybkie załamanie się finansów Rosji. Zarazem zmniejszy się waga argumentów arabskich w wielkim sporze na temat Izraela.
Ponieważ prez. Bush ani na milimetr nie odstąpił od przekreślenia układu ABM, a zarazem od planu rozszerzenia NATO - wbrew opiniom większości komentatorów przyszły rok winien zwiększyć polityczną "jednobiegunowość" świata.
 
Czy w przyszłym roku można się zatem spodziewać ostatecznego zwycięstwa Zachodu?
Otóż iście gordyjski węzeł całej sytuacji polega na tym, że właśnie to powiększenie amerykańskiej dominacji będzie generować coraz większe napięcie. Przyczyna zaś leży na trzeciej i najważniejszej płaszczyźnie konfliktu: psychologicznej.
 
Al Quaida uderzyła, ponieważ fundamentaliści muzułmańscy słusznie rozpoznali płynącą z Ameryki inwazję kultury masowej jako śmiertelne zagrożenie dla islamu. Odwrotnie niż w przypadku Hitlera, dla którego zdobycie Euroazji było jedynie hasłem maskującym dla pragnienia wymordowania Żydów, tu hasło rzucenia Izraela na kolana jest pretekstem dla obwieszczenia wielkiego zwycięstwa nad "zgniłym materializmem Zachodu". Zdaniem wyzutych ze wszystkiego mas muzułmańskich kamikadze islamscy znaleźli bowiem odpowiedź na kulturalną "agresję" Zachodu - a zarazem na pytanie o sens życia w zsekularyzowanym świecie. Trzeba sobie uświadomić, że każdy, kto ma dostęp do telewizora, zyskuje dostęp do świata Hollywood, w którym egzystencja arabskiej biedoty nie jest warta nawet jednego ujęcia. Muzułmański biedak odkrywa zatem nęcący i obraźliwie bogaty świat niewiernych - gdzie on jest nie tylko istotą gorszą i obcą, ale w ogóle zbyteczną.
 
Podczas stuleci wojen islamsko-chrześcijańskich, po drugiej stronie był wróg, którego można było nienawidzieć, ale do którego miało się respekt za jego waleczność. Ryszard Lwie Serce i Saladyn wydawali dla siebie uczty, a ich wojownicy przepijali do siebie. Ale prez. Bush nie miał nigdy nic do powiedzenia bin Ladenowi - tak jak Ted Turner nie znalazłby wspólnego języka z Chomeinim.
W pierwszych przemówieniach Busha po zamachu obok "haniebnego" powtarzał się epitet "tchórzliwy". Otóż kamikadze są może obłąkani, są być może ludzkimi potworami - ale nie są tchórzliwi. To prawda, że ci od bin Ladena nie przejmują się kobietami i dziećmi, ale w XX wieku wszystkie wojny obejmowały także te dwie kategorie, a prawdę mówiąc w przeszłości rzadko kiedy było inaczej.
 
Aspekt psychologiczny podniosła i roznieciła w wielki płomień Oriana Fallaci. Gwałtowność jej tekstu wskazuje na ogrom psychicznych trudności, jakie musi pokonać członek szeroko rozumianej lewicy, kiedy przychodzi mu się wypowiedzieć na temat fundamentalnych różnic między kulturami. Ale też spokojny tekst autorstwa Paula Johnsona na ten temat czy nawet lżejszy w formie w wykonaniu Rusha Limbaugh nigdy nie mógłby znaleźć się w żadnej z prestiżowych i poczytnych zarazem gazet europejskich (Zdarza się nam wybaczyć przykre rzeczy wypowiedziane na nasz temat w wybuchu emocji - ale nigdy nie wybaczymy mówiącemu, jeśli powie je spokojnie i swobodnie, jakby to była rzecz jasna dla każdego).
 
Jakim prawem każecie szanować mi tych, co nie szanują mnie, pyta Fallaci - i odpowiedzią jest głuche milczenie: poza zgiełkiem oburzenia jej b. przyjaciół. Fallaci ukazała przepaść, jaka dzieli dziś intelektualną Europę od przemienionej atakiem Ameryki. A co gorsza - staje po stronie swojego nowego kraju, gdzie jest jej nowy dom.
 
To ostatnie słowo należy podkreślić. Nowoczesna ideologia tolerancji i walki z ksenofobią zakłada bowiem mniej czy bardziej otwarcie kosmopolityzm. O kosmopolityzmie zaś można powiedzieć wiele dobrego, ale nie to, że daje poczucie zakorzenienia... czyli tożsamości. Dlatego nowocześni, niemal bez wyjątku lewicowi, intelektualiści nie bardzo wiedzą, czego właściwie mają bronić - jeśli nie ma być to po prostu standard wygodnego życia. Ideał tolerancji dla wszystkiego, którą chcą zaszczepić wszystkim, jest bowiem odrzucany przez muzułmanów. Relatywizm zaś, jego nieodłączny cień, stawia pytanie, na które nie ma odpowiedzi: dlaczego poświęcenie bojowników Al Quady uznać za coś gorszego od przyprawionego polityczną poprawnością hedonizmu płynącego z mediów, filmów i popularnych książek?
 
Reakcja włoskich i sporej liczby polskich intelektualistów na "List" Oriany Fallaci przypomina opisaną w "Zamykającym się umyśle" Alana Blooma akcję działaczy murzyńskich na chicagowskim uniwersytecie Cornell w 1968 r. Zmusili oni wtedy do ustąpienia profesora ekonomii, który wskazał, że socjalistyczna gospodarka wyzwolonych państw afrykańskich jest jedną wielką katastrofą. Za to, że ośmielił się stosować "zachodnie kryteria" do tych gospodarek przetrzymano dyrektora jego instytutu 13 godzin w jego biurze - w rezultacie doczekawszy się... podziękowań owego dyrektora "za zwrócenie władz uczelni na ten problem". Nieważna jest rzeczywistość - ważne są kryteria. Wedle kryteriów politycznej poprawności nie istnieje nic takiego jak dom, podobnie jak ojczyzna: najnowsze kryteria opracowane na najbardziej postępowych uniwersytetach przestrzegają przed zbyt częstym przedstawianiem się i akcentowaniem swego imienia, gdyż nierzadko jest ono obciążone pochodzeniem chrześcijańskim, a więc represyjnym i kolonizatorskim.
 
Idee i pojęcia miewają dziwne losy: często spotyka je to, co kiedyś było obyczajem w bogatych domach, w których służba otrzymywała ubrania uznane już przez ich państwo za niemodne. Tak w każdym razie było w przypadku koncepcji "proletariatu zewnętrznego" Arnolda Toynbee’ego. Nie była to zresztą w jego 10-tomowym "Studium historii" idea specjalnie ważna.
Jednak w 20 lat po śmierci Toynbee’ego (który bolszewików określał jako ostatni odprysk cywilizacji koczowników Euroazji) wyrażenie "proletariat zewnętrzny" zaczęło robić karierę wśród lewicowych socjologów i politologów.
Powstało wtedy pojęcie neokolonializmu - a jego głównym nośnikiem miało być państwo, które powstało właśnie w wyniku buntu kolonii: Stany Zjednoczone.
 
Połączenia marksizmu z antykolonializmem podjął się niezawodny Sartre: częściowo pod wpływem politycznych sukcesów Castro, częściowo na skutek wyjątkowo okrutnej wojny w Algierii w latach 1955-1961. Leninowskich "imperialistów zmuszonych do wojny o rynki" - zastąpiła magiczna formuła "międzynarodowych koncernów dzielących między siebie świat". Jej wiernym wyznawcą jest czołowy lewicowy intelektualista europejski Umberto Eco. Dla ilustracji wystarczy przypomnieć jego komentarz w gazecie "La Reppublica" po ogłoszeniu komunikatu o porwaniu Aldo Moro: Musimy mieć odwagę powiedzieć, że ten "obłędny" komunikat zawiera przesłanki całkiem do przyjęcia i przedstawia, wprawdzie dość prymitywnie, tezę, którą cała kultura europejska i amerykańska, począwszy od studentów z 1968 r., teoretyków "Monthly Review" aż po partie lewicowe, powtarza od dawna. Jeśli więc mamy do czynienia z "paranoją", to nie w przesłankach, lecz w praktycznych wnioskach, które się z nich wyciąga.
 
Nie wydaje mi się, aby należało sobie kpić z obsesji tzw. SIM (czyli Stato Imperialistico delle Multinazionali: Imperialistyczne Państwo Koncernów Międzynarodowych). Może sposób przedstawiania go jest nieco folklorystyczny, ale przecież wszyscy i tak wiedzą, że polityki międzynarodowej na skalę światową nie prowadzą już poszczególne rządy, lecz że zależy ona od sieci interesów w dziedzinie produkcji (nazwijmy ją siecią międzynarodowych koncernów), która decyduje o polityce lokalnej, o wojnie i o pokoju...
 
 Eco staje się tu więc, jak widać, bohaterem swojej powieści "Wahadło Foucault", gdzie najróżniejsi mitomani dowodzą istnienia wszechwładnej sieci wywodzącej się od templariuszy, różokrzyżowców, masonów i starożytnej sekty "dzieci Seta". W wersji zmodernizowanej przez skrajną prawicę jest to finansowana przez Rockefellerów i im podobnych waszyngtońska Rada Stosunków Zagranicznych, która potajemnie buduje struktury rządu światowego, oraz założona w 1972 r. Komisja Trójstronna, mająca za cel wzajemne poznanie się wybitnych osobistości Stanów, Europy i Japonii.
 
Osama bin Laden nie musiałby wiele zmieniać w tym obrazie. I nie przypadkiem Agencja Reutera, która od dawna przewodzi w walce o postępowe sformułowania, odmówiła nazwania zamachowców z 11 września terrorystami i określa ich jako bojowników.
Kultura zachodnia, skażona kolonializmem, kapitalizmem i maskulinizmem, winna dziś pełna pokory i z pragnieniem zadośćuczynienia ustąpić miejsca "autentyzmowi" kultur pozaeuropejskich. Jest to sztanca odbita w umysłach 90% studentów zachodnich i znacznej większości ich nauczycieli.
 
Tu jednak politycznie poprawni wplątują się we własną pętlę: nie można bowiem jednocześnie zwalczać europocentryzmu i walczyć o prawa kobiet. W 1995 r. niemieccy intelektualiści katoliccy - żyjący w ciągłym lęku, że ktoś może ich kojarzyć z Janem Pawłem II - nakłonili Niemiecki Związek Księgarzy do przyznania ich prestiżowej nagrody broniącej islamu orientalistce Annemarie Schimmel. Ku konsternacji wnioskodawców ich lewicowi koledzy zgromili ich za popieranie tendencji antyfeministycznych... A feminizm odgrywa w tym środowisku rolę, jaka jeszcze ćwierć wieku temu przypadała w udziale marksizmowi.
 
To jednak co najważniejsze, to fakt, że dla fundamentalistów islamu tolerancja nie jest zachętą do złagodzenia postawy, lecz oznaką słabości. I w latach 1973-1993 mieli jej liczne dowody. Za każdym razem, gdy w Europie zdołano ująć lub zidentyfikować terrorystów arabskich, kończyło się jedynie dyskretnym wydaleniem paru dyplomatów z ich macierzystego państwa. Palestyna jest dziś utrzymywana przez Unię Europejską (kraje arabskie jakoś nie widzą do tego powodu), a jednak nienawiść do Zachodu jest w Autonomii tak wielka jak bodaj nigdzie.
Jakie są przyczyny przyzwolenia społeczeństw Europy na tę bierność? Być może jest to właśnie zjawisko, które psycholodzy społeczni określają wielorako i zawile, a które fundamentaliści nazywają, nie mając zwyczaju dobierać słów, "wycieńczeniem rozwiązłością". Wprowadzone pół wieku temu do różnych poradników i przewodników pojęcie samorealizacji może mieć niemal nieskończoną ilość znaczeń - nie sposób jednak zaprzeczyć, że najprościej skojarzyć je z hedonizmem. Jeśli dodamy do tego feminizm, nawet ten najbardziej rozcieńczony, otrzymamy sytuację, w której:
1. Tradycyjna rodzina wraz z zestawem obowiązków wykrusza się.
2. Jej filar, czyli matka, nie chce już pełnić roli podpory, która rezygnuje z kariery zawodowej.
3. W rezultacie rezygnuje się z własnych dzieci lub poprzestaje na jednym.
W tym stanie rzeczy wielodzietne rodziny islamskie stają się w niektórych największych miastach zachodniej Europy głównym dostarczycielem narybku do szkół. Niektórzy publicyści piszą wprost o koniecznej transfuzji świeżej krwi dla starzejących się społeczeństw europejskich.
Można powiedzieć, że ruch fundamentalizmu islamskiego jest zbyt słaby intelektualnie, by stanowić prawdziwe zagrożenie dla Zachodu. Technologia nadprzewodników obiecuje skokowe obniżenie zapotrzebowania na energię, a więc za ok. pięć lat znaczenie ropy naftowej zmniejszy się. Ale przez te pięć lat powstanie nowy wielki problem, czyli pękające w szwach Chiny, w których sto milionów młodych mężczyzn nie będzie miało kobiet, wskutek odgórnej polityki demograficznej władz.
Jest całkiem możliwe, że USA dadzą sobie radę najpierw z bin Ladenem, potem z Irakiem, a na koniec z Libią - państwami, które od dawna figurują na liście popierających terroryzm. Ale wtedy Chiny staną się przywódcą biednego Południa...
Tak więc rozpoczęliśmy dekadę pełną napięć i zagrożeń.
Piotr Skórzyński
 
Wyświetlony 9856 razy
Więcej w tej kategorii: « Od redakcji Obywatele Europy »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.