wtorek, 21 grudzień 2010 13:53

Wybory po góralsku

Napisane przez

Przed jesiennymi wyborami warto pokusić się o refleksję na temat społecznego przygotowania do uczestnictwa w tym fundamentalnym dla ustroju demokratycznego akcie wyrażenia swej woli przez "lud".

Pojęcie "lud" (demos) od razu nastręcza trudności. W miastach-państwach starożytnej Grecji oznaczało dość wąską grupę obywateli, uczestniczących bezpośrednio w procesie podejmowania decyzji. System ten działał względnie sprawnie. Problem pojawił się wraz w wielkimi państwami narodowymi. Wówczas wprowadzono system reprezentacji pozwalający obywatelom uczestniczyć w podejmowaniu decyzji za pośrednictwem wybranych przedstawicieli.
Teoretyk tego systemu J.S. Mill tak objaśniał ideę reprezentacji: "w społeczeństwie przechodzącym rozmiarami swymi granice małego miasteczka, każdy osobiście w nader małej tylko cząstce może uczestniczyć w sprawach publicznych, więc ideałem dobrego rządu może być tylko rząd reprezentatywny". Jednakże ten ideał może być realizowany jedynie wówczas, gdy reprezentowanych i reprezentantów łączy przekonanie o wspólnych celach. Koniecznym warunkiem jest także przekonanie społeczności o tym, że jej reprezentanci nie zdradzą wspólnych interesów i będą działać dla dobra grupy. O potrzebie tego rodzaju zaufania, jako fundamencie demokracji przedstawicielskiej, wiele pisał Edmund Shils - autor ciekawych rozważań o społeczeństwie obywatelskim. Przed zbliżającymi się wyborami warto przyjrzeć się bliżej, jak wygląda w Polsce kwestia społecznego zaufania do procedur demokratycznych i wyłonionych przez nie reprezentantów.
Badania nad "ludową" wizją polityki i - szerzej - życia publicznego były prowadzone przez Katedrę Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego w latach 1999-2000 we wsiach powiatu nowotarskiego na Podhalu. Grupa studentów pod kierunkiem pracownika katedry przeprowadziła 400 zapisów rozmów, w których w niewybrednych słowach górale mówili o tym, co myślą o polskiej scenie politycznej i jej aktorach. Często ich wizja wydawała się zaskakująca, czasem irytująca, zawsze ciekawa i odmienna od "oficjalnego" dyskursu o sprawach polityki.
Podstawowym aksjomatem góralskiej wiedzy o życiu publicznym jest przekonanie, że do wyborów należy "chodzić". Wszyscy deklarują swój udział w wyborach, co wydaje się niezwykłe przy frekwencji wyborczej około 60%. Jako główny powód uczestniczenia w wyborach najczęściej podawano obowiązek: No bo to jest obowiązkiem, trzeba iść, no bo to jest dla Polski - ojczyzny naszej, trzeba obierać! (...) Jestem przecież Polakiem, obywatelem tej Polski pięknej. Trzeba chodzić! Innym powodem uczestniczenia w wyborach jest zwyczaj: Tak se chodzę, bo taki jest zwyczaj. (...) Chodzę od przyzwyczajenia takiego po prostu, bo tak ojcowie, dziadkowie nasi robili, no i konkretnie my idziemy. Tradycja "chodzenia do wyborów" nie rozróżnia wyborów przed 1989 r i obecnych. Na pytanie, czy wybory przed 1989 r. były inne, pada odpowiedź: ja nie wiem, czy były inne, tak samo przecież było wybierane jak teraz (...) niczym się nie różnią. Rozróżnienie wyborów "kontraktowych" i "wolnych" nie wydaje się góralom istotne, tym bardziej że w potocznej opinii wybory nic nie zmieniają.
Wybory nie maja. żadnych istotnych konsekwencji politycznych, są więc pewnego rodzaju rytuałem, którego należy dopełnić. Ludzie uczestniczą w wyborach, ale bez przekonania, że zyskują tym samym jakikolwiek wpływ na władzę: Absolutnie nie mamy żadnego wpływu na to, co się dzieje na górze! Brak im też wiary, że poprzez wybory można coś zmienić w życiu politycznym: Ja nie wierzę w to wcale, tak jak i większość ludzi, bo to już nie pierwsze wybory i nic z lego nie wyszło.
W 1991 r. w książce pod znaczącym tytułem "Co nam zostało z tych lat?" socjolog Mirosława Marody pisała o społecznej recepcji porządku politycznego. Twierdziła, że racjonalne działania nastawione na osiągnięcie konkretnych celów są przez przeciętnego obywatela postrzegane jako zastrzeżone dla władz. To czyni go jedynie odbiorcą skutków decyzji podejmowanych "na górze". Najistotniejszy w tym ujęciu jest fakt, że władza i społeczeństwo należą do różnych światów. Podział "my" - "oni", "zwykli" ludzie i ,,ci na górze" jest wciąż aktualny. Przepaść pomiędzy tymi sferami jest jedną z najistotniejszych cech potocznego obrazu polityki na przełomie wieków.
Owa zewnętrzna, obca sfera władzy rządzi się odmiennymi zasadami (zwykle mrocznymi) i jest całkowicie niedostępna dla szarego człowieka, którego jednak doświadcza skutkami swoich decyzji. Z powodu bariery dzielącej ludzi i władzę, wybory jawią się jako czynność zwyczajowa, bez rzeczywistego znaczenia. Trzeba też zaznaczyć, że mieszkańcy wsi nie dążą od uzyskania rzeczywistego wpływu na władzę. Nie wierzą w to, że mogliby coś zmienić na lepsze, uważają że nie mają do tego kwalifikacji. Powierzają się zatem opiece władzy w nadziei, że będzie dla nich łaskawa: oni tam są mądrzejsi, niech tak rządzą, żeby jakoś lepiej było (...) to, co już narządzili, my tego nie zmienimy, my są za głupi w tym.
Traktowanie władzy jako "siły wyższej", specjalnie predestynowanej do decydowania o ich losie przywołuje na myśl pewne cechy tradycyjnego światopoglądu chłopskiego. W tradycyjnej kulturze ludowej podobny był stosunek do istot nadprzyrodzonych. Na ich decyzje człowiek nie miał wpływu, choć ich skutki go dosięgały. Mógł na ich nieprzychylność narzekać, mógł prosić o łaskawość, mógł dopełniać rytuałów, nie miał jednak na nie istotnego wpływu. Warto tu przypomnieć słowa francuskiego historyka Franciszka Braudela, który twierdził, że wyobrażenia o świecie i rządzących nim mechanizmach należą do tzw. struktur długiego trwania i zmieniają się niezwykle wolno. Nic więc dziwnego, że wyobrażenia dotyczące władzy nic zmieniły się zasadniczo, ich korzenie sięgają głębszych warstw kultury.
Niezwykle ciekawe są motywacje wyborcze. Niektóre z nich wydają się dość zaskakujące. Najczęstszą odpowiedzią na pytanie "czym Pan się kieruje w wyborach parlamentarnych?" było stwierdzenie: Tego co znam, to wybieram lub: jak znam go mniej więcej. Kategoria "znam" jest bardzo mglista. Najczęściej przy wyborach parlamentarnych oznacza, że zakreśla się nazwisko, które się kiedyś słyszało, o którym ktoś kiedyś mówił. Inaczej w wyborach prezydenckich, kiedy kandydaci nie są tak anonimowi, choć i w tej sytuacji można usłyszeć: głosowałem na Wałęsę, bo ja go znam. Częstym kryterium jest ocena moralna: patrzę żeby był dobry, rządził dobrze i wszystkich prowadził dobrze.
Po czym można poznać, że to "dobry człowiek"? Zwykle po pochodzeniu: żeby był taki dobry, biedę jakąś w życiu przeszedł i żeby z kogoś porządnego się wywodził. Opisane powyżej kryteria pozwalają wyłonić ludzi, których można obdarzyć zaufaniem. To zaufanie nie jest zbyt głębokie, bo kolejne wybory przynoszą kolejne rozczarowania: nie wierzę w nich w ogóle teraz (...) nie wierzę w nic teraz już, bo ten rząd był niby demokratyczny, a tu nic się nie dzieje! Żeby była poprawa przynajmniej dla tego rolnika (...) To są wszyscy dorobkiewicze cały rząd, cały sejm! Nie pójdę na wybory! Chodziłem, wierzyłem w to, że to będzie inaczej, ale już mam dość, (...) Byłem na każdych wyborach, ale co po wyborach to gorzej, ni ma lepiej, ino gorzej. Mimo zarzekań większość z nich pójdzie na jesienne wybory, choć bez wiary w realne skutki. Udział w wyborach wydaje się aktem "zaklinania" nieosiągalnej stery władzy, by była choć trochę bardziej przychylna dla szarego człowieka.
Oczywiste jest, że górale nie myślą o posłach i senatorach jako o swoich reprezentantach. Dla mieszkańca wsi są oni w dużej mierze bezosobową grupą "ludzi władzy", których obdarza bardzo ograniczonym zaufaniem. Nie ma wobec nich złudzeń, ale jest na nich skazany. Idzie do wyborów wierząc nieracjonalnie, że może coś się zmieni na lepsze, albo obraża się na demokratyczne procedury i nie uczestniczy w wyborach. Kilku naszych rozmówców sugerowało wręcz, że wybory mogą być fałszowane: nie ma po co chodzić na wybory, kogo chcą, to i tak wybiorą. Sami się powybierają! (...) - To pan uważa, że wybory są fałszowane? - Na pewno! Tego rodzaju zarzuty są sporadyczne, niemniej dobrze pasują do wizji władzy jako sfery wewnętrznej wobec społeczeństwa, rządzącej się własnymi prawami, której skład i działania są poza zasięgiem zwykłego obywatela.
Często spotykaliśmy się z nastawieniem, że demokracja kończy się po wyborach. Wybory, nawet jeśli nie pozwalają wpłynąć na zmianę sytuacji, są jedynym momentem, kiedy mieszkaniec wsi ma szansę decydowania o czymkolwiek, choćby tylko formalnie. W chwili, gdy głosy zostaną policzone, posłowie nie mają już czasu na kontakty z wyborcami i, jak twierdzili nasi rozmówcy, zaczyna się wówczas normalne życie władzy - odległe od spraw ludzkich, tajemnicze, utajone. Czasem media ujawnią jakieś mroczne szczegóły utwierdzające szarego człowieka w przekonaniu, że owe nieosiągalne wyżyny władzy nie są miejscem, gdzie jego problemy są brane pod uwagę.
Politycy jak greccy bogowie ucztują na Olimpie i toczą między sobą nieustające wojny. Często używają śmiertelników w swoich waśniach, ale zasadniczo los tych ostatnich jest im obojętny. W odróżnieniu od greckich bogów politycy potrzebują społecznego poparcia, by wspiąć się na wyżyny władzy. Przed wyborami nie skąpią im obietnic przedwyborczych: niby obiecują, że jak będzie ten, to będzie lepiej, a jak się okazuje, to jak było, tak i jest, a kielo obiecywali wszystkiego?! (...) To co obiecują, to nie spełnia w ogóle, nawet w 10%. (...) Są tacy fałszywi, tacy fałszywi. Obiecanki, cacanki!
Po objęciu urzędów niedawni kandydaci zapominają o swoich wyborcach. Wszyscy nasi rozmówcy twierdzili, że od tego momentu każdy z nich dla siebie dobrze robi, a nie ludziom (...) jak już się kto... dostanie to może se polepszyć, tacy to tylko dla siebie (...) zapominają skąd wyszli (...) Rząd nie patrzy na dół!
Osobnym problemem są wyobrażenia na temat partii politycznych. Dowodzą one bardzo słabego przygotowania społecznego do funkcjonowania w systemie wielopartyjnym. Zdaniem naszych rozmówców partii jest o wiele za dużo: lepiej jak by była jedna, a dobrze rządziła, a nie dziesięć! Jedni się kłócą, sprzeczają się, a co z tego! (...) powinno być ino dwie: "Solidarność" i Partyja1. (...) Dwie, góra trzy: prawica, lewica i ewentualnie jeszcze jakaś.
W potocznym odbiorze cel istnienia partii politycznych jest jednoznaczny: dla nich są potrzebne, bo z czego [polityk] będzie żył, przecież tam jest piniądz! (...) to jest ino wyrwigrosz. (...) To jest takie złodziejstwo. Partie służą do tego, żeby dojść do władzy, później udawać, że się rządzi, i ładować kasę! Przyziemny cel istnienia partii jest jasny, niewyraźne są natomiast dzielące je różnice programowe: powybierają się te partie, a my nie mamy pojęcia, która partia co chce. Inną, silnie podkreślaną cechą partii są waśnie i wojny podjazdowe: to jest walka o stołki, a nie walka o władzę, która by miała służyć ludziom (...) To jest tak: jak ci się znów z tymi skłócą, no to zaś ci podskakują do tych, no to zaś się ratuje jeden drugiego. Spory międzypartyjne powinny, zdaniem naszych rozmówców, być ukryte. Powinny tonąć w mroku tajemnicy otaczającym władzę: kłócić się, ale tak coby świat nie widział! (...) to powinno być tam i nie wychodzić na zewnątrz i nie być dla ludzi wiadome, tylko powinno tam zgasnąć.
Ciekawe, na ile taki stosunek do dyskusji politycznych ukształtował się w latach PRL-u, kiedy to obywatel otrzymywał decyzje polityczne jako gotowy produkt, podczas gdy proces ich podejmowania był przed nim ukryty.
Na tle takiego obrazu polskiej sceny politycznej nie dziwią ostre zdania o potrzebie silnej władzy: żeby przyszła jedna ręka i wyczyściła to wszystko! I zrobiła porządek! (...) ale dzisiaj żeby coś zrobić, to musiałby być twardy rząd! (...) Na co te wybory! Powinien rządzić jeden na stałe! Jeden rządzić, jednego słuchać, a nie pińcet, tysiąc cy kielo tam! Kielo oni biorą piniądza i kielo oni oszukują Polskę?! Często jako władzę idealną przedstawiano władzę jednoosobową, argumentując, że tak jak ojciec rodziny czy gospodarz na gospodarstwie musi być jeden, aby mógł sprawnie zarządzać.
Tu dochodzimy do sedna wyobrażeń na temat udziału społeczeństwa w demokratycznym systemie zarządzania państwem. Jak potwierdzają to badania, w społecznym odbiorze rozróżnienie władzy demokratycznie wybranej i narzuconej siłą jest niewyraźne. Kryterium "demokratyczności" nie jest kryterium funkcjonującym w myśleniu potocznym. W wiejskim wizerunku władzy państwowej fakt, jak jest ona wybrana (demokratycznie czy też nie), jest w znacznej mierze nieistotny. Naprawdę ważne jest, czy jest to "dobra władza", czyli taka, która potrafi zapewnić ludziom dobrobyt i tylko to naprawdę się liczy w potocznej ocenie władzy.
PS. O "dobrej władzy" w następnym numerze.
1 Zwykle słowa "partyja" używają w znaczeniu PZPR.
Anna Malewska-Szałygin
 
Wyświetlony 11189 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.