wtorek, 21 grudzień 2010 14:37

W cieniu kolosa

Napisane przez

Szóstego lutego dziewięćdziesiąte urodziny obchodził Ronald W. Reagan. Rocznica ta przypadła na szesnasty dzień urzędowania w Białym Domu Georga W. Busha. Reagan zapisał się na trwałe w historii dwudziestowiecznego świata.

Bush ma natomiast przed sobą puste karty i nie wiadomo co i jak długo będzie na nich pisał. I czy jego styl zdobędzie uznanie czytelników, którzy siłą rzeczy będą co chwila wracać do rozdziałów autorstwa jego wielkiego poprzednika. To wszakże Ronald Reagan wyznaczył miary, według których ocenia się jakość politycznego przywództwa kolejnych lokatorów Białego Domu. Bush od takiego porównania nie ucieknie... Chyba że w przyszłości wywalczy sobie własne miejsce w amerykańskiej historii. Ale i to zależeć będzie, paradoksalnie, od tego, czy podobieństwa między tymi dwoma politykami nie sprowadzą się jedynie do wspólnego "dablju" między pierwszym imieniem a nazwiskiem.
Ambiwalentne dziedzictwo
Reagan jest dla Busha politykiem wzorcowym. Historycy i analitycy amerykańskiego życia politycznego, w tym także niechętni konserwatystom, wysoko oceniają metody politycznego działania prezydenta Reagana. Niektórzy, i słusznie, uważają jego prezydenturę za rewolucyjną, bo zmieniła ona oblicze świata i Ameryki. Reagan doprowadził przecież do bezkrwawego zakończenia zimnej wojny i rozpadu bloku sowieckiego. Amerykanom przywrócił nadszarpniętą przez wydarzenia lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wiarę w siebie oraz podstawowe wartości. Prawica do tego katalogu zasług dodaje jeszcze wprowadzenie w życie wolnorynkowej polityki gospodarczej, zwanej reaganomiką oraz przeprowadzenie konserwatywnej rewolucji.
Reagan pozostawił więc swoim następcom wysoko zawieszoną poprzeczkę. Co więcej przez 8 lat prezydentury Clintona rozrosły się tęsknoty republikanów za przywódcą z prawdziwego zdarzenia. I Bush musi tym oczekiwaniom sprostać, dźwigając nieznośny ciężar porównywania z Reaganem. Choćby w kwestii swego sztandarowego hasła - współczującego konserwatyzmu. Według tradycyjnych miar współczujący konserwatyzm pod wieloma względami ma niewiele wspólnego z prawicowymi ideami, gdyż zakłada, jak w przypadku reformy edukacji, podnoszenie wydatków i większą ingerencję władz federalnych w politykę stanów. Z drugiej jednak strony w programie wyborczym - a teraz prezydenckim - Busha występują elementy będące pod innym względem esencją ideowego dziedzictwa Reagana: poważne obniżenie podatków, program obrony antyrakietowej czy twarda linia w polityce zagranicznej.
Przy tego typu rozważaniach rodzi się jednak pytanie, na ile takie porównania podejmowane z ortodoksyjnie konserwatywnego punktu widzenia mają sens. Wszakże w epoce Reagana świat był zupełnie inny i na szczęście ówczesna jego postać przeszła do historii. Wielkie przełomy nie mogą się przecież dokonywać co kilkanaście lat. Bush ma tedy przed sobą skromniejsze zadania, na miarę naszych czasów, niemniej są to wyzwania istotne. I co ważniejsze, nie jest tak, jak się przyjęło uważać, że jest on prezydentem technokratycznego pragmatyzmu, nie mającym żadnej ideowej wizji.
Trudny początek
Mało który spośród sympatyków Partii Republikańskiej był zachwycony kandydaturą Busha. Generalnie narzekano na nijakość pretendenta, brak charyzmy i cech przywódczych. Te ostatnie widziano raczej u jego republikańskiego konkurenta z czasów kampanii poprzedzającej prawybory arizońskiego senatora Johna McCaina. Konserwatyści nie darzyli Busha szczególnym zaufaniem, ale nie bardzo mieli poprzeć kogoś innego.
Swoje dokładali Bushowi demokratyczni politycy, liberalne w większości media i środowiska lewicy. A że jest niedokształcony, nieoczytany, intelektualnie leniwy, że nie ma wystarczającego doświadczenia politycznego, że wcześniej nie osiągnął samodzielnie poważniejszych sukcesów, a przetrwanie zawdzięcza jedynie możnym przyjaciołom ojca, czyli że generalnie nie nadaje się na prezydenta, bo go to stanowisko przerasta.
Po florydzkim maratonie pojawiły się nowe argumenty. Ten, już nawet nie tyle szum, co wrzask medialny, miał wywrzeć presję na prezydenta-elekta i ideowo go rozbroić. Rzecz jasna krzykliwi liberałowie nie zająknęli się nawet, że to Al Gore próbował zmienić reguły gry po zakończeniu meczu. Twierdzili za to, że na Florydzie doszło do skandalicznej manipulacji, że ci sędziowie Sądu Najwyższego, którzy zagłosowali na korzyść Busha kierowali się wyłącznie partyjnym interesem republikanów i że w końcu moralnym zwycięzcą został Gore, gdyż otrzymał więcej głosów obywateli niż Bush. A skoro tak, to ten ostatni nie ma w istocie moralnej legitymacji do wprowadzania w życie swojego programu wyborczego i powinien wszystko uzgadniać z demokratami oraz nie podejmować jakiejkolwiek decyzji bez ich zgody. Czyli stać się de facto zakładnikiem liberalnych grup nacisku - związków zawodowych, organizacji mniejszości etnicznych i seksualnych, organizacji kobiecych i proaborcyjnych.
Prezydent pokazuje pazurki
Tymczasem rzekomo "nijaki" Bush zaskoczył wielu swoją energią, determinacją i konsekwencją w forsowaniu wyborczych obietnic, wzorując się w działaniu na strategii swego wielkiego republikańskiego poprzednika. Reagan objąwszy urząd w 1981 roku skupił się na najważniejszych dlań sprawach: deregulacji gospodarki, podatkach oraz wzmocnieniu militarnej siły Ameryki. 12 lat później Clinton w trakcie 100 pierwszych dni swojej prezydentury wykazał się o wiele mniejszą skutecznością, gdyż poświęcał naraz uwagę zbyt wielu ważnym kwestiom.
Bush tego błędu nie popełnił. Jak Reagan zabrał się do dzieła tak szybko, jak tylko było to możliwe. W pierwszym tygodniu przedstawiał narodowi plan reformy edukacji. Drugi poświęcił upublicznieniu swojej koncepcji zwiększenia roli kościołów i organizacji religijnych w zwalczaniu plag i patologii społecznych. W trzecim przyszedł czas na podatki (choć cały czas były one kluczowym elementem jego ofensywy propagandowej). W kolejnym odwiedzał bazy wojskowe ogłaszając plan podniesienia pensji w armii. Co więcej już pierwszego dnia urzędowania - co musiało wzbudzić entuzjazm konserwatystów - wstrzymał pomoc dla międzynarodowych organizacji propagujących aborcję. Takie zarządzenie w 1984 roku podpisał Reagan, ale Clinton je cofnął. Bush także zapowiedział, że podpisze ustawę zakazującą przeprowadzania aborcji przez częściowe urodzenie. Oświadczył również, że sprzeciwia się badaniom wykorzystującym komórki płodów, pobierane podczas zabiegów aborcyjnych.
Niektórzy komentatorzy już przyrównują sposób funkcjonowania Busha do Reaganowskiego stylu zarządzania, polegającego na przekazywaniu praktycznego rządzenia kompetentnym współpracownikom, co pozwala prezydentowi skoncentrować się na wyznaczaniu podstawowych celów i zasad polityki oraz na prezentowaniu tych idei wyborcom. W Białym Domu Busha panuje większy reżim pracy niż za Clintona, skończyły się nocne nasiadówki - burze mózgów połączone z przelewaniem z pustego w próżne. Nowy prezydent o godzinie 22 chce być już w domu.
Bush jednak nie zamierza uchodzić za zwolennika skrajności i osobę lubującą się w politycznych bojach. Uważa, że o najważniejszych i nawet najbardziej kontrowersyjnych kwestiach można rozmawiać stanowczo, ale grzecznie i bez gorszących kłótni. Taki styl politycznej debaty usiłuje wprowadzić w Waszyngtonie, czyniąc kurtuazyjne i pojednawcze gesty wobec demokratycznych parlamentarzystów. Po części z tej przyczyny nie angażował się osobiście w obronę kandydatów na stanowiska ministerialne Lindy Chavez i Johna Ashcrofta. W bardzo szybkim wycofaniu przez Busha, wówczas jeszcze prezydenta-elekta, poparcia dla Chavez można się było dopatrywać oznak słabości. Ale szybko się okazało, że Bush nie zamierza być uległy. Po zatwierdzeniu przez Senat Ashcrofta zapowiedział, że opór demokratów w tej sprawie nie powstrzyma go od wysuwania konserwatywnych kandydatów na stanowiska w sądach federalnych.
Republikańsko-amerykańskie być albo nie być
Jednak o tym, czy Bush okaże się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu we właściwym czasie, zadecyduje stan amerykańskiej gospodarki. Na razie nie jest najlepiej. Stany są u progu recesji. Ekonomiści odnotowują zerowe tempo wzrostu gospodarczego. Paradoksalnie może to zadziałać na korzyść Busha, jeśli proponowane przezeń rozwiązania okażą się trafne i uda mu się je przeforsować. Co prawda napotyka on na opozycję, ale - jak w przypadku kluczowej kwestii redukcji podatków - demokraci w obliczu widma kryzysu gospodarczego w miarę upływu czasu gotowi są przystać na coraz większe cięcia podatkowe.
Natomiast jeśli Bushowi nie uda się odwrócić niebezpiecznych trendów, to najprawdopodobniej przegra z kretesem wybory prezydenckie w 2004 roku. A republikanie poniosą klęskę w 2002 roku w wyborach do Kongresu i na stanowiska gubernatorów. W przeprowadzanych równolegle z prezydenckimi zeszłorocznych wyborach parlamentarnych demokraci poprawili stan posiadania i odgrażają się, że w przyszłym roku odzyskają większość w jednej z izb czy nawet w obu.
Na razie republikanie nie mają wielkich powodów do zmartwienia. Bush, uwodząc centrowych wyborców łagodnym i grzecznym uśmiechem, wykazuje chęć do walki i determinację. Większość Amerykanów, tak przynajmniej na razie pokazują badania opinii publicznej, uważa, że ma on cechy przywódcze i popiera w ogólnych zarysach główne punkty jego programu.
Polityczna batalia w USA dopiero się zaczyna i z tej racji nie należy wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Bush może ma zadatki na dobrego prezydenta, ale do "wielkości" mu jeszcze bardzo daleko. Nie jest to jednak argument na rzecz tezy, że się do niczego nie nadaje. Ba, więcej: Bush usiłuje wyjść z cienia Reagana i jakoś daje sobie z tym radę. Przynajmniej na razie...
Marek Krukowski
Wyświetlony 5896 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.