Wydrukuj tę stronę
wtorek, 21 grudzień 2010 14:54

O rzeczach ostatecznych

Napisane przez

Do każdego kiedyś przyjdzie, a właściwie - po każdego. Jest kresem ludzkiego bytowania na ziemi i jest najważniejszą rzeczą, jaka każdego czeka i nikogo nie ominie.

I do niej właśnie należy się właściwie przygotować. Dla niewierzących jest końcem życia, obróceniem się w nicość. Dla wierzących jest przejściem, bramą między tym znanym światem a tym nieznanym, lepszym bytem. W ostatnich czasach jakoś zapominamy, tracąc ufność, że po śmierci czeka nas coś jeszcze, że czeka nas mieszkanie w domu Pana. Dawniej całym życiem przygotowywano się do zamieszkania w tym przygotowanym dla nas miejscu. Jak życie celowe i właściwe każdemu, tak i śmierć winna być właściwa ? dobra.
Przygotowanie do śmierci... Czy można się przygotować do własnej śmierci i jak to zrobić należycie? A przecież towarzyszy nam od dziecka, od dnia narodzin, przybliżając każdej godziny do tej ostatniej. Dzieci w naszej obecnej kulturze nie obcują ze śmiercią, chociaż pełno jej w bajkach, nie tylko braci Grimm, ale i u ? wydawałoby ? się poczciwego Andersena. Kwiatki, które hodowałam, uschły ? o nich nie mówiło się, ze umarły. Chomik, o którego bardzo dbałam i do którego bardzo się przywiązałam, któregoś dnia nie chciał się obudzić. On też nie umarł, on zdechł. Ale to nie docierało do mnie jako śmierć. Chomik się zepsuł, tak jak tyle zabawek. Wydawało mi się, że będę zawsze i że cały mój świat też będzie zawsze. Moje zabawki, książki, zwierzęta, moi dziadkowie, moi rodzice...
Jako nastolatka byłam już na kilku pogrzebach, ale to jakby było gdzieś dalej. A jednak myśl, że jest śmierć i że jest nieuchronna, już nie była obca. Później zaczęła krążyć bliżej, wzięła dziadków, a potem zabrała rodziców, najpierw Tatę, potem Mamę. I tak naprawdę dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że przyjdzie kiedyś po mnie. Zaczęłam sobie wyobrażać, jak to może być i w której chwili mojego życia chciałabym, aby to nastąpiło. Czy jak Faust gdy zakrzyknę, że trwająca chwila jest piękna, oby trwała wiecznie ? ale to sugeruje, że miałoby to nastąpić nagle, niespodziewanie, w najmniej oczekiwanym momencie. Czy wtedy, gdy po dobrym, godziwym i spełnionym życiu, pogodzona z Bogiem i ludźmi, będę gotowa tę bramę przejść. Tylko kiedy to będzie, gdy moje dzieci się usamodzielnią, czy gdy zrobią to wnuki? Gdy będę miała 80 lat czy więcej... A może wtedy też nie będzie to odpowiednia chwila, bo może będę koniecznie chciała zobaczyć prawnuki? Czy będę wiedziała, kiedy tak naprawdę będę gotowa do tej ostatniej drogi, i kiedy ta śmierć będzie śmiercią dobrą?
Dawniej ludzie nie mieli takich możliwości, by swe życie przedłużać. Kataklizmy i choroby zbierały swoje obfite żniwo. Nikt nie znał dnia ani godziny i ? będąc niepewnym ? jednocześnie był świadomy nadejścia śmierci. Teraz myśl
o śmierci odsuwamy jak najdalej, sądząc, że nas ten problem nie dotyczy. A przygotowanie się do śmierci jest nam obce, tak jak dawnym mieszkańcom Rzeczypospolitej komputer czy samochód. Skoro śmierć już musi przyjść, niech zrobi to nagle i szybko. Bez świadomości ? najlepiej we śnie. A gdzie dawna modlitwa ? od nagłej i niespodziewanej śmierci wybaw nas, Panie. Teraz gotowiśmy modlić się wprost przeciwnie ? ześlij naglą i niespodziewaną śmierć, Panie. Ale to tak jest ? większość Polaków deklaruje katolicyzm wielce powierzchowny, powiedziałabym: okazjonalnie ceremonialny. Chrzciny ? tak, komunia ? tak, ślub kościelny ? tak, katolicki pogrzeb
z księdzem i w poświęconej ziemi ? oczywiście. To okazje do świętowania, do pokazania sobie i światu, jacy to jesteśmy... zamożni, na jaką oprawę rodzinnych uroczystości nas stać. A gdzie religijny, sakramentalny ryt tych okazji? Chrzest to nie tylko okazja do zaprezentowania w gronie bliższej i dalszej rodziny, przyjaciół i znajomych naszego nowonarodzonego dziecka, to przede wszystkim sakrament przyjęcia do wspólnoty Kościoła. Sakramenty poprzedzają też naturalne odejście od tej wspólnoty Kościoła pielgrzymującego na ziemi ku innej wspólnocie. Poprzedzające śmierć sakramenty są przygotowaniem do tego odejścia, są zwieńczeniem zgody z ludźmi i Bogiem. Dają siłę i spokój, dają dystans do samego siebie i pozwalają spojrzeć na ziemskie problemy z innej już perspektywy. Dają przedsmak świętego spokoju. Takie myśli towarzyszyły mi, gdy wyszłam z wystawy Śmierć w kulturze dawnej Polski. Oglądając zgromadzone w wielu salach eksponaty, można spojrzeć z perspektywy współczesnego, zabieganego człowieka, który na wiele rzeczy nie ma czasu, nawet na to by myśleć o śmierci, na mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej i ich oczami spojrzeć na śmierć i związane z nią rytuały
i obyczaje. Ekspozycja została podzielona na następujące części: Memento mori, In hora mortis, Advenite sancti Dei, Memento mortuorum, In paradisum te deducant angeli. Idąc przez sale zagłębiamy się w dawny obyczaj, sposób myślenia, sztukę, ubiór i ceremoniał ? od średniowiecza do czasów nowożytnych. A towarzyszy nam własna wrażliwość i własne przemyślenia.
Biblijny obraz człowieka stworzonego przez Boga z prochu ziemi, ożywionego tchnieniem Bożego ducha i koncepcja arystotelesowsko-platońska osoby ludzkiej jako jedności śmiertelnego ciała i nieśmiertelnej duszy, leżą u podstaw wizji ludzkiego bytu na ziemi w naszym kręgu kulturowym. Śmierć, będąca kresem życia, jest postrzegana jako rozpad cielesno-duchowej jedności osoby. Chrześcijaństwo z nauką o zmartwychwstaniu ciała i zbawieniu wiecznym człowieka zmieniło w istotny sposób myślenia o śmierci. Śmierć została uznana za przeznaczenie rodzaju ludzkiego jako konsekwencja grzechu pierworodnego. Postrzegano ją jako stan przejściowy, w którym zmarły jakby we śnie oczekiwał na powstanie z martwych i Sąd Ostateczny, gdzie zostanie zawyrokowane jego zbawienie lub potępienie. Kres życia ciała nie oznacza kresu życia duszy ? ona żyje wiecznie. Oddzielenie czasowe ciała i duszy, będące skutkiem śmierci, zakończy się w dniu końca świata i Sądu Ostatecznego. Zanim to nastąpi ? Bóg dokonuje zaraz po zgonie szczegółowego osądu zmarłych. Ci którzy nie odpokutowali za życia, po śmierci muszą przejść oczyszczenie w czyśćcu. Nieuchronność śmierci i czekającego tuż za jej progiem Sądu Bożego, towarzyszyła życiu chrześcijan każdej epoki. Świadomość, że mors certa hora incerta (śmierć pewna, godzina niepewna), już na początku chrześcijaństwa zrodziła troskę, aby na moment przejścia do wieczności przygotować się możliwie jak najlepiej.
Z tego czasu pochodzi praktyka udzielania konającemu komunii świętej (wiatyku), którą postrzegano jako zaopatrzenie na drogę do Boga. Przyjęcie wiatyku przed skonaniem pozostaje do dziś troską myślącego o własnej śmierci chrześcijanina.
Średniowieczny kult relikwii oraz nadzieja pokładana w orędownictwie świętych, zainicjowały zwyczaj gromadzenia przez wiernych relikwii świętych nie tylko dla zapewnienia sobie ich wsparcia w życiu doczesnym. Powszechne było przekonanie, że cześć oddawana świętym w ich relikwiach zapewni ich wstawiennictwo na Sądzie Ostatecznym. Trudno przecenić rolę świętych w kształtowaniu wizji własnej śmierci i nadziei zbawienia ludzi średniowiecza.
Wiara w czyściec i przekonanie o konieczności dopełnienia w nim nie odpokutowanej za życia kary za grzechy zrodziły wielość praktyk pokutnych, podejmowanych z myślą o własnym zgonie i Sądzie Bożym, na którym czyny pokutne miały złagodzić srogość wyroku. Z pragnieniem zadośćuczynienia za grzechy i otrzymania absolucji należy wiązać wielką popularność odpustów gromadzonych przez wiernych przez całe życie z myślą o jego ostatniej godzinie. Pozyskiwano je na różny sposób, ze szczególnym upodobaniem do pielgrzymek, wśród których wyróżnić należy szlak do grobu św. Jakuba w Composteli, drogę do grobów świętych Piotra i Pawła w Rzymie, a nade wszystko peregrynację do Grobu Pańskiego w Jerozolimie.
Wielka epidemia dżumy w 1348 r. pozostawiła w świadomości średniowiecznej Europy obraz śmierci zbierającej masowe żniwo. Zasiała w sercach ludzi niepewność i strach przed zejściem ze świata bez odpowiedniego przygotowania i zaopatrzenia w zbawienne środki, jakie Kościół gwarantował swym umierającym członkom. Śmierć nagła i niespodziewana (mors repentita) budziła grozę i uchodziła za największe zło, jakie może spotkać człowieka u kresu życia. Traktowano ją jako karę i domniemywano o złym życiu zmarłego. Efektem tych wydarzeń i przeżyć był rozkwit ascetycznej literatury Ars moriendi ? sztuki umierania. Dzieła tego gatunku, w formie popularnego, ilustrowanego podręcznika przygotowywały ludzi do aktu śmierci.
Triumf śmierci podczas zarazy (wraz z podręcznikami Ars moriendi) zainicjował masowe pojawienie się w Europie przedstawień typu Vanitas i Memento Mori. Ich najbardziej oryginalną formą stały się monumentalne cykle Tańca śmierci, gdzie w tanecznym korowodzie zmarli upominają żywych: Quod fuimus estis, quod sumus vos eritis (kim byliśmy, wy jesteście, kim jesteśmy, wy będziecie). Ukazanie w tańcu ze śmiercią przedstawicieli wszystkich stanów i grup społecznych utwierdzało ludzi w przekonaniu, że śmierć zrównuje wszystkich.
Przesłanie Memento mori, zawarte w Tańcach śmierci, weszło na stałe do świata duchowej i plastycznej wyobraźni zachodniego chrześcijaństwa. Świadomość znikomości i kruchości życia, którego kresem jest nieuchronna śmierć, znalazła swoją ekspresję w różnorodnych formach dzieł i zachowań wanitatywnych.
Okazją do pokutnych rozmyślań i refleksji o śmierci był zawsze udział w ceremoniach pogrzebowych. Traktowano te uroczystości jako projekcję własnego pogrzebu. Odmawianie przez uczestników ceremonii nad grobem nieboszczyka Pater noster za tego z ich grona, którego Bóg w następnej kolejności powoła do siebie, obligowało do refleksji i zadumy nad godziną własnej śmierci.
Od dojrzałego średniowiecza akt śmierci stał się ostatnią i najuroczystszą publiczną ceremonią w życiu człowieka. Podręczniki Ars moriendi oraz zabiegi duszpasterskie Kościoła uczyniły z godziny konania quasi-liturgiczną ceremonię, w której umierający ? jeśli było to możliwe ? aktywnie uczestniczył. Nadejście horae mortis obwieszczał zwykle sam konający. Jeśli nie potrafił rozeznać czasu konania, wówczas jego najbliżsi, a w ostateczności medyk, uświadamiali go, aby zaczął się żegnać ze światem i zwrócił swe myśli ku Bogu i wieczności. Z nadejściem godziny śmierci życie w domu zamierało. Wszyscy domownicy, w tym służba i dzieci, gromadzili się wokół łoża konającego, przy którym ustawiano krzyż, gromadzono relikwie i wizerunki świętych, zapalano świece. Do łoża konającego wzywano kapłana z wiatykiem i świętymi olejami. Ważnym momentem aktu konania było pożegnanie z bliskimi i krewnymi oraz prośba o wybaczenie win i wyrządzonego zła. Zazwyczaj konający w tym momencie wydawał ostatnie dyspozycje w sprawach majątkowo-spadkowych. Dokonawszy tych aktów, gestem dawał znak kapłanowi do rozpoczęcia ceremonii ostatniego namaszczenia i wiatyku. Posługę rozpoczynała spowiedź generalna, zakończona udzieleniem absolucji. Po spowiedzi, w obecności zebranych, kapłan namaszczał świętym olejem powieki, uszy, usta, nozdrza, ręce i nogi konającego, umacniając ciało i jego zmysły przed śmiertelnym bojem. Dopełnieniem sakramentalnego rytuału było wręczenie umierającemu krzyża i zapalonej gromnicy, której poświęcone światło symbolizowało bliskość Boga i odpędzało od konającego zakusy demonów ciemności. Dokonanie rytuału konania postrzegano jako istotny element ostatecznego rozliczenia się z doczesnością i gwarancją godnego przysposobienia się na spotkanie z Bogiem w wieczności. Stąd trwoga na myśl o śmierci nagłej lub z dala od domu i bliskich oraz niepewność co do wieczystego losu tych, którzy odeszli ze świata w sposób niespodziewany.
Gdy zaopatrzony sakramentami i otoczony modlitwą zebranych przy jego łożu konający opuścił świat, obowiązkiem najbliższych było zamknięcie jego oczu i ust. W domu żałoby otwierano okna i zatrzymywano zegary. Zgon parafianina obwieszczano w kościele biciem żałobnego dzwonu. Podzwonne należało do pierwszych działań związanych z faktem zgonu. Bliscy lub uproszone osoby przystępowali do mycia i ubierania zwłok. Podczas tych czynności modlono się o wieczny spokój dla duszy zmarłego. Strój, w jaki przywdziewano nieboszczyka, zwykle zależał od statusu społecznego lub przekazanych jeszcze za życia dyspozycji. Tym strojem mogła być śmiertelna koszula, mógł nim być, jako znak pokory, zakonny habit, częściej jednak odziewano zmarłego w jego własne ubranie.
Moment uroczystej ekspozycji ciała stanowił oficjalny początek uroczystości pogrzebowych. Czuwanie przy zmarłym zazwyczaj trwało jedną noc, gdyż do pochówku przystępowano po 24 godzinach od śmierci. Liturgia obrzędu pogrzebowego posiada w Europie dwie tradycje: rzymską i karolińską. Obrzęd typu rzymskiego był stosunkowo krótki i obejmował trzy stacje: w domu zmarłego, w kościele i na cmentarzu przy grobie. Obrzęd typu karolińskiego był znacznie rozbudowany o teksty modlitewne i śpiewy.
Jus sepulturae (prawo pogrzebu) należy do najstarszych praw parafii i parafian. Chowanie zmarłych w poświęconej ziemi przykościelnego cmentarza sięga początków chrześcijaństwa w Polsce. Pochowanie w nie poświęconej ziemi postrzegano jako akt kary i oznakę wykluczenia ze społeczności Kościoła. Wiara w zbawczą moc ofiary Mszy świętej oraz pragnienie uczestnictwa w łaskach płynących z modlitw zanoszonych do Boga w intencji zmarłych uczyniły ze świątyni najbardziej pożądane miejsce wiecznego spoczynku. Praktyka wspominania zmarłych podczas eucharystycznej ofiary sięga starożytności chrześcijańskiej i zwyczaju odczytywania zapisanych w dyptykach imion tych, którzy odeszli do Pana i śpią w pokoju. Tu bierze swój początek Memento mortuorum (wspomnienie wiernych zmarłych) w kanonie rzymskim Mszy świętej. Praktyka modlitwy za zmarłych zrodziła się z wiary, że żyjący mogą wyjednać u Boga łaskawość sądu i darowanie kary dla tych, którzy odeszli do wieczności. W szczególny sposób odnosiło się to do zmarłych cierpiących w czyśćcu. Ofiara Mszy świętej, ponawiająca w sposób bezkrwawy zbawienna ofiarę Chrystusa na krzyżu, postrzegana była jako najskuteczniejszy sposób zaskarbienia miłosierdzia Bożego dla zmarłych.
Liturgię i obrzędowość związana z ostatnim kresem żywota człowieczego przenikała wiara w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny. Codzienność zaś upływała w nadziei, że życie nasze zmienia się, ale nie kończy...
To jednak nie wszystkie obszary duchowości, liturgii i religijnej obyczajowości, ukształtowane i funkcjonujące w cieniu śmierci. Warto się było o tym przekonać na wystawie w Zamku Królewskim w Warszawie i znaleźć choćby chwilę na własną refleksję o rzeczach ostatecznych.
Małgorzata Miksiewicz
Wyświetlony 8408 razy
Małgorzata Miksiewicz

Najnowsze od Małgorzata Miksiewicz

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.