wtorek, 21 grudzień 2010 15:33

GLOBALIZACJA albo OPTYMIZM

Napisał

W roku 1295 z kilkunastoletniej wyprawy na Daleki Wschód wrócił do Wenecji Marco Polo przywożąc towary i informacje.

 W roku 1451 Krzysztof Kolumb dopłynął z Europy do Ameryki, a kiedy wrócił, przywiózł nieznane w Europie rośliny, przedmioty i wiele zadziwiających informacji. A pod koniec lat dziewięćdziesiątych naszego wieku ludzie zaczęli mówić o globalizacji i spierać się o nią, z całą powagą twierdząc, że jest to zjawisko charakterystyczne dla naszych czasów.
Jużem chciał zestawiać drugą lekcję "Krótkiego kursu konserwatywnego liberalizmu (dla niezaawansowanych)", kiedy wezwał mnie Redaktor Naczelny Opcji i kazał porzucić systematyczne nauczanie, a zająć się globalizacją. Napisać mam o niej, rozkazał, przystępnie, ale wyczerpująco, żeby i adepci odnieśli pożytek, i zaawansowani konserwatyści nie zżymali się na uproszczenia.
W latach dziewięćdziesiątych, kiedy zaczęto o niej mówić, nie w czasach Kolumba i nawet nie wtedy, kiedy Marco Polo wyprawił się do Azji, ale znacznie wcześniej. Jest procesem, który trwa od tysiącleci i znacznie przekracza zasięgiem oraz konsekwencjami to, co jest przedmiotem dzisiejszych analiz, dyskusji i konfliktów.     
Wstęp
Wrzawa wokół globalizacji jest wynikiem zauważenia - po paru tysiącleciach niezauważania - że na Ziemi dzieje się coś znacznie większego niż tasowanie się państw oraz przemiany władzy, gospodarki i kultury w ich skali. Ale problemy, które w wyniku tego odkrycia są stawiane, obejmują jedynie powierzchnię zjawiska, nie dotykając tego, co najważniejsze, choć nie tak na pierwszy rzut oka widoczne.
Przez globalizację rozumie się zazwyczaj kilka zjawisk, przede wszystkim powstanie powiązań gospodarczych obejmujących nie państwa już i nie kontynenty, ale cały glob. Wymienia się także współczesne powiązania komunikacyjne, dzięki którym informacje z całej Ziemi - a nawet spoza niej, kiedy się człowiek się wychyli w Kosmos - wszędzie są natychmiast dostępne. Czasem mówi się o przepływie technologii albo oświaty.
I wszystko to prawda, ale ta prawda to nie wszystko. Koniec wstępu.
Żaden z procesów składających się na globalizację nie zaczął się współcześnie. Powiązania gospodarcze w skali globu tworzyły się razem z wielkimi odkryciami geograficznymi. Odkrywcy najpierw globalnie handlowali, potem kolonizowali rozwijając globalne przedsięwzięcia gospodarcze. Na początku azjatyckie plantacje herbaty wytwarzające dla Europy, karaibskie plantacje trzciny cukrowej, brazylijskie plantacje drzew kauczukowych.
Kupcy przywozili z wypraw nie tylko towary, ale i wieści z innych stron świata. Wolniej niż dziś się rozchodzące, bo przewożone statkami, ale przekraczające granice nie państw już a kontynentów. Wielu było wśród odkrywców łupieżców, którzy rabowali obce skarby, żeby zawieźć je do domu, ale znacznie więcej kupców, którzy handlowali, a więc brali z sobą coś w zamian za coś innego, co przywieźli. A przywozili w obce strony nie tylko swoje towary, ale i wieści z ojczyzn, swoje obyczaje, swą religię, swoje dzieła sztuki.
Początki globalizacji były pasmem krwawych podbojów, wyzysku, nieuczciwych transakcji handlowych, ale były też tkaniem sieci gospodarczych, informacyjnych oraz kulturowych powiązań. Nie to jednak było najważniejsze z naszego punktu widzenia - choć dla ludzi mordowanych czy branych w niewolę to właśnie najważniejsze było - ale globalne skutki.  
U samego zarania historii naszego gatunku, przed dziesiątkami tysięcy lat rozeszliśmy się po całej ziemi i zaczęliśmy żyć w małych izolowanych grupach. Każda z tych grup wytwarzała swoją własna kulturę, bo trafiała na inne warunki i żyła w nich izolowana od innych grup.
Kultura jakiejś społeczności to ogół wspólnych jej sposobów radzenia sobie z rzeczywistością. Z całą rzeczywistością, nie tylko materialną, ale i duchową. To ogół sposobów zdobywania pożywienia, sporządzania odzieży, budowania schronień przed chłodem, drapieżnikami i nieprzyjaciółmi, to wiedza o świecie, to religia czy wierzenia, to obyczaje i sztuka.
Kultura to rezultat odkryć i wynalazków. Kultury poszczególnych grup różniły się, bo w jednych ktoś wpadł na lepszy sposób radzenia sobie z jakimś problemem, a w innych na gorszy. Te społeczności, które miały szczęście dorobić się lepszych sposobów rozrastały się liczebnie, powiększały terytoria, aż docierały do granic innej grupy. Inna była przeszkodą w dalszym rozroście, więc nieuchronna spotkanie kończyło się albo walką, albo podbojem, albo wreszcie wtopieniem się słabszej grupy w silniejszą.
Dygresja psychologiczna
Kiedy w sobotni wieczór na dyskotekę do remizy w Psiej Wólce przyjdą chłopcy z Osieka, nieuchronnie wywiąże się walka, bo miejscowi uważają się za lepszych od przybyszy, przybysze za lepszych od miejscowych i obydwie strony musza to udowodnić. Kiedy do ludzi noszących turbany przypłyną ludzie noszący kapelusze, nieuchronnie wywiąże się walka, bo jak wyżej.
Psychologicznie starcia między grupami niczym nie różniły się od bójek przed remizą, tyle że konsekwencje miały większe, bo nie dwie grupy chłopców w nich uczestniczyły, ale najpierw plemiona, a potem państwa. Kiedy skini leją punków, czynią to samo, co robili konkwistadorzy przemocą wprowadzający swoje porządki. Bo jeśli ja tak sobie z rzeczywistością radzę - tak się ubieram, takie mam poglądy, w to wierzę, a ktoś inny inaczej, to przecież tylko jeden z dwóch sposobów jest lepszy. Mój, oczywiście, a nie ich, bo gdyby ich był lepszy, ja obstając przy gorszym sposobie, byłbym głupcem. 
Krucjaty więcej mają wspólnego z bójkami przed remizą niż skłonni bylibyśmy przypuszczać. Koniec dygresji psychologicznej.
Z łączenia się kultur plemiennych powstały wielkie cywilizacje i wszystko zaczęło się od początku, ale już na poziomie nie plemion, a imperiów. Każda z wielkich cywilizacji dysponowała swoją kultura, czyli swoim zestawem radzenia sobie z rzeczywistością. Kiedy zetknęły się dwie takie cywilizację, następowała konfrontacja owych sposobów. Jedne sposoby okazały się skuteczniejsze, inne mniej skuteczne, więc jedne cywilizacje ekspandowały niszcząc inne przez podbój lub wchłonięcie. Najpierw w skali kontynentów, aż wreszcie w skali globu.
Garstki konkwistadorów opanowywały znacznie liczebniejsze cywilizacje Ameryki, grupki kupców i awanturników, wspierane nielicznymi oddziałami państwowych lub prywatnych wojsk podbiły arabską i czarną Afrykę i poddały europejskiej kontroli prastare i olbrzymie państwa Dalekiego Wschodu. Europejski system gospodarczy prowadził do wytwarzania największej ilości dóbr, technologia dała siłę militarną i potęgę gospodarczą. Spośród wielu cywilizacyj - jakkolwiek je klasyfikować - ta stworzona w Europie okazała się najskuteczniejsza.
Politycznie poprawna dygresja o misji białego człowieka
Twierdzenia, że europejskie sposoby radzenia sobie z rzeczywistością okazały się najskuteczniejsze nie oznacza absolutnej wyższości europejskiej cywilizacji nad innymi. Kategorie wyższości lub niższości nie mają tu zastosowania bez określenia kryteriów.
Jeśli brać pod uwagę szczęście pojedynczych ludzi na przykład, to ludzie cywilizowani po europejsku uznać muszą wyższość cywlizacyj nastawionych na osiąganie wewnętrznej harmonii. Społeczność jednak, której kultura skierowała ludzi ku dążeniu do wewnętrznej harmonii z łatwością zostanie pod-bita militarnie przez społeczność, której kultura poszła drogą doskonalenia sposobów zabijania, a i w gospodarczym wyścigu przegra. 
Barbarzyńcy przerabiający na wapno starożytne marmurowe posągi okazali się skuteczniejsi, ale o wyższości ich kultury nad antyczną trudno raczej mówić. Kilka razy w historii kultura społeczności podbitych militarnie podbijała zwycięzców.       
Jeszcze poprawniejsza dygresja w dygresji
Nie do obrony jest również pogląd, że ludzie należący do skuteczniejszego kręgu cywilizacyjnego są w jakiś sposób lepsi od ludzi z innych kręgów. Kultura jest sumą odkryć i wynalazków autorstwa pojedynczych ludzi. Fakt, że mój ziomek okazał się autorem genialnego odkrycia czy wynalazku, nie przeszkadza mi być durniem.
Rozwój kultury przypomina wędrówkę po labiryncie. Każdy wynalazek czy odkrycie składający się na kulturę to krok w którąś z uliczek, przesądzający o następnych krokach. Uliczka, którą poszli Europejczycy okazała się najlepsza, ale był to wynik szczęśliwego splotu okoliczności, a nie wyższości. Durniów i łajdaków wśród Europejczyków wcale przez to nie jest mniej niż wśród Afrykanów czy Polinezyjczyków. Koniec politycznie poprawnej dygresji o misji białego człowieka.
Pierwsze kontakty między cywilizacjami kończyły się najczęściej wojnami. Wojny punickie, podboje Aleksandra Macedońskiego, konkwista to najbardziej znane przykłady takich kontaktów. Cywilizacje Dalekiego Wschodu od wojen wolały izolację, ignorowanie obcych. Chiński mur, czy historia Japonii od średniowiecza do XIX wieku to przykłady takiej strategii.  
Wojny kończyły się podbojami, a wtedy przychodził czas kolonizacji czy podporządkowania. Łupieżców zastępowali kupcy, wciąż pod ochroną państwowych czy prywatnych wojsk. Potem do kupców dołączali przedsiębiorcy organizujący w koloniach produkcję. 
Kolonizacja nie była tak jednostronna, jak twierdzą lewicowi jej przeciwnicy. Europejscy kupcy i przedsiębiorcy byli uprzywilejowani, bo po pierwsze to oni mieli inicjatywę, po drugie byli silniejsi militarnie, po trzecie mieli kapitał, po czwarte wreszcie dysponowali technologią. Wywozili więcej niż przywozili, ale przywozili coś jednak: europejskie sposoby produkcji, europejska technologie i medycynę, kapitał i zasady, dzięki którym Europa stała się tak silna.
Efektem była europeizacja ludzi należących dotąd do innych kręgów kulturowych. Najpierw renegatów, potem elit, za nimi reszty społeczności. Proces był powolny i nie bezbolesny dla europeizowanych. Więc zaczęli się buntować, nie bez pomocy z zewnątrz.  
Dygresja o buntownikach
Wśród przywódców ruchów zwanych narodowowyzwoleńczymi bardzo nieliczni byli ludźmi cywilizowanymi na sposób rodzimy. Niemal wszyscy byli ludźmi zeuropeizowanymi. Część to absolwenci europejskich uczelni, nieliczni - Uniwersytetu im. Łomonosowa w Moskwie, komunistycznej uczelni europejskimi metodami kształcącej politycznych dywersantów i agentów, część wreszcie to żołnierze wojsk kolonialnych, a więc wyszkolonych na europejska modłę.  
Nostalgia za utraconym związkiem z przeszłością swych narodów czy rodzin, w połączeniu z nabytymi europejskimi wartościami pchała tych ludzi do buntu przeciw kolonizatorom. Powierzchowność wykształcenia pozwalała wierzyć, że da się pójść na skróty i tak urządzić swe kraje, żeby osiągały europejską pomyślność gospodarczą i militarna siłę bez przejmowania reszty europejskiej kultury.      
Żadnemu to się nie udało. Trze-ba było ogromu nieszczęść, jakie de-kolonizacja przyniosła dawnym koloniom i gospodarczej zapaści, żeby te mrzonki upadły. Koniec dygresji o buntownikach.
Dekolonizacja - jej polityczne źródła i inspiracje pomińmy, jako nieistotne z punktu widzenia ewolucji kulturowej - doprowadziła do zrzucenia politycznej czy militarnej władzy państw cywilizowanych po europejsku nad koloniami. W rezultacie europeizacja mieszkańców kolonii została przerwana. 
Dekolonizacja - wbrew zamierzeniom przywódców i ideologów - nie doprowadziła do odrzucenia europejskiej kultury, bo tego się zrobić już nie dało. Jeśli ktoś raz poznał lepsze sposoby radzenia sobie z rzeczywistością, nie będzie chciał wrócić do gorszych.
Okazało się, że społeczeństwa cywilizowane po trosze jeszcze tradycyjnie, a po trosze już na sposób europejski przestały sobie radzić z najbardziej podstawowymi problemami. Pogłębiło się ubóstwo, rozlała plaga wojen i walk wyhamował rozwój gospodarczy.
Od tego czasu bojownicy o dekolonizację skompromitowali się lub wymarli. Pozrywane w czasie dekolonizacji więzy gospodarcze oraz powiązania polityczne zaczynają tkać się na nowo, przepływają informacje, idee i wzory zachowań. 
Tyle że na innych już zasadach. Państwa europejskie zrezygnowały z siły militarnej i zaakceptowały suwerenność dawnych kolonii, ale kupcy i przedsiębiorcy nie zrezygnowali z europejskich - w sensie cywilizacyjnym, a nie geograficznym, a więc również amerykańskich, australijskich czy dalekowschodnich - zasad organizacji produkcji czy handlu. Nie dlatego, że nie chcieli, ale dlatego, że nie mogli, bo bez przestrzegania tych zasad gospodarka nie chce działać. Przy okazji technologia rozwinęła się skracając czasy podróży i przepływu informacji, a te najłatwiej dostrzegalne technologiczne zmiany są przez umysły płaskie i tępe traktowane jako przyczyna globalizacji.        
Niewielu widzi, że to powrót do pozrywanych powiązań, że jest to dalszy ciąg procesu trwającego od paru tysiącleci, na krótko wstrzymanego przez polityczne zawirowania, a nie żaden przełom. Że to kontynuacja ewolucji ludzkiej kultury od rozproszenia do jedności.
Dygresja o rzodkiewkach
Jak każdy złożony długofalowy proces ma globalizacja złe strony i strony dobre. W długim i średnim terminie globalizacja przynosi korzyści jej uczestnikom, a więc wszystkim ludziom, oprócz stałych mieszkańców Kuby.
W terminie krótkim przynosić może szkody pewnym osobom czy grupom. Na przykład polscy hodowcy rzodkiewek osiągają zimą mniejsze zyski z powodu obecności na rynku smaczniejszych i tańszych rzodkiewek amerykańskich.
Mniej roztropni hodowcy rzodkiewek zaczynają więc walczyć z globalizacją, a cwani polityczni szulerzy wśród nich werbują wyborców. Roztropni natomiast podejmują decyzje strategiczne dążąc albo do obniżki kosztów i poprawy smaku swoich rzodkiewek, albo szukają zysków w jakiejś innej dziedzinie.
Sprzeciwianie się globalizacji ma tyle sensu, ile sprzeciwianie się deszczom. Sens ma natomiast zgłębianie procesu globalizacji, by zrozumiawszy ją popłynąć na jej fali. Koniec dygresji o rzodkiewkach.
ÂŹródłem globalizacji jest dążenie do bogactwa, ale skutki znacznie wykraczają poza to. Gospodarcza ekspansja, swobodny przepływ kapitału, rosnąca liczba międzynarodowych powiązań gospodarczych to zewnętrzne objawy głębokiego procesu europeizowania się świata.
W czasach kolonizacji gospodarcza ekspansja odbywała się pod osłoną rządów państw kolonialnych. W koloniach powstawały gospodarki słabe, bo administracyjnie chronione przed konkurencją z innych krajów. Na terytoria francuskie mogły wejść wyłącznie firmy francuskie, na brytyjskie - firmy brytyjskie.
Obecnie w suwerennych państwach nie ma większego znaczenia skąd pochodzi kapitał. Prowadzi to z jednej strony do powstawania międzynarodowych przedsiębiorstw, bo nie muszą już być narodowe, z drugiej prowadzi do przemiany wykraczające poza ekonomię w krajach przyjmujących inwestycje.
Przede wszystkim umacnia się prawo cywilizowane po europejsku. Systemy prawne oparte na ukształtowanych w Europie przyjmują obecnie wszystkie niemal kraje świata - pomińmy islam, bo to problem złożony i osobny - gorzej jest z przestrzeganiem, szczególnie zasady wolności oraz równości wobec prawa bez względu na stanowisko i majątek.
Przestrzeganie prawa zapewnia bezpieczeństwo inwestycji. W czasach kolonialnych prawa pilnowali gubernatorzy z wojskami. Teraz muszą to czynić suwerenne rządy, bo inwestorzy poszukują praworządności, wybierając kraje, które dają jej więcej.
Po drugie kształtuje się pojęcie indywidualnej własności. W wielu kulturach własność dotyczy nie osoby, a rodziny, często rozbudowanej o dalekich krewnych. Przeszkadza to rozwojowi gospodarczemu, bo udział majątku zależy od łaski głowy rodziny, a nie od indywidualnego powodzenia w interesach.   
Po trzecie tworzą się elity ludzi wykształconych na sposób europejski. Współczesne technologie wymagają od robotników kultury technicznej, nawet przy wykonywaniu prostych czynności. Stąd fabryki na dziewiczych technologicznie terenach są na początku szkołami zasad odpowiedzialnej pracy oraz placówkami krzewiącymi kulturę techniczną i kulturę pracy.  
Dygresja rodzima
Tę akurat stronę globalizacji na własnej skórze odczuli pracownicy dawniej państwowych firm kupionych przez zachodnie lub wschodnie firmy. Trudności w zaadaptowaniu się do cywilizowanych po europejsku zasad pracy okazały się tak poważne, że wielu pracowników wolało iść na zasiłek dla bezrobotnych niż systematycznie i odpowiedzialne pracować.
Koniec dygresji rodzimej.
Współczesne formy globalizacji po raz pierwszy w historii wyzbyte są przemocy, nie opierają się na militarnej przewadze państw kolonialnych, ale na podstawach głównie ekonomicznych. Nie znaczy to, że trwa sielanka - tak jak nie był sielankowy XIX-wieczny kapitalizm, który jest podstawą dzisiejszej zamożności państw cywilizowanych po europejsku i swobód ich obywateli.     
Socjaliści wołają przeciw globalizacji, głosząc, że w jej wyniku "bogaty staje się jeszcze bogatszy, a biedny, jeszcze biedniejszy". To oczywiste kłamstwo, bogaci rzeczywiście bogacą się w wyniku globalizacji, ale bogacą się również
i biedni. Pewnie, że wolniej niż chcieliby, ale znacznie szybciej niż bogacili się Europejczycy, kiedy tworzył się system nowoczesnej kapitalistycznej gospodarki.    
Zakończenie w paski
W krajach Azji Południowo-Wschodniej żyjące jeszcze pokolenie przeszło od ubóstwa do zamożności dzięki temu, że rodzime kultury szybko i łatwo przyswoiły sobie i zaadaptowały europejskie reguły gospodarcze i technologie. Ludzie ci w młodości zaczynali w warunkach przypominających europejskie z XIX wieku, a dziś żyją i pracują w warunkach nie różniących się od współczesnych europejskich. W jedno pokolenie pokonali dystans, na który Europejczycy potrzebowali półtora stulecia. A co równie ważne, mimo przejęcia wielu elementów cywilizacji europejskiej, zachowali podstawy rodzimej kultury łącząc obce ze swojskim. 
I właśnie ten realny sukces pozwala na optymizm.
Wojciech Jankowski
Wyświetlony 12040 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.