poniedziałek, 01 luty 2010 12:40

Prawo do niechęci

Napisał

Wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś, kogo zapraszamy do domu, jest niezadowolony z naszego towarzystwa. Nie podobają mu się nasze maniery, poglądy, ubiór, sposób bycia. Co mu radzimy? Aby zmienił towarzystwo.


Weźmy inny przykład. Prowadzimy restaurację i jednemu z klientów nie podoba się jej wystrój, obsługa, menu i płynąca z głośników muzyka. Czuje się niekomfortowo, jest rozdrażniony czy nawet zniesmaczony. Cóż możemy odpowiedzieć na jego narzekania? Aby zmienił lokal.
 
Wyobraźmy sobie teraz, że prowadzimy firmę zatrudniającą kilkadziesiąt osób. Jeden z pracowników w pewnym momencie stwierdza, że nie odpowiada mu atmosfera panująca w pracy. Skarży się na zbyt wysokie wymagania, zbyt niską płacę, prymitywnych kolegów i nieatrakcyjne koleżanki. Co w takiej sytuacji można mu poradzić? Aby zmienił pracę.
 
Każde z tych rozwiązań wydaje się zgodne ze zdrowym rozsądkiem. Gdyby ktoś powiedział, że w takim wypadku owa osoba mogłaby żądać od pozostałych, aby zmienili się tak, by ona czuła się dobrze w ich towarzystwie, uznalibyśmy to za sugestię co najmniej dziwaczną. A gdyby nam powiedziano, że tego rodzaju żądanie dobrego samopoczucia miałoby stać się sankcjonowanym przez państwo prawem jednostki, uznalibyśmy to za legislacyjną perwersję.
 
Teraz odwróćmy sytuację. Oto ktoś, kogo gościmy w naszym domu, kto jest klientem naszej restauracji, kogo zatrudniamy w naszej firmie, jest osobą, z którą z jakichś powodów czujemy się źle. Nie podoba nam się ów ktoś i najzwyczajniej go nie lubimy. Co możemy zrobić? W normalnej sytuacji, skoro jest to nasz dom, nasza restauracja i nasza firma, możemy tego kogoś po prostu wyprosić, odmówić obsługi bądź zwolnić.
 
Co ważne, nie ma żadnego powodu, aby się z naszej niechęci tłumaczyć. Niechęć nie musi być uzasadniona. Nie musimy umieć podać jasnych i wyraźnych powodów, dla których kogoś nie lubimy. Tak samo jest z sympatią czy miłością do kogoś. Byłoby nonsensem wymagać od ludzi, aby tłumaczyli, dlaczego kogoś lubią bądź kochają. Zbyt wiele subtelnych i ulotnych przyczyn wchodzi tu w grę. Niektóre osoby budzą naszą sympatię, a inne odrazę. Te uczucia nie są wynikiem kalkulacji czy starannej analizy, lecz instynktu i intuicji.
 
Nie ma zatem potrzeby żądać od ludzi, aby wyjaśniali, dlaczego kogoś nie lubią, a tym bardziej twierdzić, że niechęć ma prawo do istnienia jedynie wówczas, kiedy zostanie uzasadniona na podstawie racjonalnych przesłanek. Taka sokratejska upierdliwość opiera się na błędnym założeniu, że ludzie nie mogą w praktyce poprawnie działać, jeśli nie mają teoretycznej wiedzy o przedmiotach związanych z tym działaniem. Otóż jak najbardziej mogą, zwłaszcza w codziennym życiu, w którym teoretyczne narzędzia bardzo często są zbędne. Można doskonale żonglować, nie mając zielonego pojęcia o teorii grawitacji.
 
Słowem, tak jak sympatia nie wymaga uzasadnienia, tak też trudno żądać go dla niechęci. Można po prostu kogoś nie lubić i kropka. John Stuart Mill powiedziałby, że możemy nawet dawać wyraz owej niechęci, unikając tego kogoś czy wypowiadając o nim niepochlebne opinie. Rzecz jasna na własną odpowiedzialność. Jest to rozsądna cena za tolerancję w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, a więc ?cierpliwe znoszenie?. Cierpliwie znoszę, ale nie lubię, omijam i mam prawo o tym mówić.
 
(?)
Wyświetlony 1378 razy
Więcej w tej kategorii: « A będzie jeszcze gorzej...
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.