wtorek, 02 luty 2010 12:39

Pożegnanie przyjaciela - Krzysztof Gulbinowicz (1956-2009)

Napisał

 

Poznałem Krzyśka w styczniu 1980 r., gdy przyszedł wraz z innymi drukować w mojej kuchni nielegalny ?Biuletyn Dolnośląski?.


W ciągu paru miesięcy spod wałka wychodziły kolejne numery, a my poznawaliśmy się lepiej i obaj wkrótce weszliśmy w skład redakcji pisma. Krzysiek początkowo pisał nieśmiało, zachęcony jednak przede wszystkim przez Kornela Morawieckiego coraz chętniej odkrywał w sobie powołanie publicysty. Jego debiutancki tekst zatytułowany był ?Mój ojciec?.

 

 
Pochodziliśmy z całkiem różnych środowisk. Redakcję stanowili wtedy bez wyjątku zbuntowani wobec PRL-u inteligenci, Krzysiek zaś i pozostali drukarze pochodzili z rodzin robotniczych i wszyscy byli w przeszłości hippisami. Mieli bardziej bezpośrednie i dotkliwe doświadczenia ze spotkań z ?bijącym ramieniem partii?. Ta nasza na pozór dziwna wspólnota była swoistą antycypacją Solidarności. Dyskusje zaś otwierały nas wszystkich na innych, poszerzały i urealniały nasz obraz Polski.
 
Swoim zapałem Krzysiek zarażał i inspirował innych. W podziemiu lat 80., w ramach ?Solidarności Walczącej?, ale i poza nią, stworzył i prowadził kilka pism. Jego indywidualność i dynamizm dostrzegli i przeciwnicy. Był wielokrotnie aresztowany. Ciekawe, a poniekąd i zabawne, że w roku 1988, gdy Kornel Morawiecki więziony był od kilku miesięcy, nas dwóch ? jego i mnie bezpieka wytypowała (nietrafnie!) jako kierujących całą ogólnopolską organizacją i przeznaczyła do tropienia nas specjalnych agentów. Tak wynika z ocalałych dokumentów.
 
Krzysiek był odważny. I chodzi nie tylko o to, że aktywnie walczył z komunizmem wtedy, gdy było nas bardzo niewielu, a o Solidarności jeszcze nikomu się nie śniło. Byłem z nim kiedyś, w roku 1984 w tłumie podczas szturmu milicji na ludzi zgromadzonych w kościele przy ul. Bujwida we Wrocławiu. Istniała możliwość ucieczki na cmentarz (na którym notabene obecnie spoczywa), do czego go namawiałem. Widziałem jednak, że robi się wściekły i z tą bezradną wściekłością pozostał na schodach kościoła, dał się złapać, pobić i zapakować do budy na kółkach. Uważał wtedy, że ucieczka przed barbarzyńcami z pałami jest poniżej jego godności. Później całe zdarzenie, łącznie z pobytem w areszcie, opisał w relacji, którą po jakimś czasie odczytała nawet ?Wolna Europa?.
 
To zresztą było charakterystyczne: wszystko, czego doświadczał w życiu, wkrótce wychodziło od niego czy to w postaci publicystyki, czy opowiadania. Pochodził z niezbyt szczęśliwej rodziny, obarczonej zesłańczą przeszłością i oba te wątki ? własna rodzina i tragiczny los ludzi wyrwanych cudzym obłędem z ich domów i rzuconych w bezkres Syberii ? stały się leitmotivem jego literackiej twórczości. Bywało, że te teksty, które podpisał pseudonimem, przypisywano komu innemu (do dziś np. Biblioteka Narodowa mylnie obdarza kogo innego jego pseudonimem Józef Ziuk i autorstwem książeczki ?Widziane z podziemia?).
 
Był ostry i bezkompromisowy ? takich ludzi się nie lubi, walą prawdą, czy tym, co za prawdę uważają, prosto w oczy. Naraził się więc wielu, ale też z podziwem patrzyłem na jego rozwój umysłowy ? po latach on, niewykształcony drukarz, na równych prawach dyskutował z wyrafinowanymi intelektualistami i często potrafił ich zagadać, zafrapować, zadziwić wiedzą i szerokością spojrzenia. Był niezwykle oczytany. Gdy miał pieniądze, wydawał je przede wszystkim na książki, a czytał rzeczy trudne, teksty polityczne, filozoficzne, historyczne. Niewątpliwie poszukiwał też Boga, czasem nieco heretycko, niemniej wytrwale i uporczywie.
 
Był człowiekiem idei i wielkim patriotą, nie łzawym i patetycznym, a twórczym i śmiałym.
 
Mimo że garnął się do ludzi i ożywał w trakcie intelektualnych sporów, był typem samotnika. Założył własną rodzinę, ale nie potrafił ani dać jej szczęścia, ani tego szczęścia w niej odnaleźć.
 
Krzysiek pił. Początkowo była to forma ucieczki, potem już konieczność. Walczył z tym. Wielokrotnie upadał, ale podnosił się i na nowo porządkował swoje życie. Moja mama, która niezbyt łatwo przekonuje się do obcych, sympatyzowała z nim i wiem, że bardzo sobie to cenił.
 
Umarł szczęśliwy. Był w fazie życiowego wzlotu ? pracował po kilkanaście godzin dziennie, a pisał coraz lepiej, nowatorsko, mądrze. Otrzymał dobrą pracę i stały zarobek, ładne mieszkanie. Był bardzo zadowolony z tego swojego wzlotu, ale i nim onieśmielony, bo niedowierzał, że to możliwe. Był wrażliwy na cudze nieszczęścia ? gdy było go na to stać, oddawał swoje pieniądze tym, których potrzeby uznawał za ważniejsze od swoich. Zdarzało się, że nabierali go wydrwigrosze, mimo to chętnie spieszył z pomocą. Choć z drugiej strony strasznie go oburzało, gdy stykał się z nieuczciwością, zwłaszcza ze strony niektórych kolegów z podziemia. I nie chodziło mu w tym wypadku o ofiary tej nieuczciwości ? nie mógł pojąć braku godności, szacunku do siebie tych, którzy czegoś takiego się dopuszczali.
 
Mimo wszystko miał szczęście do przyjaciół. Tych, których poznał wtedy, przed 30 laty, ale i tych, których spotkał na swej drodze później. Dzięki temu przetrwał najgorsze upadki i zyskiwał możliwość odnowy.
 
Umarł zaraz po wysłaniu mi swojego kolejnego tekstu, mającego otwierać cykl poświęcony patriotyzmowi. Traktuję to jako pewien symbol, pewną klamrę zamykającą jego trudne życie.
 
 
Po teksty Krzysztofa Gulbinowicza będziemy sięgać w kolejnych numerach Opcji. Red.
Wyświetlony 4757 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.