poniedziałek, 01 marzec 2010 01:27

Jeden dzień w Nepalu

Napisał
Dwieście osiemdziesiąt kilometrów, które dzieli stolicę Katmandu od miejscowości Bhairawa na granicy z Indiami, autobus pokonuje w szaleńczym tempie? 14,5 godziny. Nasz rozklekotany autobus marki tata z bagażami, a także kilkoma pasażerami na dachu jakoś doturlał się do celu.
 
Nadgraniczne miasteczko Bhairawa przywitało nas porannym upałem i stojącymi w ulicznym śmietniku (śmietnik w znaczeniu wielkiej góry odpadków fruwających dookoła) bezdomnymi krowami pijącymi wodę z kałuży. Przypomniały mi się kilkuletnie dzieci, które poprzedniego wieczoru oferowały w naszym autobusie opiekane na chodnikowym ognisku kolby kukurydzy. Udaliśmy się z naszymi plecakami do hotelu Everest. Aby uciec przed upałem, postanowiliśmy zaszaleć i wynajęliśmy pokój z klimatyzacją, który kosztował 1000 NPR (prawie 40 zł) za dwie osoby (pokój bez klimatyzacji był za połowę tej ceny). Nie zgodziłem się na zapłatę z góry, czego domagał się recepcjonista. Zanieśliśmy nasze plecaki do pokoju hotelowego, gdzie włączyliśmy klimatyzację i nieobciążeni bagażem ruszyliśmy szukać transportu do Lumbini, wioski, gdzie miał urodzić się Budda.
 
Stanęliśmy na skrzyżowaniu niedaleko naszego hotelu, by zatrzymać jakiś autobus. Oczywiście, od razu przyczepiło się do nas kilku rikszarzy rowerowych, ale kiedy powiedzieliśmy im, gdzie chcemy jechać, wszyscy rezygnowali. Nikomu nie chciało się pedałować 20 km w takim upale! Okazało się, że obok jest przystanek autobusowy i nawet czeka jeden autobus jadący w interesującym nas kierunku. Pojazd był już dobrze przeładowany ludźmi, ale kierowca czekał na kolejnych pasażerów. Pomocnik kierowcy pomachał do nas, abyśmy wsiadali, ale mimo szczerych chęci nie mogliśmy znaleźć wolnego miejsca, nawet stojącego. Mimo to wkrótce do autobusu wsiadło jeszcze kilku Nepalczyków i pojazd odjechał. Ale za nim stanął drugi ? taki sam, tylko pusty. Wsiedliśmy do środka, byliśmy jednymi z pierwszych potencjalnych pasażerów. Kolejni ludzie powoli wchodzili do autobusu i zajmowali miejsca siedzące. Obserwowaliśmy całą sytuację i w pewnej chwili do pojazdu wszedł Nepalczyk, wtaczając ze sobą wielką butlę gazową, którą umieścił na silniku, zaraz przed nami. Tego było już za wiele. Ze względu na bezpieczeństwo postanowiliśmy opuścić autobus.
 
Zaczęliśmy szukać taksówki, a także przypadkowych kierowców, ale żądali zbyt wygórowanych kwot za podwiezienie. Wtedy Artur zatrzymał wielką ciężarówkę leyland, która lata świetności przeżywała jakieś pół wieku temu. Na pace były załadowane betonowe lampy uliczne, które wystawały kilka metrów za końcem pojazdu. Suramari, 27-letni kierowca ciężarki i jednocześnie jej właściciel, z uśmiechem na twarzy zaprosił nas do środka. Jechał w kierunku Lumbini i zgodził się zabrać nas autostopem. Jak się okazało ciężarówka była w tak złym stanie technicznym, że nie miała nawet licznika prędkości, ale za to w podłodze wielkie dziury, przez które widać było drogę, wylaną asfaltem tylko na szerokość jednego pojazdu. Leyland przypuszczalnie nie przekraczał prędkości 30 km/h, bo szybciej po prostu nie dał rady jechać. ? Ta ciężarówka jest moją własnością ? powiedział nam dumny Suramari. Rozmawialiśmy o Nepalu i opowiadaliśmy o Polsce. Kierowca cały czas jechał środkiem drogi po asfalcie i ustępował tylko wtedy, gdy z przeciwka jechał pojazd o podobnych gabarytach. Miło gaworząc, przez pół godziny w niemiłosiernym upale przejechaliśmy kilka kilometrów.
 
(...)
Wyświetlony 1388 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.