wtorek, 30 marzec 2010 22:23

Na przekór trybom historii

Napisane przez

Prawdą straszną a często dziś zapomnianą jest cena, jaką Polacy w XX w. płacili nie tylko za pragnienie wolności, ale za samą narodową przynależność. Wystarczy sięgnąć do biografii całego mnóstwa tych, których dzieciństwo przypadło na lata czterdzieste, by dojść do wniosku, że nasz kraj odtwarzał się siłami skazanych na śmierć i których jedynie cudownym przypadkiem minęły kule niemieckich, sowieckich czy ubeckich siepaczy.

 

Ojciec wybitnego reżysera Jerzego Skolimowskiego zginął w obozie, w pobliżu Dachau znaleziono cudem ocalałego późniejszego poetę Antoniego Roszaka. Kiedy dwuletniego Tadeusza Świerczewskiego, dziś znanego wrocławskiego inżyniera, wraz z matką wypędzano ze zgliszcz Warszawy, jego ojca ? powstańca Niemcy żywcem wrzucali do krematoryjnego pieca. Pisarz Eustachy Rylski urodził się już po śmierci swego rodzica, rozstrzelanego w jednej z masowych egzekucji. A nie są to wcale te losy najtragiczniejsze, bo w ich wypadku ktokolwiek ocalał, a przecież w następstwie hitlerowsko-sowieckiej napaści nierzadko bywało, że kresu dobiegała historia rodzin, a nawet całych miejscowości. Dzisiejsza starsza generacja to w ogromnej mierze ludzie, którym nigdy nie było dane poznać swych ojców, a średnie pokolenie częstokroć swych dziadków zna jedynie z opowieści. Doświadczenie takie było tak powszechne, że nawet do tak świecznikowej roli, jak lot pierwszego Polaka w kosmos nie dało się znaleźć człowieka, którego życiorys nie musiałby być przez propagandę odpowiednio spreparowany. Mirosław Hermaszewski to bowiem też jeden z ocaleńców. W jego szczęśliwym przypadku los oszczędził mu kontaktu z siekierami oprawców z UPA, którymi zamordowano jego ojca oraz niemal wszystkie zamieszkałe w okolicy polskie rodziny. Podobny był wreszcie los światowej sławy pływaka Marka Petrusewicza.

Polacy, patrioci, ziemianie ? to był na Wileńszczyźnie wystarczający powód do wyroku śmierci, i to wydanego przez co najmniej dwa reżimy. Ci, których sowieci nie zdążyli wdeptać w śniegi Syberii, ginęli z rąk kulturtraegerów zza Odry. Ojciec późniejszego wybitnego sportowca, podejrzewany przez gestapo zresztą całkiem słusznie o działalność w AK, bez zbędnych formalności został postawiony przed plutonem egzekucyjnym. Parę lat później ocalała część rodziny, od niepamiętnych czasów związana z ziemią nad Wilją i Niemnem, została z tych korzeni wyrwana. Petrusewiczowi dorastać przyszło w ruinach Ziem Odzyskanych. We Wrocławiu ujawnił się jego wielki talent pływacki. Zdawać by się mogło, że dla zawodnika bijącego rekordy świata szeroko otworzą się wrota kariery. Nadziei polskiego pływactwa nie odpowiadała jednak propagandowa otoczka, jaką natychmiast zaczęto nadawać jego wyczynom. Z bagażem tak koszmarnych doświadczeń trudno mu się było odnaleźć w rzeczywistości PRL-u. Do głosu szybko doszli też rywale z zaprzyjaźnionego kraju, którym triumfy Polaka kolidowały z ich własnymi planami. Jakże częste to polskie doświadczenie ? wyjście z hekatomby zgotowanej przez okupantów wprost w kolejne totalitarne tryby. Ciosem najdotkliwszym okazała się choroba, ostatecznie przekreślająca szanse na wielkie sukcesy, a także bardzo utrudniająca normalne życie.

Czasem, w którym Petrusewicz znów nabrał wiatru w żagle, był okres pierwszej Solidarności. Współpracując z Zarządem Regionu Dolny Śląsk dostarczał informacje pozyskiwane od wysokich oficerów LWP. Wojsko szykuje duże ilości pojazdów bojowych, wyjątkowo dba o sprawność czołgów, gromadzi zapasy paliwa, ale nie amunicji do armat, wprowadza wręcz wojenną dyscyplinę ? brzmiały jego konspiracyjne komunikaty. Naiwni sądzili, że polskojęzyczna część Armii Czerwonej gotuje się do odparcia spodziewanej interwencji wojsk Układu Warszawskiego. Realiści spodziewali się raczej agresji sił Jaruzelskiego na swój własny naród. Petrusewicz złudzeń nie miał żadnych. W dużej mierze w wyniku jego opinii grupa działaczy wrocławskiej Solidarności zdecydowała o wypłaceniu z blokowanych już kont bankowych wszystkich pieniędzy regionalnej struktury związkowej. Ludzie związani z ciągle podziemnym ?Biuletynem Dolnośląskim? ukrywali sprzęt poligraficzny i nocowali poza swoimi mieszkaniami. 13 XII 1981 okazało się, że Petrusewicz miał rację ?  Jaruzelski przeciw Polakom wysłał czołgi. Jak dla wielu, tak i dla pływackiego mistrza otwarł się nowy etap życia, wypełniony kontynuowaną pomimo ciągłych szykan konspiracją. Nie dość, że Petrusewicz włączył się w najzacieklej zwalczany przez wszystkie służby PRL-u nurt opozycji, w Solidarność Walczącą, zmagać się też musiał z kolejnymi stadiami ciężkiej choroby. Działalności nie zaprzestawał, mimo przechodzenia kolejnych amputacji.

Znamiennym epizodem z życia Petrusewicza jest wydarzenie z lat chłopięcych, kiedy rzucił się na pomoc człowiekowi tonącemu po załamaniu się na rzece lodu. Świadkowie opowiadali, że zanurzony w mroźnej  kipieli nie mógł się wydostać na lodową taflę, więc ciągnąc ratowanego brnął, łamiąc krę ciężarem własnego ciała, aż sam półżywy wydobył nieszczęśnika na brzeg. I takie też było jego życie ? ku szlachetnym celom, na przekór najpotworniejszym okolicznościom.

 

W. Wiesner Jaki był Marek Petrusewicz, Wyd. GAMA, Wrocław 2009.

Wyświetlony 1157 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.