środa, 02 czerwiec 2010 11:42

Czekając na prywatyzację

Napisane przez

Wśród wolnorynkowców panuje zgoda, że usługi i funkcje aparatu państwa trzeba prywatyzować. Choć istnieje spór co do konkretnych sposobów realizacji tego celu, jest on jasny. Co jednak możemy zrobić w międzyczasie, gdy przyspieszamy prywatyzację i redukujemy budżety urzędów państwowych? Zwolennicy wolnego rynku raczej nie starają się zapuszczać w ten dość mglisty obszar dociekań.

 

Przede wszystkim, jeśli już o tym myślimy, należy podzielić sferę aktywności rządu na dwie części: (a) tę, w której państwo w sposób bardzo nieudolny stara się dostarczyć dobra i usługi prywatnym konsumentom oraz producentom, oraz (b) tę, gdzie rząd stosuje wobec obywateli bezpośrednią przemoc, szkodząc ich produktywności. Oba pola aktywności zasilane są pieniędzmi pochodzącymi z egzekucji przymusu podatkowego, jednak Grupa A przynajmniej oddaje jakieś potrzebne usługi, podczas gdy Grupa B zajmuje się tylko destrukcją.

Jeśli chodzi o działalność Grupy B, naszym celem powinna być nie prywatyzacja, a kompletny zakaz. Bo czy chcemy, aby prywatyzacji poddano komisje regulacyjne lub urzędy wykonujące gangsterskie prawo? Czy poborem podatków powinny się zajmować rzeczywiście sprawne korporacje prywatne? Na pewno nie. Chcemy ich zakazać, konsekwentnie zmniejszać ich budżety, ale także tego, aby nie działały sprawnie. Dla dobra społeczeństwa wszyscy biurokraci w Fed lub w Urzędach Skarbowych nie powinni pracować nad niczym poza oglądaniem telewizji, grą w bierki i prostowaniem nóg na biurkach.
Jak to się ma do prac Grupy A: dystrybucji poczty, budowy i utrzymywania dróg, zarządzania bibliotekami publicznymi, policją i strażą pożarną, edukacją publiczną itp.? Co należy z nimi wszystkimi zrobić? W roku 1958 John Kenneth Galbraith, w swojej pierwszej szerzej znanej pracy, The Affluent Society (?Społeczeństwo dobrobytu?), odnotował niezwykłą bliskość istnienia prywatnego dostatku i publicznego ubóstwa w Stanach Zjednoczonych. Uznał wówczas, że z systemem prywatnego kapitalizmu jest coś nie tak, i że powinno się zdecydowanie poszerzyć sektor publiczny kosztem sfery prywatnej. Po czterdziestu latach takiego poszerzania bieda ludzi żyjących na publicznym garnuszku jest, jak wszyscy dobrze wiemy, nieskończenie większa, a dostatek posiadaczy mienia prywatnego zaczyna się powoli zmniejszać. Najwyraźniej diagnoza i remedium Galbraitha były skażone: problemem jest bowiem sam sektor publiczny, a właściwym rozwiązaniem jego prywatyzacja (likwidacja szkodliwych elementów).
Co jednak powinniśmy zrobić będąc na drodze do prywatyzacji?
Mamy dwie możliwe teorie. Zgodnie z pierwszą, nadzwyczaj popularną w naszych sądach i wśród lewicowych liberałów, przyjmowaną nawet przez niektórych wolnościowców, każda działalność publiczna musi zwiększać biedę. Z jakiegoś dziwnego powodu każde przedsięwzięcie publiczne musi być koniecznie prowadzone jak slums ? na pewno nie jak biznes ? zmniejszając jakość usług udzielanych konsumentom, dzięki czemu ustanowione zostanie bezzasadne ?prawo? do ?równego dostępu?. Socjaldemokraci i socjaliści uważają, że leseferystyczny kapitalizm to ?prawo dżungli?. Lecz przecież stanowisko zakładające ?równy dostęp? oznacza właśnie rozmyślne wprowadzenie prawa dżungli na każdy obszar aktywności państwa, zaprzeczając sensowi jej przeprowadzania.
Przykładowo: rząd, jako właściciel szkół publicznych, nie ma normalnego prawa przynależnego każdemu posiadaczowi szkoły prywatnej, jakim jest możliwość ekspulsji beznadziejnych uczniów. To prawo pomaga zachować porządek w klasie oraz uczyć według programu pożądanego przez rodziców. Rząd, w odróżnieniu od jakiegokolwiek właściciela dróg, nie ma prawa zabronić włóczęgom życia na ulicy, zanieczyszczania okolicy, przeszkadzania i grożenia niewinnym obywatelom; wręcz przeciwnie ? męty mają prawo do wolności ?wypowiedzi? oraz, co więcej, do wolności ?ekspresji?. Takich praw, oczywiście, nikt by im nie przyznał na prawdziwie prywatnej ulicy, w sklepie czy w centrum handlowym.
Jednak jeden z sądów w New Jersey uznał niedawno, że biblioteki publiczne nie mają prawa wydalić włóczęgów, którzy tam zamieszkali i z całą pewnością nie korzystali z nich dla celów naukowych. Zamiast tego odstręczali niewinnych obywateli smrodem i chamstwem.
 
Podobnie Uniwersytet Miasta Nowy Jork, niegdyś światła instytucja o wysokich standardach akademickich, jest dziś tylko zwykłą wydmuszką ? wszystko przez stosowanie polityki ?otwartego wejścia?, zgodnie z którą każdy imbecyl mieszkający w Nowym Jorku zasługuje na wyższe wykształcenie.
Zażarta obrona powyższej polityki jest zrozumiała, gdy obrońcami są ACLU (American Civil Liberties Union, lewicowa organizacja broniąca praw obywatelskich ? przyp. J.L.) i inni lewicowi liberałowie: ich celem jest sprawić, aby całe społeczeństwo żyło w tej brudnej dżungli, która opanowała cały sektor publiczny i te fragmenty sektora prywatnego, które według nich mają jakiekolwiek zadania publiczne. Ale jak ideę tę mogą popierać wolnościowcy?
Wydaje się, że zjawisko to można uzasadnić tylko na dwa sposoby. Albo wolnościowcy ci uważają, że dżungla jest OK ? i wtedy niewiele różnią się od lewaków; albo też wierzą w stare hasło, że im gorzej, tym lepiej ? co oznacza, że z premedytacją zamierzają tak gwałtownie pogorszyć jakość działań rządu, żeby zmusić wszystkich ludzi do raptownej prywatyzacji. Jeśli tak wygląda ich strategia, to muszę uznać, że jest ona równoznacznie niemoralna i jałowa.
Jej niemoralność jest oczywista; nie ma potrzeby sięgania po zawiłe dowody etyczne, aby to dostrzec. Nasze społeczeństwo dostatecznie długo znosi etatyzm; żadne dolewanie benzyny do ognia nie jest mu potrzebne. Co do prawdopodobnej klęski tego programu, to wynika ona stąd, że jego skutki są zbyt niejasne i odległe, aby można było na nie liczyć; co więcej, opinia publiczna dojrzy w końcu, że wolnościowcy przez cały czas stanowili część problemu.
Wolnościowcy, o których traktuję, mogą dysponować prawidłowym aparatem teoretycznym, lecz są na tyle pozbawieni zdrowego rozsądku i oderwani od spraw prawdziwych ludzi (którzy chodzą po ulicach, korzystają z bibliotek publicznych i wysyłają dzieci do szkół publicznych), że w ostatecznym rozrachunku dyskredytują zarówno siebie (niewielka strata) ale także i wolnościową teorię per se.
Jak zatem wygląda druga, bardziej znośna teoria przeprowadzania operacji państwowych w ramach wyznaczonych celów redukcji budżetów i ostatecznej prywatyzacji? Zwyczajnie ? zarządzać nimi zgodnie z pierwotnymi zamierzeniami (jak szkołami, drogami dojazdowymi, bibliotekami itd.) i to tak skutecznie ? i w sposób zbliżony do działań komercyjnych ? na ile to tylko możliwe. Pełna realizacja tego zamierzenia nie będzie możliwa, dopóki proces prywatyzacji się nie dopełni; lecz, w międzyczasie, większość z nas, to jest większość ludzi żyjących w realnym świecie, będzie prowadzić bardziej znośne i satysfakcjonujące życie.
Tłumaczył Jan Lewiński

Tytuł oryginalny: What to Do Until Privatization Comes. Tekst pochodzi z książki Making Economic Sense Murraya N. Rothbarda.

Wyświetlony 4849 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.